Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zrównoważone sci-fi – recenzja „Oblivion”

„Oblivion” jest powrotem kina sci-fi do korzeni – widać w nim inspirację bardzo wieloma klasykami gatunku. Powrót do korzeni sięga jednak znacznie głębiej, niż inspirowanie się starymi filmami. Jest to pierwszy od lat obraz sci-fi zrealizowany z głową, w którym efekty specjalne są dodatkiem do fabuły, a nie odwrotnie.

Jest rok 2077. Ziemia jest wyniszczonym wojną z obcymi pustkowiem, w większości wciąż pokrytym radioaktywnym promieniowaniem. Ludzkość 60 lat wcześniej wyemigrowała na Tytana – jednego z księżyców Saturna. Aby jednak przetrwać, kolonia potrzebuje energii pozyskiwanej z ziemskiej wody morskiej. W „Oblivion” śledzimy losy Jacka i Victorii – zespołu czuwającego na Ziemi nad stanem technicznym sprzętu niezbędnego do produkcji energii dla Tytana.

Eklektyzm i równowaga

W fabule „Oblivion” trudno doszukiać się oryginalnych pomysłów – scenarzyści bogato czerpią za to z historii kina sci-fi. W filmie widać duże wpływy m.in. „Odysei Kosmicznej 2001”, „Matrixa”, „Jestem Legendą”, „Predatora”, wielu doszukuje się też podobieństw z „Moon”, „Armagedonem” czy (z przymrużeniem oka) z „Titaniciem”. Mimo eklektyzmu fabuły, twórcom „Oblivion” udała się jednak rzecz arcytrudna – kompletnie niepasujące do siebie motywy są ułożone nie tylko w sensowną, ale również ekscytującą całość, która zadziwia swoją świeżością. Mimo dwóch godzin seansu, film się nie dłuży. Wręcz przeciwnie – akcja jest rozwijana w taki sposób, że z niecierpliwością czeka się, co nastąpi dalej; w momentach przestojów reżyser rzuca natomiast widzom wizualną rękawicę – można się zastanowić, z jakim innym filmem kojarzy się dana scena czy ujęcie.

Jeśli chodzi o warstwę wizualną, „Oblivion” jest jednym z najlepiej wyważonych filmów fantastycznych ostatnich lat. Krajobrazy zrujnowanej Ziemi mają w sobie coś elektryzującego i bardzo emocjonalnego. Twórcy filmu postawili zresztą na prostotę wynikającą z czystych kontrastów. Planeta tętni kolorami – zielenią i brązem bujnej roślinności, intensywną żółcią piasków czy błękitem wody, podczas gdy życie bohaterów wysoko w chmurach jest sterylne – białe, czarne i szare, zamknięte w domu ze szkła i metalu.

Wyważone CGI

Prostota środków wyrazu nie oznacza jednak rezygnacji z efektów specjalnych. W „Oblivion” dostajemy bowiem kilka interesujących scen walki, pojawiają się też bardzo ładne CGI (Computer Generated Imagery) kolektorów wody czy statku kosmicznego, ciekawy design ma również stateczek, którym lata główny bohater.

Efekty specjalne doskonale uzupełniają akcję dokładnie tam, gdzie trzeba; pojawiają się w miejscach, gdzie wymaga tego logika fabuły. W przeciwieństwie do większości współczesnych filmów fantastycznych, scenariusz „Oblivion” nie został napisany po to, żeby upchnąć w filmie jak najwięcej efekciarskich trików; wydaje się, że twórcy produkcji chcieli raczej opowiedzieć historię, niż popisywać się przed widzem sztuczkami wizualnymi.

Magia fabuły i bohaterów

Historia jest zresztą wciągająca, trzyma widza w napięciu. Sytuacja fabularna jest pozornie jasna – Jack i Victoria walczą o przetrwanie ludzkości, musząc stawiać codziennie czoła złym obcym, którzy sabotują źródła energii dla kolonii na Tytanie. Małymi wskazówkami twórcy filmu sugerują nam jednak, że historia ta ma drugie dno i że nie wszystko musi być tak oczywiste, jak wydaje się na początku.

Uwagę widza przyciągają również bohaterowie. Są wyraziści i, przez większość czasu, wiarygodni. Jack jest marzycielem, który chce poznać lepiej planetę, z której wywodzą się ludzie. Victoria jest jego całkowitym przeciwieństwem – nie zastanawia się nad Ziemią i ściśle trzyma się procedur oraz dyspozycji otrzymywanych od kontroli misji, z niecierpliwością oczekując powrotu na Tytana. Mimo różnic, para jest zgranym zespołem, dobrze radzącym sobie ze stojącymi przed nimi zadaniami.

Aktorskie wybory

Najsłabszym ogniwem całego filmu jest przewracająca życie głównych bohaterów do góry nogami postać Julii. Jest ona wprawdzie interesująca jako zagadka do rozwiązania, jednak w przeciwieństwie do Jakca i Victorii – nie jest wiarygodna. Jest ona potrzebnym zwrotem akcji, jednak jest też postacią kiepsko napisaną. Niczego dobrego nie można też powiedzieć o odtwarzającej tę rolę Oldze Kurylenko.

Wypada natomiast skomplementować resztę obsady filmu. Andrea Riseborough w roli Victorii była strzałem w dziesiątkę – nadała mało sympatycznej z pozoru postaci lekkości i wdzięku. Morgan Freeman, mimo że nie dostał wiele czasu ekranowego, jak zwykle całkowicie skradł sceny, w których występował. Również Nikolaj Coster-Waldau był świetny w roli, w której go obsadzono – twardy, pełen charakteru, wyrazisty, choć mało istotny.
Główną rolę powierzono Tomowi Cruise’owi. Nie był to może najlepszy wybór, ale nie był też zły. Aktor jak zawsze był sztywny, kanciasty i spięty niczym przyciasna koszula, ale w przedziwny sposób pasował jednak do roli zagubionego, rozdartego wewnętrznie marzyciela.

Syndrom „Prometeusza”

Wiele osób, zastanawiając się nad sensownością wybrania się na „Oblivion” do kina, pyta, czy film jest lepszy niż „Prometeusz” Ridleya Scotta. Odpowiedź na to pytanie może być tylko jedna: tak.
Przy porównywalnym budżecie Joseph Kosinski stworzył ciekawą historię, uwodzicielską wizję oraz bohaterów wzbudzających w widzach cały szereg różnych emocji. „Prometeusz” proponuje natomiast jedynie ładne efekty specjalne. Brakuje w nim sensownej historii, nie ma też bohaterów zachowujących się w sposób racjonalny czy chociażby spójny.

Porównywanie obu filmów jest w dużej mierze bezsensowne – „Oblivion” znajduje się bowiem w kategorii dobry film, „Prometeusz” natomiast w dobre efekty specjalne bez fabuły. Obraz Josepha Kosinskiego warto polecić przede wszystkim tym, którzy w kinie sci-fi doceniają coś więcej niż tanie (mimo, że drogie) efekciarstwo.

Ocena: 4/5

Dyskusja