Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Kosmiczna Hegemonia istnieje od wielu kilometrów – recenzja książki „Z mroku”

David Weber bywa często nazywany ojcem militarnej science fiction. Po głębszym zastanowieniu nietrudno jednak dojść do wniosku, że lepszym określeniem na to, co wychodzi spod jego pióra, byłoby „militarna space opera”. Owszem, fikcji tej literaturze nie brakuje, ale element naukowy, z definicji opierający się na wyjaśnianiu zjawisk, a nie jedynie ich opisywaniu, potraktowany jest po macoszemu, co zmusza czytelnika do zawieszenia niewiary.

Nie inaczej rzecz ma się z niedawno wydaną w Polsce powieścią „Z mroku”. To samodzielna, niewchodząca w skład żadnego z cykli powieść, a takich w dorobku autora serii książek o Honor Harrington jest naprawdę niewiele. Po światowej premierze pojawiły się co prawda pogłoski, jakoby miała doczekać się kontynuacji czy wręcz rozwinięcia w dłuższy cykl, zostały jednak zdementowane.

Fabularny rdzeń powieści to koncepcja obecna w kulturze masowej od dobrych kilku dziesięcioleci i intensywnie przez cały ten czas eksploatowana – próba podboju Ziemi przez obcą cywilizację. Tym razem ludzie ściągnęli na siebie kosmicznych najeźdźców niejako na własne życzenie. Rada Hegemonii – organizacji zrzeszającej zaawansowane technologicznie rasy rozumne – nie mogłaby przecież przejść obojętnie obok prawdopodobnie najbardziej agresywnej i krwiożerczej cywilizacji w calutkim Wszechświecie. Pomysł Shongairich – jedynych mięsożerców w hołdującej pacyfizmowi i ideom wegetariańskim Hegemonii – by uczynić z Ziemi i jej prymitywnych, nieokrzesanych mieszkańców niewolniczą kolonię, został więc przyjęty z westchnieniem ulgi.

Jakież jednak było zdziwienie obcych, którym Weber nadał formę humanoidalnych szakali, kiedy po dotarciu do celu okazało się, że ludzie rozwinęli się w tempie niemal zastraszającym i zamiast mieczy czy łuków dysponują karabinami maszynowymi, ciężkimi pojazdami bojowymi oraz bombami atomowymi, czego absolutnie nikt się nie spodziewał i na co ze zrozumiałych przyczyn nie sposób było się przygotować. Głęboki szok o dziwo nie zdołał jednak ostudzić zapału najeźdźców. Krótki rekonesans, seria uderzeń kinetycznych równających z ziemią największe miasta oraz militarne ośrodki i hura! można zaczynać inwazję. Szybko wychodzi na jaw, że obcy grubo się przeliczyli i zredukowanie ziemskiej populacji o połowę nie wystarczyło, by skłonić ocalałych do szybkiej i bezkrwawej kapitulacji. Niedobitki, szczególnie te mające wcześniej coś wspólnego z wojskiem, zrzeszyły się w partyzanckie grupy, w celu pokazania kosmicznym kundlom, gdzie ich miejsce.

Opisy działań tego typu oddziałów stanowią większą chyba część zasadniczej treści książki. Choć niektóre potyczki udały się Weberowi całkiem widowiskowo, schemat jest zazwyczaj ten sam – konwój obcych wyrusza w drogę z punktu A do punktu B, czytelnikowi zostaje przedstawiony jego dowódca, obowiązkowo wyrażający głębokie zdumienie świetnym stanem ziemskich dróg i rozwodzący się nad nieprzystosowaniem własnych pancerzy do obrony przed czymkolwiek, obdarzonym większą siłą rażenia niż strzała z łuku, a po chwili do akcji wkracza niewielka grupa uzbrojonych po zęby partyzantów, rozwala najeźdźców w drobny mak, ponosząc przy tym jedynie symboliczne szkody, mimo ogromnej przewagi liczebnej wroga. Temu ostatniemu nie ma się zresztą co dziwić, gdyż Shongairi to jedna z najgłupszych obcych cywilizacji w dziejach literatury. Opornie (jeśli w ogóle) idzie im uczenie się na własnych błędach, dochodzą wciąż do tych samych wniosków, z czego nie płynie jednak żadna nauka i pomimo świadomości, jak dalekie od prawdy były ich początkowe szacunki oraz jak bardzo nieprzystosowany jest ich sprzęt, uparcie brną w zaparte, wchodząc ludziom prosto pod lufy. Bo gdzie tam kundlom z kosmosu do światłej myśli taktyczno-militarnej reprezentowanej przez amerykańskich chłopców!

Do opiewania technologicznego i wojskowego zaawansowania USA okazji nie brakuje, gdyż pierwszoplanowi bohaterowie „Z mroku” to głównie żołnierze amerykańskich sił zbrojnych. Pochodzą z różnych jednostek, reprezentują różne stopnie, łączy ich jedno – wszyscy są równie bezpłciowi i nudni. I każdy z nich prędzej czy później staje się pretekstem do opisania kolejnego modelu broni w najdrobniejszych szczegółach, obejmujących masę całości oraz pocisku, jego kaliber, prędkość, z jaką wylatuje z lufy, energię wylotową, ciężar i wiele innych detali składających się na efekt przeładowania niepotrzebnymi informacjami. Być może ten zabieg miał na celu rozbudzenie w czytelniku podziwu dla wiedzy i/lub zawartości biblioteczki Webera, jednak trudno go zaliczyć do udanych.

Na tych, którym się wydawało, iż nie wydarzy się już nic bardziej alogicznego, niż zachowania Shongarich, czeka niespodzianka w postaci fatalnego pomysłu zaserwowanego w celu zakończenia ziemsko-kosmicznego konfliktu, który zasługuje na miano wierutnej bzdury, kilkukrotnie potęgującej powstały przy wcześniejszych niedopracowanych fragmentach niesmak.

Fakt, że „Z mroku” to jeden wielki dowód na złą kondycję, w jakiej Weber najwidoczniej był podczas pisania, to jedno. Swoją cegiełkę (całkiem pokaźnych rozmiarów, należy nadmienić) do ostatecznego koślawego kształtu dołożyły także osoby odpowiedzialne za tłumaczenie i korektę książki. Zdarzają się w niej zdania brzmiące, jakby podczas ich przekładania na język polski, posiłkowano się jednym z popularnych translatorów internetowych, a pomysł, by amerykańskie jednostki długości zastępować metrycznymi bez ich przeliczania, zaowocował fragmentami przeczącymi elementarnym zasadom matematyki:

„Patrole Shongairich zwykle poruszały się z prędkością siedemdziesięciu kilometrów na godzinę. Przy takiej pogodzie prawdopodobnie nieco wolniej… niech będzie, że sześćdziesiątką […] Tak więc jedenaście kilometrów z prędkością sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, to wychodzi… jakieś pięć minut.”

Obrazek

„Przy szybkości czterdziestu ośmiu kilometrów na godzinę pokonują kilometr w czterdzieści osiem sekund.”

Swego rodzaju sygnał ostrzegawczy stanowi zresztą pierwsze zdanie równie gęsto usianej błędami noty okładkowej:

„Kosmiczna Hegemonia istnieje od wieków świetlnych.”

„Z mroku” jest książką, którą trudno komukolwiek polecić. Fani Webera z pewnością nie przywykli do rozwiązań podobnych temu, które autor zaserwował w kulminacyjnym momencie. Zwolennicy kosmicznej literatury militarnej mogą nie być zadowoleni z konieczności wyłączenia mózgu podczas lektury. Nawet ci, którzy nie mają wobec słowa pisanego wymagań wyższych niż to, by dostarczało czystej, niezobowiązującej rozrywki, poczują się pewnie znużeni powtarzalnością wydarzeń i rozwlekłymi, niczego niewnoszącymi do fabuły zapychaczami w rodzaju szczegółowej specyfikacji technicznej broni palnej. Bezpieczniej będzie więc nie polecać jej wcale.

Ocena: 1/5

Dyskusja