Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Stoker” – piękny europejski thriller w azjatyckiej zalewie

Patrząc na przedpremierowe obietnice Park Chan-wooka, „Stoker” jest filmem, który odniósł sukces. Jest dokładnie taki, jak reżyser sobie zamarzył. Oceniając wartość artystyczną produkcji, wypada razem z krytykami z całego świata zachwycić się i uznać, że jest warta uwagi. Życie jednak nie jest takie proste. Obserwując wyniki z box-office’ów, nie pozostaje nic innego, jak stwierdzić, że anglojęzyczny debiut Koreańczyka nie należy do udanych.

„Stoker” jest filmem dość egzotycznym. Wystarczy spojrzeć na jego twórców – autorem scenariusza jest znany głównie z roli Michaela w „Prison Breaku” Wentworth Miller, za kamerą stanął zaś debiutujący w Hollywood, koreański bóg thrillerów Park Chan-wook.

Po seansie „Stokera” poczucie egzotyki tylko się nasila – jest zrealizowanym za amerykańskie pieniądze typowo europejskim filmem nakręconym po azjatycku. W tym szaleństwie jest jednak metoda. Fabuła angażuje widza zarówno emocjonalnie, jak i intelektualnie, a warstwę wizualną można określić tylko w jeden sposób – jest wyrafinowana.

Szaleństwo w dbałości o detal

W dniu osiemnastych urodzin Indii umiera jej ojciec. Szybko jednak w życiu matki dziewczyny miejsce zmarłego męża zajmuje jego brat – Charlie. Konsekwentnie stara się on wejść również w życie nastolatki. Ta jednak równie konsekwentnie go ignoruje.

Aż do pewnego dramatycznego incydentu w lesie…
Ci, którzy znają Park Chan-wooka przede wszystkim z Trylogii Zemsty i spodziewali się, że „Stoker” będzie czymś w stylu „Oldboya”, będą gorzko rozczarowani. Anglojęzyczny debiut reżysera jest raczej kontynuacją ścieżki wyznaczonej w „Pragnieniu” – połączeniem bogactwa planów z ascetyką ujęć, kombinacją prostej fabuły i szalonego sposobu jej przedstawienia.
Przykładowo, w „Stokerze” nie ma co doszukiwać się porządku chronologicznego – zaczyna się od końca, żeby później wrócić na początek, przeplatając współczesną akcję z prehistorią i mieszając wydarzenia dziejące się w różnych miejscach w jednej chwili.

Mimo braku porządku, trudno jednak posądzić film o bałagan. Wszystko co dzieje się na ekranie od początku do końca podporządkowane jest wizji reżysera, który w najdrobniejszym szczególe panuje nad każdym drobiazgiem.

Uczta dla oczu

„Stoker”, podobnie jak wcześniejsze filmy Park Chan-wooka – np. „Pani Zemsta”, „Nocny Połów” czy „Jestem cyborgiem i to jest OK”, jest bardzo wizualny. Wizualność ta przejawia się jednak w zupełnie inny sposób niż w poprzednich produkcjach reżysera.W anglojęzycznym debiucie Koreańczyka wszystko jest uporządkowane i służy nadrzędnej wizji piękna, podczas gdy w jego wcześniejszych filmach bogactwo wizualne wprowadzało pierwiastki szaleństwa i chaosu.
Już sama czołówka „Stokera” z monologiem Indii i zatrzymanymi kadrami zapowiada, że można się spodziewać czegoś niezwykle wysmakowanego.

Jest to zapowiedź, że film będzie ekskluzywnym posiłkiem, którym należy rozkoszować się powoli, a nie oczekiwać wartkiej akcji, w której scena goni scenę. Dalsza część obrazu w 100% realizuje obietnicę początku. Długie ujęcia, bogate plany – barokowe wnętrza i gotyckie plenery oraz bardzo azjatycki sposób prowadzenia kamery od ud w górę, aż po ramiona, są prawdziwą ucztą dla oczu.

Kino azjatyckie

Cudowny, aczkolwiek leniwy sposób filmowania ma jednak nie tylko zadanie estetyczne. Dzięki niemu zwiększa się siła prostej w gruncie rzeczy fabuły; konsekwentnie pomaga w budowaniu napięcia. Nie jest to jednak napięcie typowe dla filmów Park Chan-wooka, ma w sobie raczej coś z dzieł Kim Ki-duka. Powstaje bez wysiłku, niemalże od niechcenia i niezauważalnie angażuje widza bez reszty.
Wpływ twórczości Kim Ki-duka na „Stokera” wydaje się zresztą oczywisty. Najnowsze dziecko Park Chan-wooka jest bliskie filmom Kima nie tylko emocjonalnie, ale inspiracje widać również w sposobie prowadzenia narracji.

Świadczy o tym duża oszczędność w dialogach oraz przeniesienie ciężaru opowieści na bodźce wizualne.
Związki „Stokera” z twórczością Siona Sono nie są może aż tak oczywiste, jak z filmami Kim Ki-Duka, jednak narzucają się same w niemalże podświadomy sposób. Bo kto robi lepsze filmy o szaleńcach niż Japończyk? Park Chan-wook z podręcznika kręcenia filmów Sono zapożyczył zapewne to i owo.

Po europejsku

Mimo całej swej azjatyckości, „Stoker” jest filmem na wskroś europejskim. Widać to przede wszystkim w fabule – trudnej z punktu widzenia poruszanych tematów, jednak jednocześnie wyjątkowo prostej oraz oszczędnej. Również w sposobie budowania napięcia jest bardzo po europejsku – nie w nadmiarze, nie wszystko naraz i nie do przesady.

Biorąc pod uwagę te elementy oraz aspekt wizualny, „Stoker” jest dziedzicem w prostej linii twórczości Larsa von Triera. Wizualnie trochę niczym „Melancholia”, nastrojowo i tematycznie jak „Przełamując fale”.
Elementem dominującym nad wszystkimi innymi jest jednak specyficzna wrażliwość „Stokera”. Mimo fundamentalnych różnic w niemalże wszystkim, dzieło Park Chan-wooka właśnie pod względem wrażliwości przypomina ubiegłoroczną ekranizację „Kobiety w Czerni”.
W typowo europejskich filmach postępy akcji są bardzo naturalne i niewymuszone, pozornie niewiele się w niej dzieje, jednak cały czas budowane jest napięcie, stawiają też na zaangażowanie emocjonalne i intelektualne widza. I tak właśnie jest w „Stokerze”.

Bohaterowie godni obsady

Koniecznie trzeba też wspomnieć o doskonałej obsadzie „Stokera”, w której nie było ani jednego słabego ogniwa. Każdy z trójki głównych aktorów doskonale wcielił się w graną przez siebie postać – razem z jej wszystkimi dziwactwami i neurozami. Najtrudniejsze zadanie miała chyba jednak Mia Wasikowska. Znana przede wszystkim z „Alicji w Kraine Czarów” urocza dziewczynka bez cech charakterystycznych, musiała tym razem udowodnić, że potrafi zagrać chorą na nerwicę natręctw Indię, której osobowość w czasie trwania filmu znacząco się rozwija, pogłębia i zmienia.

Zadanie niebagatelne, Australijka udźwignęła je jednak doskonale.
Jeszcze lepsi, o ile to możliwe, byli jej ekranowi partnerzy – Nicole Kidman, której nie trzeba nikomu przedstawiać, oraz zaskakujący w swojej niezmienności Matthew Goode.
W przypadku „Stokera” dobra obsada była kwestią fundamentalną – poza pięknem wizualnym, osobowości bohaterów są drugim filarem filmu. To ich dziwactwa budują plan akcji i to one popychają ją do przodu. Postacie są jednak nie tylko bardzo dobrze zagrane, ale i doskonale napisane. Po aktorze, który w całej swojej karierze wsławił się jedynie rolą w jednym serialu, trudno było spodziewać się talentu pisarskiego. A jednak, niczym Ben Affleck, udowodnił, że go posiada, wymyślając opowieść od początku do końca dopracowaną.

Niedoceniony

„Stoker” ma wszelkie szanse zostać najbardziej niedocenionym filmem roku. Bardzo dobry scenariusz, znakomita obsada i niesztampowy sposób kręcenia filmu idą niestety w parze ze słabymi wynikami box office’ów.

W Polsce, w dwa tygodnie po premierze ciężko było znaleźć kino, które grałoby go w rozsądnej godzinie – można było zobaczyć go jedynie bardzo wcześnie albo bardzo późno, w maleńkiej sali. Nie były jednak puste, a wręcz przeciwnie – sporo ludzi chciało zobaczyć, co Park Chan-wook miał do zaoferowania w wersji anglojęzycznej.
Trudno jednak stwierdzić, czy wychodzili zadowoleni. Większość, która zna Koreańczyka wyłącznie z „Oldboya”, musiała być co najmniej zaskoczona.

Dyskusja