Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Widoczna lekkość ducha – recenzja „Sheemie’s Tale”

Odkąd w 2007 r. zaczęto wydawać komiksy spod znaku „Mrocznej Wieży”, Marvel po raz pierwszy zaserwował nam „lekki” zeszyt, który wprowadza do serii powiew świeżości. „Sheemie’s Tale” jest interesująca fabularnie, a w warstwie wizualnej zachwyca.

„Sheemie’s Tale” (po polsku zapewne będzie to „Opowieść Sheemiego”) to wydana przez Marvela samodzielna historia umieszczona w kingowskim uniwersum „Mrocznej Wieży”. Po zakończeniu „Rewolwerowca” ma być zapewne chwilą oddechu przed rozpoczęciem „Powołania trójki” i jednocześnie uzupełnieniem dziejów tytułowego Stanleya „Sheemiego” Ruiza, z którym rozstaliśmy się bez pożegnania jeszcze w „Narodzinach rewolwerowca”.

Cichy bohater

Sheemie jest dobrodusznym, ale opóźnionym w rozwoju chłopcem, który na skutek serii niefortunnych zdarzeń został obdarzony niezwykłymi umiejętnościami – posiada m.in. zdolność teleportacji. To właśnie z powodu tego daru, we wcześniejszym zeszycie serii, został porwany przez główne czarne charaktery „Mrocznej Wieży” – Karmazynowego Króla i jego sługę Waltera O’Dima.

W najnowszej części spotykamy Sheemiego w Devar-toi – wielkim więzieniu przez niektórych nazywanym także Agul Siento – Błękitnym Niebem (Miłośnicy prozy Kinga z pewnością rozpoznają to miejsce z ostatniego tomu septalogii). Bohater opowiada rewolwerowcowi co dzieje się w Devar-toi i w jaki sposób się tam znalazł. Poznajemy także, chociaż dość pobieżnie, tę część historii życia Stanleya, która nie została pokazana ani w książkowym „Czarnoksiężniku i krysztale” ani w komiksowych „Narodzinach rewolwerowca”.

„Opowieść Sheemiego” jest o tyle ciekawa, że pozwala lepiej poznać tego sympatycznego bohatera. W książkowej wersji jest istotną postacią, jednak King nie dostarczył zbyt wielu informacji na temat jego życia. Komiks Marvela w spójny sposób czyni z niego pierwszorzędnego „cichego bohatera”.

Książkowy Sheemie miał złote serce, ale niewiele odwagi. Jednak kiedy chodziło o ratowanie przyjaciół, zawsze był dzielny i postępował w zgodzie z własnymi uczuciami. Często się wahał, ale w decydujących momentach nigdy nie zawiódł. W komiksowym Sheemiem widzimy dokładnie te same cechy, tyle że zwielokrotnione. Nie dziwi zatem fakt, że kierując się tym co właściwe, nie tylko stawia bierny opór Karmazynowemu Królowi, ale udaje mu się również pokonać potężnego potwora.

Jednocześnie Stanley Ruiz jest nadal tą samą postacią, którą znamy z książki – niepełnosprawnym umysłowo chłopcem, który nie ma żadnego wpływu na swój własny los. Jest zdolny do czynów bohaterskich, ale nie potrafi podjąć jakiejkolwiek inicjatywy. Tylko w nieprzewidzianych sytuacjach zdarza mu się działać samodzielnie, zwykle to inni muszą mu mówić co powinien zrobić.

Rysunek z charakterem

Osobowość głównego bohatera jest doskonale oddana nie tylko w fabule „Opowieści Sheemiego”, ale także w warstwie wizualnej komiksu. Pierwszy z dwóch rozdziałów jest zresztą graficznie najciekawszą, jak do tej pory, opowieścią w uniwersum „Mrocznej Wieży”.

Richard Isanove zawsze odważnie operował nasyconym kolorem, dzięki czemu jego prace były pełne wyrazu. Zwykle ograniczał się jednak do 2-3 dominujących barw na stronie. W pierwszym rozdziale „Opowieści Sheemiego” jest natomiast bardzo kolorowo. Doskonale oddaje to osobowość Stanleya – pamiętając, że jest on upośledzoną umysłowo, bardzo optymistycznie nastawioną do świata osobą nietrudno sobie wyobrazić, że wszystko widzi w radosnej tonacji. Pokazano także rysunki wykonane przez samego bohatera – wielobarwne, wesołe gryzmołki doskonale oddające sedno opowieści.

Nie wszystko jednak jest tak piękne i pełne życia. To, co Sheemiemu się nie podoba i czego się boi jest bure, nieciekawe i wzbudzające niechęć. Rysownikowi należy się wielkie uznanie, że w tak dobitny sposób oddał zarówno atmosferę ponurych i przerażających miejsc, jak i pogodę ducha głównego bohatera.

Chociaż „Opowieść Sheemiego” jest bardzo ciekawa, to ciężko polecić ją komuś, kto nie zna przynajmniej cyklu zeszytów spiętych tytułem „Narodziny rewolwerowca”, jeśli nie całej septalogii Stephena Kinga – z naciskiem na ostatni tom. Dla miłośników tego świata jest jednak wspaniałą, dość lekką odskocznią od przygód Rolanda.

Dyskusja