Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Orientalna baśń – recenzja „Miecz przeznaczenia”

Dziesiąty wiek oraz schyłek państwa Balhae to jeden z najbardziej tajemniczych i ubogich w źródła historyczne okresów w dziejach Korei. Dla badaczy przeszłości nie jest to komfortowa sytuacja, jednak dla twórców filmów z pogranicza historii i fantastyki – wręcz przeciwnie. Stanowi to jedynie dodatkową zachętę, by puścić wodze fantazji i zaproponować własne interpretacje wydarzeń z zamierzchłych czasów. Przykładem takiej wariacji na temat dawnych dziejów Korei, jest „Miecz Przeznaczenia”, najnowszy film Young-jun Kima.

Polityczny byt Balhae skończył się w 926 roku, po tym, jak kraj został podbity przez kitajską dynastię Liao. Wydarzenia te stały się podłożem dla fabuły „Miecza Przeznaczenia”. Kiedy władca królestwa Balhae ginie w zamachu, ostatnią osobą, która jest w stanie opanować panujący w kraju chaos, jest młody książę, Dae Jung-hyun, od niemal piętnastu lat przebywający na wygnaniu. Próbę odnalezienia prawowitego następcy tronu i namówienia go do powrotu podejmuje So-ha, najzdolniejsza ze wszystkich wojowniczek zamieszkujących Balhae. Uwolnienie kraju spod jarzma najeźdźcy nie będzie jednak łatwe – w ślad za księciem i wojowniczką ruszają doskonale wyszkoleni żołnierze wrogiej armii, którzy zrobią wszystko, by pozbawić życia ostatniego pozostałego przy życiu członka panującej niegdyś w Balhae dynastii.

Niemal we wszystkich materiałach reklamujących film można było znaleźć informację, iż producentem „Miecza Przeznaczenia” jest studio New Line Cinema, odpowiedzialne m.in. za takie hity jak „Blade”, cykl „Koszmar z Ulicy Wiązów”, czy wreszcie – „Władca Pierścieni”. I chociaż rozmach produkcji jest rzeczywiście niemały, to wydaje się, że znacznie lepszą rekomendacją byłoby porównanie jej we wspomnianych materiałach do takich azjatyckich filmów jak „Dom latających sztyletów” czy „Hero”, gdyż „Miecz Przeznaczenia” stworzony został w bardzo podobnej estetyce.

Nie powinno zatem nikogo dziwić, że w licznych scenach walk pełno fantazyjnych sekwencji pchnięć, zastaw i ciosów, w których znacznie więcej jest akrobacji, aniżeli chęci wyrządzenia krzywdy przeciwnikowi. Choreografia walk robi jednak wrażenie i oglądajac zmagania bohaterów w szermierczym tańcu, niejednokrotnie przyjdzie widzowi przecierać oczy ze zdumienia. W tych scenach prawa fizyki zdają się nie obowiązywać. Postacie spadają w spowolnionym tempie, wzbijają się w powietrze, wbiegając po niewidzialnych stopniach, a gdy trzeba, wyginają się jak profesjonalni gimnastycy, by umknąć przed rzucanymi w ich stronę shurikenami. Wyjątkowa jest zaś scena walki pod wodą, w której tempo wyraźnie zwalnia, a jedynym, co widać na tle ciemnych, wodnych odmętów, są kontrastujące z mrokiem toni sylwetki bohaterów. Wyraźnie porzucono realizm na rzecz artyzmu (walka pod wodą, bez wynurzania celem zaczerpnięcia powietrza, trwa ładnych kilka minut), jednak zaowocowało to fantastyczną sceną, wyjątkową nawet jak na standardy maniery artystycznej, w jakiej wykonano film.

Oglądając „Miecz Przeznaczenia”, oczy widza nacieszą się jednak nie tylko pięknie przygotowanymi walkami, lecz także niezgorszczą scenografią. Do odtworzenia scenerii Korei dziesiątego wieku twórcy podeszli nad wyraz starannie, z dbałością o najdrobniejsze detale. Zarówno architektura, jak również wystrój wnętrz, widoczne tu i tam zdobienia pełne charakterystycznych, orientalnych wzorów, czy wreszcie same kostiumy i broń bohaterów pozwalają na czas seansu przenieść się do zupełnie innego świata. Całości dopełnia łagodna, podkreślająca ów orientalny klimat muzyka, również będąca jedną z mocniejszych stron opisywanego filmu.

Warto przyjrzeć się też bliżej aktorom, którzy zagrali w „Mieczu Przeznaczenia”, choć trzeba zauważyć, iż poziom umiejętności poszczególnych członków obsady okazał się bardzo zróżnicowany. Seo-jin Lee, grający głównego bohatera, nie zachwyca charyzmą, jednocześnie jednak nie prezentuje amatorszczyzny. Zachwycająco wypadła nodtwórczyni roli wojowniczki Yeon So-ha. Wcielająca się w nią gwiazda koreańskiego kina, So-yi Yoon, robi to z niebywałym wdziękiem. Dodatkiem do jej aktorskich umiejętności jest delikatna, subtelna uroda, która z pewnością nie umknie uwadze widzów wrażliwych na niewieście wdzięki. Podobnymi atutami może pochwalić się także jej koleżanka z planu, Ki-yong Lee, której w udziale przypadła rola Mae Yung-ok, głównej przeciwniczki So-ha. Wreszcie, grzechem byłoby pominąć znakomitą rolę Hyeona-jun Shina, który jako najważniejszy czarny charakter – Gun Hwa-pyung – spisał się wręcz rewelacyjnie, błyszcząc na tle męskiej części obsady. Jest on jednocześnie świetnym dowodem nieprzeciętnych zdolności zatrudnionych do filmu charakteryzatorów.

Gdyby szukać w „Mieczu przeznaczenia” słabych stron, to z pewnością należałoby zaliczyć do nich występ aktorów drugoplanowych. Odtwórcy pobocznych postaci, zwłaszcza tych, które na przestrzeni całego filmu wypowiadają zaledwie kilka kwestii, w wielu przypadkach wypadają beznadziejnie – do tego stopnia, że część z nich śmiało mogłaby pobierać nauki gry aktorskiej u jednorazowych gwiazd takich rodzimych seriali, jak „W-11” czy „Detektywi”. Wielokrotnie zwraca się też uwagę na infantylne bądź nienaturalnie brzmiące dialogi. Sam scenariusz jednak do złych nie należy. Chociaż, co tu dużo mówić, „Miecz Przeznaczenia” utrzymany jest w mocno baśniowej konwencji, a fabuła nieczęsto przybiera nieoczekiwane zwroty, to podczas seansu nie można narzekać na nudę. Wisienką na torcie jest zaś intrygujące zakończenie i zwieńczenie relacji pomiędzy księciem a So-ha, wyjaśniające zresztą taki, a nie inny tytuł filmu.

„Miecz Przeznaczenia” jest więc filmem godnym polecenia każdemu miłośnikowi przygodowego kina rodem z Azji. Nie jest to wprawdzie dzieło na miarę klasyków tego gatunku, niemniej jednak z pewnością zasługuje na uwagę każdego, kto niegdyś dał się oczarować produkcjom takim jak „Hero” czy „Dom latających sztyletów”. Zarazem jednak stanowi świetną propozycję dla tych, którzy nie mieli dotąd okazji oglądać wspomnianych hitów, a mają ochotę na drobną odmianę w postaci kina orientu. Ponad półtorej godziny spędzone w towarzystwie księcia Da Jung-hyuna i wojowniczki So-ha z pewnością nie będą straconym czasem.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja