Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Wot normalna – felieton o książkach

Wydawać by się mogło, że książki dzielą się na dwie zasadnicze kategorie – dobre i kiepskie. Można to tłumaczyć jako ciekawe i nudne, wciągające i żenujące, fantastyczne i beznadziejne i na tysiąc innych sposobów. Wszystko sprowadza się jednak do podziału dualnego. Wiele lektur trudno jednak wtłoczyć w takie ramy z bardzo prostego powodu – czytelnika nie obchodzi czy były dobre czy kiepskie, ot kolejna przeczytana pozycja. Niewystarczająco dobra, żeby się zachwycać, niewystarczająco zła, żeby hejtować. Smutna prawda jest taka, że tak właśnie wygląda najliczniejsza grupa książek.

„Top Gear” jest najlepszym programem motoryzacyjnym na świecie. Z tym stwierdzeniem zgodzi się chyba każdy miłośnik czterech kółek. Ale nie tylko, ponieważ motoryzacja jest w „Top Gearze” tylko pretekstem, najważniejsze w tym wszystkim jest pokazanie, że nawet najbardziej szalone pomysły da się zrealizować. Rajd po Afryce w poszukiwaniu źródeł Nilu w dwudziestoletnich samochodach za 1000 funtów? Bez problemu. Wyścig samolot kontra samochód? Czemu nie. Myśliwce strzelające do samochodów na torze wyścigowym? Da się zrobić. I żaden inny program nie odpowie widzowi na pytanie czy lepiej za 9 tysięcy funtów wynająć sobie prywatny samolot na godzinkę, czy też kupić Nissana Micrę.

Całe to szaleństwo okraszone jest odrobiną brytyjskiego humoru i bardzo dużą dozą dowcipu. Tak więc zgodne ze stanem rzeczywistym byłoby zakwalifikowanie „Top Geara” jako programu satyryczno-przygodowo-motoryzacyjnego. A takiego nie można nie kochać.

Nissan Sunny a kwestia książek

Jednym z przejawów szaleństwa prezenterów „Top Geara” było spalenie Nissana Sunny za pomocą… samochodu z silnikiem odrzutowym. Czym naraził się ów Nissan na takie potraktowanie? Odpowiedź jest prosta – nijakością. Jest przeciętnym samochodem, o którym nie można zupełnie nic powiedzieć – nie jest ani dobry, ani zły, nie ma po prostu żadnych cech wyróżniających. Jest nieposiadającą charakteru rzeczą.

Anegdotka z przypieczonym Sunnym przypomniała mi się, kiedy czytałam „Piasek” Piotra Nesterowicza. Nie jestem zwolenniczką palenia książek na rytualnych stosach, jednak uważam, że w najciemniejszych zakamarkach bibliotek, do których nigdy nikt nie zagląda, powinny zostać ustawione regały oznaczone kategorią zwp: zapomniane z właściwych powodów.

Książki godne umieszczenia na tej półce są niczym Nissan Sunny – nie są najgorsze, ale nie są też dobre, po prostu się nie wyróżniają. Są lekturą, którą czytelnik połknie z większymi lub mniejszymi problemami i o której natychmiast po zakończeniu zapomni.

Bez charakteru

Weźmy na przykład „Na nieznanych wodach” Tima Powersa. Jedyne, co można powiedzieć o tej książce, to że na jej podstawie powstała czwarta część „Piratów z Karaibów”. A i to nie jest prawdą, ponieważ jedyne elementy wspólne książki i filmu to tematyka piracka i tytuł. O samej lekturze trudno natomiast cokolwiek powiedzieć. Po pół roku od jej przeczytania pamiętam, że pojawił się tam Czarnobrody, była magia i kiepski wątek miłosny. Za kolejne pół roku prawdopodobnie zapomnę i o tym.

Zasadniczo jedyną rzeczą, którą naprawdę dobrze zapamiętuje się po lekturze „Na nieznanych wodach” są bardzo szczegółowe opisy statków. Ilość fachowej terminologii dotyczącej olinowania i ożaglowania od samego początku przytłacza czytelnika. Punkt dla Powersa, że zrobił tak dokładny research, aby opisać wszystko jak najbardziej realistycznie. Istnieje jednak cienka granica między szczegółowym opisem a popisywaniem się wiedzą. A autor niestety robi to drugie, pozostawiając czytelnika z dylematem – siedzieć z otwartym „Podręcznikiem sternika” na boku, sprawdzając znaczenie co drugiego padającego słowa, czy też brnąć w książkę bez zrozumienia akcji, licząc,

że dalej będzie lepiej. Jest też trzecia alternatywa – odłożyć powieść na półkę i zapomnieć o jej istnieniu.

Na naszym rodzimym podwórku doskonałym przykładem książki zwp jest zbiór opowiadań Jarosława Grzędowicza „Księga jesiennych demonów”. Jest on trudnym do zrozumienia fenomenem – jak z fantastycznych pomysłów zrobić coś miernego i nieciekawego.

Wyciągając wnioski wyłącznie na podstawie „Księgi jesiennych demonów” można uznać, że Grzędowicz nie jest ani gawędziarzem ani tym bardziej pisarzem.

Zdecydowanie nie wychodzi mu opowiadanie historii – nie są interesujące, brakuje w nich napięcia, zupełnie nie trzymają czytelnika za gardło. Sytuację pogarsza dodatkowo styl pisarza, a właściwie… jego brak. Zdania są dość koślawe, niczym ociosane siekierą, akapitom brakuje natomiast melodyki.

Każdy początkujący pisarz powinien poczytać sobie na głos swoje utwory, żeby oszlifować ostre krawędzie, oszczędzając tym samym czytelnikom ryzyka nadziania się na nie. Niestety, młodzi autorzy w nadmiernej pewności siebie i dumie rozpierającej po napisaniu opowiadania czy tym bardziej powieści, nie robią tego. Najwyraźniej nie zrobił tego i Grzędowicz po napisaniu „Księgi jesiennych demonów”.

Słabsze wśród całości

Historie godne zapomnienia zdarzają się jednak nie tylko młodym i nieznanym, również wielcy i kochani mają swoje słabsze pozycje w bibliografii. Wystarczy spojrzeć na takiego Terrego Pratchetta.

Wszyscy kochają Świat Dysku, a jeśli ktoś go nie kocha, to bezpieczeniej jeśli się do tego nie przyznaje. Można jednak wielbić serię jako koncept, podczas gdy składające się na nią książki pozostają w dużej mierze anonimowe. W szczególności, jeśli jest ich tak wiele, a styl każdej kolejnej jest kalką poprzedniej. Jedynym, co odróżnia od siebie poszczególne tomy jest więc pomysł fabularny, który nie zawsze musi być porywający.

Konia z rzędem temu, kto pamięta jeszcze o czym był „Mort” czy „Złodziej czasu”. Giną one w odmętach niepamięci, podobnie zresztą jak „Kosiarz” czy „Muzyka duszy”. Wszystkie te książki są oczywiście częścią serii, wnoszącą zapewne coś do większej układanki, ale czy są niezbędne…? Zapewne nie. Są tylko wypełniaczem między ciekawszymi tomami.

Powieści Harukiego Murakamiego, mimo, że nie stanowią zwartej serii, mają dokładnie ten sam problem, co ksiązki Pratchetta. Japończyk ma swój unikalny styl, który albo się kocha albo nienawidzi. Niezależnie od wyboru lektury, od razu widać, że wyszła ona spod pióra Murakamiego. Mimo to nietrudno wskazać najlepsze i najsłabsze dzieła pisarza. A do tych ostatnich z pewnością można zaliczyć np. „Kafkę nad morzem”. Niby też typowy Murakami, ale czegoś jednak w nim brakuje, nie ma tego błysku geniuszu, który był widoczny choćby w „Przygodzie z owcą” czy „Kronice ptaka nakręcacza”.

Powieści, które wyszły spod pióra Japończyka zawsze czyta się szybko i przyjemnie, jednak akurat „Kafka nad morzem” nie zachęca za bardzo do zastanowienia i refleksji po zakończeniu. Zamyka się ją z poczuciem zadowolenia, ale niczym więcej; nie jest książką, która zostaje z czytelnikiem.

Tą nierówność Murakamiego widać zresztą doskonale w zbiorze opowiadań „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta”. Są tam historie wywierające na czytelniku ogromne wrażenie, np. „Koty ludojady”, „Robaczek świętojański” czy „Gdzieś, gdzie może uda się to znaleźć”, większość jest jednak kompletnie anonimowym tłem dla tych kilku perełek. Ciężko stwierdzić, w szczególności po kilku latach od przeczytania zbioru o czym były np. „Samolot albo o tym, że mówił do siebie, jakby recytował wiersze”, „Opowieść o ubogiej krewnej” czy „Lodowaty mężczyzna”.

Godne uniknięcia uwagi

Bez wyrzutów sumienia można zapomnieć również o bardzo wielu dziełach Stephena Kinga. Facetowi, który publikuje po kilka książek rocznie, siłą rzeczy muszą zdarzać się wpadki. Niektóre są jednak bardziej spektakularne niż inne.
Wbrew obiegowej opinii o Kingu jako mistrzu horroru, pisanie horrorów nie jest jego najmocniejszą stroną. Widać to doskonale po „Desperacji”. W przeciwieństwie do większości opisanych wcześniej książek, które można spokojnie po przeczytaniu odłożyć na półkę i o nich zapomnieć, utworu Kinga nie warto nawet otwierać. Od początku jest źle, a przedzieranie się przez każdą kolejną stronę zwiększa udrękę czytelnika. Akurat dla „Desperacji” można by zrobić wyjątek i zamiast odkładać ją na półkę, spalić na rytualnym stosie.

„Desperacja” nie jest jednak książką bardzo charakterystyczną, jeśli chodzi o twórczość Kinga, reprezentatywna jest natomiast „Pod kopułą”. Pokazuje ona doskonale wszystko co najlepsze, ale i co najgorsze w prozie pisarza.
Pierwsze tysiąc stron jest fantastyczne, wciąga, trzyma w napięciu, pokazuje zaistniałą sytuację z wielu różnych perspektyw. Nic z tego jednak nie wynika, ponieważ ostatnie 100 kartek zupełnie rujnuje całe wrażenie. Końcówka „Pod kopułą” jest tak zła, że czyta się ją już wyłącznie z rozpędu. Po zamknięciu książki czytelnik nie marzy już o niczym innym, jak o odsunięciu się od niej na kilka kroków, żeby przypadkiem nie zarazić się tyfusem, dżumą i głupotą.

Godna uniknięcia uwagi jest również kolaboracja Stephena Kinga z Peterem Straubem „Czarny dom”. Jest to doskonały przykład książki adresowanej do nikogo.

W założeniu mieli ją połknąć przede wszystkim fani „Talizmanu”, ale dostała również wykończenie specjalnie dla miłośników „Mrocznej wieży”. W rzeczywistości jednak, żadna z tych dwóch grup nie może być zadowolona, rozczarowani mogą być również czytelnicy, którzy po dwóch mistrzach horroru spodziewali się… horroru.

Dla fanów „Mrocznej wieży”, powiązanie z cyklem pojawia się zbyt późno i co tu dużo mówić, rozczarowuje. Jest wepchnięte zbyt na siłę, sprawia wrażenie wymuszonego i nienaturalnego. Miłośnicy „Talizmanu” będą rozczarowani brakiem atmosfery fantasy i deficytem Terytoriów. „Czarny dom” jest zdecydowanie bardziej mroczny mroczny niż „Talizman”, jednak czy bardziej przerażający…? Nie. Trudno, żeby przerażało coś, z czym czytelnik nie ma kontaktu emocjonalnego, a niestety tak się dzieje. W związku z czym i fani horroru pozostają z niedosytem.

W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak w regale zwp zrobić podkategorię: n – niewypały. Bo takim z pewnością jest „Czarny Dom”. Idąc w ślady „Talizmanu” miał szansę stać się czymś wielkim, a pozostał jedynie kolejną książką o której chce się zapomnieć.

Recepta na udaną powieść

Książek przeciętnych i mało ciekawych jest bardzo wiele, można wyjść nawet z założenia, że większość publikowanych utworów zalicza się do tej grupy. Wśród nich są oczywiście również lepsze i gorsze, jednak wszystko tonie w trudnej do skwantyfikowania mierności. Co zatem odróżnia dobrą lekturę od morza przeciętnych? Tak naprawdę na to pytanie nie da się odpowiedziedzieć jednoznacznie.

Czasami jest to przebłysk geniuszu, jak w „Kronice ptaka nakręcacza” Murakamiego; czasami jest to pojawienie się w serii elementu, który przewraca cały dotychczasowy świat do góry nogami, jak np. w „Piekle pocztowym” Pratchetta; a czasem jest to po prostu genialny pomysł fabularny poparty solidnym warsztatem pisarskim, jak w „Amerykańskich Bogach” Gaimana. Nie ma jednego przepisu na udaną powieść, w każdym przypadku jest to sprawa indywidualna.

Dyskusja