Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kwintesencja doskonałości – recenzja „Mroczna Wieża#3: Zdrada”

Po dwóch świetnych albumach komiksowej „Mrocznej Wieży”, naturalną koleją rzeczy było pojawienie się tomu trzeciego. Z racji wysoko postawionej przez twórców poprzeczki, oczekiwania sięgnęły zenitu, a apetyt na kolejną porcję graficznej powieści w świecie wykreowanym przez Stephena Kinga powodował ciągły ślinotok i burczenie w przepastnym brzuchu połykacza historii obrazkowych. Najgorsza ze wszystkiego była niepewność, czy przypadkiem autorzy nie pozwolili sobie na chwilę wytchnienia, co mogłoby negatywnie wpłynąć na czytelników.

I faktycznie, chwila wytchnienia następuje, ale tylko dla naszych bohaterów. Roland powraca bowiem wraz z przyjaciółmi do Gilead, gdzie młodzi mężczyźni mogą odpocząć po ciężkich przeżyciach w Hambry. Tutaj czeka ich wreszcie upragnione pasowanie na rewolwerowców i przyjęcie do grona tej elitarnej społeczności. Niestety, spokój jest tylko pozorny, ponieważ Roland nadal zmaga się z hipnotycznym wpływem Grejpfruta Maerlyna, a tytułowa zdrada wisi w gęstym od napięcia powietrzu…

Scenarzysta Peter David oraz odpowiedzialna za planowanie fabuły Robin Furth dają popis swoich umiejętności. Paradoksalnie, zwolnienie akcji bardziej niż w poprzednim tomie wpływa na plus i buduje jeszcze większe napięcie. Całość jest doskonale zaprojektowana i dopracowana w najmniejszych szczegółach, a czytelnik zastanawia się, czy to los jest tak przewrotny, czy też ktoś inny rozgrywa partię upiornych szachów w Gilead, znając wszystkie posunięcia przeciwnika na kilka ruchów w przód. Album robi się aż lepki i ciężki od napięcia wiodącego do zaskakującej kulminacji, która bynajmniej ulgi nie przynosi.

Jeśli zaś chodzi o warstwę graficzną, to ktoś, kto zna poprzednie tomy, wie, czego się spodziewać. Ilustracje w „Mrocznej Wieży” to prawdziwy majstersztyk. Jae Lee i Richard Isanove tworzą obrazy składające się w zasadzie tylko z pierwszego planu i kolorowego tła. Postaci są dopracowane, choć często ich twarze skrywa mrok, co potęguje napięcie i wzbudza niepokój, a kolory w tle idealnie oddają klimat danej sytuacji. Do tego co jakiś czas pojawiają się kadry na jedną, bądź dwie strony, wywołując u odbiorcy ciche westchnienia zachwytu. Takie zestawienie sprawia, że cały album należy traktować jako zbiór pojedynczych arcydzieł, które zrządzeniem sił czystych bądź nieczystych opowiadają spójną historię.

„Zdrada” sięga wyżyn i spełnia pokładane w niej nadzieje. Graficznie jest na rewelacyjnym poziomie poprzednich tomów, a fabularnie przekracza najśmielsze oczekiwania wiernego czytelnika. Wszechobecny niepokój oraz idealnie dozowane napięcie wprawiają w oszołomienie i niejeden fan twórczości Stephena Kinga dozna tutaj mentalnego zaspokojenia.

Dyskusja