Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Przemoc po europejsku – recenzja „Blady Strach”

Ostatnie lata przyniosły fanom horroru wiele godnych odnotowania filmów, choć większość z nich powstała bądź w Stanach Zjednoczonych, bądź w odległej Azji. Kino grozy na Starym Kontynencie, choć posiada grono silnych reprezentantów, nadal nie ma się tak, jak można by oczekiwać. Tym bardziej więc cieszą takie obrazy jak „Blady Strach” francuskiego reżysera Alexandre Aja, które udowadniają, że europejscy twórcy horroru nie składają broni i są w stanie efektywnie rywalizować z kolegami zza oceanu.

Dwie przyjaciółki – Marie i Alexa – postanawiają spędzić weekend w położonym na odludziu domu jednej z nich, by w spokoju przygotować się do zbliżających egzaminów. Niestety, jeszcze w dniu ich przyjazdu, do domu włamuje się uzbrojony w brzytwę sadystyczny psychopata, który morduje rodziców Alexy.

Zbrodniarz postanawia uwięzić dziewczynę. Nie zdaje sobie sprawy, że jego śladem podąża Marie, za wszelką cenę usiłująca pomóc zagrożonej przyjaciółce. Rozpoczyna się śmiertelna gra, w której stawką jest życie Alexy, oraz każdego, kto postanowi stanąć zbrodniarzowi na drodze.

Koncept fabularny, na którym opiera się „Blady Strach”, nie jest specjalnie innowacyjny, a mimo to stanowi jeden z głównych atutów filmu. Scenarzyści wprawdzie nie popisali się inwencją, a pewne rozwiązania – które w ich mniemaniu miały zapewne zaskakiwać widza – można było niegdyś spotkać w innych produkcjach spod znaku horroru. Wyraźne ukłony wykonano choćby w stronę „Smakosza” i „Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną”, natomiast w samej końcówce filmu oddano hołd najnowszym trendom, decydując się na tzw. „twist”, całkowicie przewrotny finał, burzący całe wyobrażenie na temat przedstawianej historii, jakie widz zdążył wytworzyć sobie na przestrzeni całego trwania seansu. O ile nawiązania do klasyków są bardzo subtelne i żadne z zastosowanych rozwiązań nie stanowi ich kalki, o tyle sama końcówka filmu do udanych nie należy. Scenę w szpitalu psychiatrycznym można było ze spokojem odpuścić – i bez niej fabuła była wystarczająco przewrotna.

Zadowoleni powinni być także wszyscy miłośnicy ekranowej przemocy. W „Bladym strachu” trup ściele się gęsto, a krew leje hektolitrami, zaś za oprawę najbardziej drastycznych scen odpowiada Giannetto De Rossi, ten sam, który współpracował niegdyś z takimi legendami jak Lucio Fulci, czy Joe d’Amato. Nie ma tu uciekania z kamerą od najbardziej krwawych obrazów, nie ma ucinania drastycznych scen w kluczowych momentach. Przemoc ukazana jest bezpośrednio, bez upiększeń i łagodzenia. Ze względu na to, filmu nie powinny oglądać osoby o słabych żołądkach. Jednocześnie, fani kina gore i różnego rodzaju kinowych okrucieństw powinni być zachwyceni.

Film Alexandro Aji trzyma w napięciu niemal od początku do końca, nie dając odbiorcy nawet chwili na rozluźnienie. Duża w tym zasługa aktorów, którzy bez wyjątku rewelacyjnie wcielili się swoje role. Pierwsze skrzypce gra Cecile De France, bardzo przekonująca jako Marie. Trzeba jednak pamiętać, że De France to jedna z najzdolniejszych francuskich aktorek młodego pokolenia, mająca za sobą szereg udanych ról i niejednokrotnie nagradzana za swoje występy. Świetnie spisała się ponadto Maiwenn Le Besco, mająca za sobą udaną kreację w słynnym „Leonie zawodowcu” i „Piątym elemencie”. Krótko po udziale w „Bladym Strachu” nie tylko wystąpiła w szeregu innych francuskich produkcji, ale też kilkakrotnie dała się poznać jako reżyserka i autorka filmowych scenariuszy. W dziele Alexandre Aji, jako zaszczuta i sterroryzowana przez oprawcę Alexa, poradziła sobie wyśmienicie.

Jeśli dodać do tego posępną, przytłaczającą muzykę skomponowaną Francoisa Eudesa i przyprawić mrocznymi zdjęciami Maxime’a Alexandra, otrzymujemy mieszankę, która powinna zadowolić nawet wymagających miłośników horrorów. Nic dziwnego, że „Blady strach” otworzył swojemu twórcy drogę do Hollywood, gdzie po dzień dzisiejszy tworzy kasowe filmy, by przypomnieć tylko „Wzgórza mają oczy” i „Lustra”. Rzeczone dzieło stanowi świetny dowód na to, że tworzenie dobrych slasherów nie musi być wcale domeną Amerykanów. Szkoda tylko, że od czasów „Bladego strachu” i sukcesu, jaki odniósł ten film, niewielu europejskich twórców zdecydowało się pójśc w ślady francuskiego reżysera i spróbować sił w tej ciągle bardzo popularnej kowencji.

Ocena: 4/5

Dyskusja