Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Rewolucja rzymska

Wielu w „Grze o tron” chciałoby upatrywać początku nowej ery w produkcji telewizyjnej. Wysoki budżet serialu nie jest jednak przyczynkiem do wprowadzenia nowej jakości, a jedynie do udoskonalenia istniejących już schematów. A te produkcja HBO w dużej mierze czerpie z „Rzymu”.

W związku z premierą 3 sezonu „Gry o tron”, fani serialu oraz twórczości GRRM oszaleli. A razem z nimi media. Każdy chce wyrazić swoją miłość dla produkcji HBO, głosząc peany na cześć jej twórcow, aktorów grających główne role, czy fabuły wymyślonej przez Martina. W ferworze serialowych zachwytów często wygłaszane są jednak opinie niemające żadnego umocowania w obiektywnej rzeczywistości.

Jedą z takich interesujących opinii jest przekonanie o rewolucyjności „Gry o tron” w kontekście produkcji telewizyjnej. „Gra o tron na zawsze odmieniła oblicze seriali!” jest tezą bardzo często przewijającą się we wszelkiej maści publicystyce. Czy da się ją udowodnić w sposób zadowalający?

Śmierć bohatera

Nieliczni publicyści, którzy podjęli się karkołomnego zadania wytłumaczenia, na czym serialowa rewolucja zapoczątkowana przez „Grę o tron” miałaby polegać, najczęściej zwracają uwagę na śmierć Neda Starka.
Cała machina marketingowa pierwszego sezonu opierała się na Seanie Beanie i postaci przez niego granej. Logiczne więc było, że widzowie w przytłaczającej większości, właśnie Neda postrzegali jako głównego bohatera. Było to zresztą zgodne z narracją samego serialu oraz, w nieco mniejszym stopniu, książki. Z jakimż zatem zdziwieniem musieli przecierać oczy, kiedy protagonista został pozbawiony głowy!

I w tym właśnie momencie pojawiła się rzekomo nowa jakość w produkcji serialowej, bo kto to widział, żeby postać, wokół której budowano akcję, pożegnała się z życiem już w pierwszym sezonie!? Miało to pokazać nowe rozwiązania fabularne i uświadomić widzom, że nic nie jest święte – bez większego żalu i uszczerbku dla fabuły można się pozbyć nawet protagonisty. Podejście „on napewno nie zginie, bo jest głównym bohaterem”, można zatem włożyć między bajki.

Jeśli spojrzymy jednak na inne produkcje telewizyjne, okazałoby się, że relatywnie szybka śmierć bohatera nie jest bezprecedensowa. Wystarczy cofnąć się myślami do jedynego prawdziwie rewolucyjnego serialu ostatniej dekady – „Rzymu”. Juliusz Cezar, który niewątpliwie był głównym bohaterem, podobnie jak Ned Stark, został zgładzony już w pierwszym sezonie. Fakt, że wszyscy wiedzieli, jak się ta historia zakończy, niczego nie zmienia – w „Grze o tron” los Eddarda również był z góry znany, choć może nie wszystkim widzom.

Struktura fabularna

Związki z „Rzymem” widać zresztą w serialu na podstawie prozy Martina na każdym kroku. Można wręcz powiedzieć, że wizualnie i fabularnie jest dojrzałym potomkiem koprodukcji BBC/HBO sprzed 8 lat. Nie ma jednak czemu się dziwić, biorąc pod uwagę, że niemal ci sami ludzie odpowiadali za zdjęcia i montaż w obu projektach.
Oba seriale łączy m.in. struktura narracji, opierająca się o kilku równorzędnych bohaterów, mających różne, często sprzeczne ze sobą, ambicje i pochodzących z różnych środowisk. Jeśli chodzi o ilość śledzonych postaci, produkcja HBO bije na głowę koprodukcję BBC/HBO. Jeżeli jednak spojrzymy na spójność opowieści, w „Grze o tron” widać pewien regres.

Wszystko byłoby zapewne w porządku, gdyby David Benioff i D. B. Weiss trzymali się bohaterów stworzonych przez GRRM. Niepasowałoby to jednak do modelu rzymskiego, zakładającego, że poza możnymi władającymi światem, muszą się pojawić również bohaterowie z ludu – prości, ale dziwnym przypadkiem uwikłani w wielką politykę. I w ten oto sposób w „Grze o tron” powstała dziwaczna postać Ros, czasem wykorzystywana do pokazania głównych bohaterów z innej strony, a czasem jako skrót fabularny. Najlepiej zapamiętuje się jednak nie samą prostytutkę, a jej nagie piersi. Na pozbyciu się tej postaci serial zdecydowanie nic by nie stracił, a wręcz przeciwnie – zyskałby na płynności akcji, unikając pustych scen, których Ros jest bohaterką.

„Gra o tron” nie jest zresztą pierwszym serialem, który poległ, chcąc dodatkowo skomplikować, a może uczłowieczyć, akcję prostym bohaterem. Wystarczy sobie przypomnieć chociażby „Dynastię Tudorów”, gdzie w pierwszych sezonach czyniono takie wysiłki, ale kiedy okazało się, że są zupełnie chybione, szczęśliwie ich zaprzestano.

Nie pozostaje zatem nic innego, jak trzymać za twórców hitu HBO kciuki, aby jak najszybciej z godnością pożegnali się z Ros (na co jednak na razie się nie zanosi) i powstrzymali się od nietrafionych wycieczek pozafabularnych. Formuła serialu i tak jest zbyt mała, żeby w pełni pokazać świat GRRM, nie potrzeba jej zatem dodatkowych obciążeń.

Trop filmowy

Piewcom tezy o rewolucyjności „Gry o tron” zdarza się również podkreślać większe powinowactwo produkcji HBO z filmem niż serialami. Trzeba przyznać, że wraz z rosnącym budżetem, dynamika kolejnych odcinków również rośnie. Do magii wielkiego ekranu, jednak wciąż jej daleko. Bitwa o Blackwater Bay zachwyciła widzów swoim epickim rozmachem, jednak „Gra o tron”, zgodnie z serialowym schematem, wciąż w dużej mierze bazuje na dialogach i to w oparciu o nie budowane jest napięcie. Mimo zapierajacych dech w piersiach plenerów oraz zachwycających przepychem scenografii, warstwa wizualna nie dominuje nad fabułą, co jest niestety notoryczne w produkcjach filmowych, w szczególności fantastycznych.

Serialowa konwencja wydaje się zatem najlepszą z możliwych opraw dla twórczości Martina. Gdyby, zgodnie z życzeniem niektórych miłośników, „Gra o tron” miała być serialem realizowanym w filmowej oprawie, mogłoby ucierpieć na tym napięcie i spójność akcji.

Powinowactwo wizualne

Szukając wizualnego powinowactwa produkcji HBO, znowu wypada cofnąć się do 2005 r. „Rzym” zachwycił wtedy miliony nie tylko starannie przemyślaną fabułą, ale również dopracowanymi w najdrobniejszym detalu scenografiami, wspaniałymi kostiumami oraz zrealizowanymi z rozmachem plenerami. W porównaniu z „Grą o tron”, „Rzym” wydaje się jednak odległym przodkiem – David Benioff i D. B. Weiss rozwinęli zaproponowaną tam konwencję wizualną, doprowadzając ją niemalże do perfekcji.

W serialu HBO widzimy przede wszystkim zdecydowanie więcej zapierających dech w piersiach plenerów niż kiedykolwiek wcześniej w produkcjach telewizyjnych. Wystarczy przejrzeć kanał „Game of thrones” na youtubie, żeby zobaczyć w jak wielu różnorodnych lokalizacjach sceny są kręcone. To jednak nie wszystko, co można znaleźć na oficjalnym profilu serii. Można tam również zobaczyć, z jaką uwagą i nabożeństwem, cała armia ludzi pracuje nad tym, aby każdy szczegół widoczny na ekranie, był perfekcyjny. Poczynając od scenografii, poprzez kostiumy, a na charakteryzacji kończąc. A wszystko po to, żeby jak najlepiej oddać ducha miejsca czy charakter bohatera. Są to być może drobiazgi na które świadomie mało kto zwraca uwagę, które jednak decydują o spójności obrazu.
Seksualność otwarta

Wszyscy zapewne wiedzą, że „Rzym” zapoczątkował również rewolucję seksualności na małym ekranie. I również ona odbiła się na tym, co widzimy w „Grze o tron”.

Koprodukcja BBC/HBO wyważyła w 2005 r. z hukiem drzwi z tabliczką cenzura golizny. Jawna (a nie tylko sugerowana) nagość oraz śmiałe sceny seksu, mimo, że budzące wtedy ogromne kontrowersje, sprzedały się doskonale. Sukces „Rzymu” pokazał, że widzowie właśnie tego potrzebowali i to chcieli oglądać Dlatego też artyści szklanego ekranu obecnie bardzo chętnie sięgają po seksualność jako środek wyrazu. Ba, niektórzy nawet, jak np. twórcy „Spartakusa”, stworzyli z niej niemalże centralny aspekt wizualny, zacierając granicę między sztuką popularną a pornografią.

„Gra o tron” nie jest aż tak śmiała jak „Spartakus”, jednak nagie piersi pojawiają się tam wystarczająco często, żeby w internecie karierę zrobiła odpowiednio zilustrowana fraza game of boobs. Co więcej, twórcy serialu przesunęli akcję książki o kilka lat, żeby młodzi bohaterowie byli wystarczająco dorośli na sceny negliżu i seksu. Nikt nie chciał być przecież oskarżony o pornografię dziecięcą czy pedofilię, a z ostrzejszych scen ciężko rezygnować w sytuacji, kiedy podnoszą oglądalność…
Rewolucja finansowa

Jedynym prawdziwie rewolucyjnym aspektem „Gry o tron” może być jej budżet. W pierwszym sezonie był wprawdzie porównywalny z budżetem „Rzymu”, wynosząc 50-60 mln USD, jednak w drugim sezonie finansowanie już wzrosło o 15%. W trzecim, zgodnie ze słowami twórców serialu, pieniędzy do rozdysponowania było jeszcze więcej. Nie ma się zresztą czemu dziwić – wraz wciąż z rosnącą popularnością serii, producenci czują się coraz bezpieczniej inwestując w nią.

Bezprecedensowo wysoki budżet „Gry o tron” będzie miał jednak bardzo ograniczone znaczenie dla ogółu twórczości serialowej. Wydaje się mało prawdopodobne, żeby ktokolwiek chciał inwestować tak wielkie pieniądze w mniej perspektywiczne produkcje. Tylko bardzo nieliczne mają szansę na wysokie budżety i to właśnie dla nich serial HBO być może przeciera szlaki, pokazując, że można i warto podnosić nakłady finansowe.

Wizualnie „Gra o tron” nie proponuje jednak nic nowego, rozwijając jedynie istniejącą już estetykę i doprowadzając ją niemalże do doskonałości. W miarę postępowania sezonu 3, być może serial zachwyci nas iście filmowymi efektami specjalnymi, jednak to jeszcze pieśń przyszłości. Na razie twórcy hitu HBO mogą być z siebie dumni, że w sposób piękny i kreatywny rozwinęli propozycje wizualne „Rzymu”.

Dyskusja