Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Metro po włosku – recenzja Korzeni Niebios

Uniwersum „Metro 2033”, stworzone przez rosyjskiego pisarza science-fiction Dmitry Glukhovsky’ego, stanowi niezwykły fenomen. Historia ludzi, którzy po wojnie atomowej postanowili szukać schronienia w podziemiach moskiewskiego metra, zafascynowała czytelników i twórców z całego świata. Na podstawie powieści Glukhovsky’ego powstają już gry komputerowe, Hollywood przygotowuje ekranizację, a literaci chętnie wzbogacają serię o kolejne powieści, osadzone w tychże realiach. Jednym z nich jest Tullio Avoledo – włoski pisarz, który w swojej najnowszej powieści „Korzenie niebios” odpowiada na pytanie, jak po Ostatniej Wojnie potoczyły się losy słonecznej Italii.

Bohaterem książki jest ksiądz John Daniels, emisariusz Nowego Watykanu, któremu przełożeni wyznaczają misję niezwykłej wagi. Mężczyzna musi udać się do Wenecji, odnaleźć zaginionego kardynała i sprowadzić go z powrotem do Rzymu. Wszystko po to, by po raz pierwszy od Dnia Zagłady duchowni mogli zwołać konklawe i przeprowadzić wybór papieża zgodnie z dawnymi, poprzedzającymi apokalipsę procedurami. Zadanie jest śmiertelnie niebezpieczne. Dlatego do pomocy księdzu Danielsowi zostaje oddelegowany oddział świetnie wyszkolonych, elitarnych żołnierzy, którzy po Dniu Zagłady pełnią funkcję niegdysiejszej Gwardii Szwajcarskiej. Gra toczy się o ogromną stawkę – od powodzenia misji zależeć będą przyszłe losy Kościoła.

Temat religii w postapokaliptycznej rzeczywistości nie pojawia się zbyt często w literaturze science-fiction. Twórcy, którzy jednak go dotykają, zamiast wielkich współczesnych religii umieszczają często najrozmaitsze sekty. Wychodzą bowiem z słusznego założenia, że podobne, graniczne sytuacje sprzyjają ich rozwojowi. Jednak w obrębie rzeczonej konwencji, ze świecą szukać powieści, w których teologiczne rozważania – zwłaszcza te, dotyczące miejsca chrześcijaństwa w świecie przypominającym krajobraz po zapowiadanej w Piśmie Świętym apokalipsie – stanowią jeden z najistotniejszych elementów książki. Ów niełatwy, choć niewyeksploatowany temat Tullio Avoledo podjął na kartach „Korzeni niebios”.

Zniszczone, skute lodem postapokaliptyczne Włochy poznajemy z perspektywy głównego bohatera. Ta pierwszoosobowa narracja sprawia, że „Korzenie niebios” przez długi czas czyta się nie jak typową powieść, a pełen osobistych przemyśleń i refleksji reportaż ze zleconej przez Nowy Watykan wyprawy. W czasie podróży do Wenecji wiara księdza co i rusz wystawiana jest na ciężkie próby. Avoledo zręcznie odsłania przed czytelnikiem meandry psychiki wykreowanej przez siebie postaci. Johnem Danielsem targają wewnętrzne dylematy. Niejednokrotnie przedstawia on swoje teologiczne rozważania, odwołując się przy tym do retrospekcji jeszcze sprzed czasów Ostatniej Wojny. Postać głównego bohatera to niewątpliwie jedna z najmocniejszych stron „Korzeni niebios”.

Avoledo wykreował również szereg innych, nie mniej intrygujących postaci, których obecność zdecydowanie dodaje powieści kolorytu. Drużyna, z którą Daniels wyrusza do Wenecji, złożona jest z osób skrajnie od siebie różnych – pod względem wyglądu, wyznania czy usposobienia. Niektórych z nich wydarzenia Ostatniej Wojny zmieniły nie do poznania, choć są i tacy bohaterowie, którzy nie pamiętają nawet czasów sprzed apokalipsy. Warto także zwrócić uwagę na fakt, że w „Korzeniach niebios” pojawia się wielu barwnych bohaterów drugoplanowych czy wręcz epizodycznych. Jest tu charyzmatyczny, lecz skrywający mroczne tajemnice Książę, nieobliczalny olbrzym Gottschalk czy monstrum, ochrzczone przez Danielsa imieniem Gregor Samsa, które – paradoksalnie – okazuje więcej człowieczeństwa, niż otaczający je ludzie. Wreszcie czytelnik poznaje Alessię – postać, do stworzenia której autora zainspirowała powieść „Solaris” Stanisława Lema. A to tylko wybrani z licznego grona nietuzinkowych bohaterów, powołanych do istnienia przez włoskiego pisarza.

Trzeba również nadmienić, że „Korzenie niebios” nie są lekturą dla czytelników o słabszych nerwach. Ukazując postapokaliptyczne realia, Avoledo nie przebiera w środkach, niejednokrotnie serwując sugestywne opisy mordów, rzezi i aktów kanibalizmu. Powojenny świat jest tutaj pełen niebezpieczeństw, z których szkodliwe promieniowanie występujące na powierzchni wydaje się najmniej zabójcze. Głód, brak higieny i choroby to codzienność, do której ludzie dawno zdążyli już przywyknąć. Życie człowieka warte jest znacznie mniej od przeterminowanej konserwy czy łyka zdatnej do picia wody. Przerażające, zmutowane monstra czają się na każdym kroku – czy to pod ziemią, czy też pod gołym niebem. Chociaż podczas podróży bohaterowie wielokrotnie przekonują się, iż w tym pozbawionym nadziei świecie najbardziej zdehumanizowanymi istotami są właśnie ludzie.

Na czytelnika, który dobrnie do ostatniej strony, czeka interesujący bonus – kilkanaście ilustracji autorstwa Aleksandra Kulikowa, przedstawiających wydarzenia i postaci występujące w powieści. Ktokolwiek je zobaczy nie będzie miał wątpliwości, co do zdolności tego rysownika. Jest czym nacieszyć oczy, a także skonfrontować własne wyobrażenia o bohaterach i poszczególnych scenach z wizją artysty.

Pozostaje mieć nadzieję, że uniwersum wykreowane przez Dmitrya Glukchovsky’ego w przyszłości będzie się wzbogacać o równie dobre książki. „Korzenie niebios” stanowią doskonały dowód na ogromny potencjał tego świata. Tullio Avoledo wziął na warsztat losy Italii oraz Kościoła po Ostatniej Wojnie, co zaowocowało rewelacyjną powieścią, którą śmiało można polecić każdemu miłośnikowi postapokaliptycznej fantasy. Tymczasem tematów, które w obrębie uniwersum Metro jeszcze pozostają do poruszenia, pozostaje bez liku. Po lekturze „Korzeni niebios” apetyt fanów na kolejne książki z cyklu na pewno się zaostrzy.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja