Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Dziki Zachód w barwach sepii – recenzja „Western”

Realia Dzikiego Zachodu, niegdyś tak popularne w naszym kraju, dziś są zapewne obce wielu czytelnikom, czy widzom. Ich zmierzch nastąpił jakieś ćwierć wieku temu, powoli dogasając zarówno w warstwie literackiej, jak i filmowej. Owszem – przebłyski i próby reanimacji zdarzają się, ale Polska dawno przestała być rynkiem kochającym kowbojów i Indian. To już nie czasy, kiedy co sobotę w telewizji puszczano potyczki dzielnych pastuchów z czerwonoskórymi dzikusami, a co drugi obywatel pasjonował się przygodami Winnetou.

W komiksach historie wprost z Dzikiego Zachodu też pojawiają się niezwykle rzadko – przeciętny zjadacz chleba kojarzyć będzie tylko „Lucky Luke’a” (Goscinny i Morris), a i tak raczej ze względu na kreskówkę niż wydanie papierowe. Bardziej zorientowany czytelnik dorzuci do humorystycznych opowiastek jeszcze „Blueberry” (Charlier i Giraud / Moebius), „Gwiazdę pustyni” (Desberg i Marini) oraz „Western” (Rosiński i Van Hamme).

Przygotowany przez twórców Thorgala i Szninkiela album musiał być nie lada zaskoczeniem dla fanów tego duetu. Odejście od świata fantastyki i pożeglowanie na zupełnie inne wody sprawiło czytelnikom dużą przyjemność, zwłaszcza że początek obecnego stulecia był dla Thorgala okresem ciężkim i można było obserwować znużenie autorów historią dzielnego wojownika.

Jean Van Hamme zaprezentował klasyczną fabułę wprost z Dzikiego Zachodu – zawierającą wszystkie składniki dobrego westernu. Dodał do tego wątki opowieści kryminalnej i odrobinę intrygi – i choć w zasadzie każdy, poszczególny element podczas osobnej analizy wydawać się może znany – tak w komplecie stanowi interesujący twór, idealnie wręcz składający się na ciekawą opowieść. Trudno oderwać się od kartek albumu, ze względu na prezentowaną właśnie historię – napięcie wzrasta, aż do zaskakującego finału, rozsiewając w powietrzu atmosferę nieuchronnej tragedii. Jest to niewątpliwa zaleta scenarzysty, który nieraz pokazał na co go stać.

O ilustracjach Grzegorza Rosińskiego dużo pisać nie trzeba – dla wielu czytelników to niekwestionowany Mistrz, o czym świadczą zawsze kilometrowe kolejki po autograf podczas konwentów.

W Westernie poszczególne kadry rysowane są tuszem i wypełniane kolorami, czyli znaną techniką z prawie trzydziestu części Thorgala. Co ciekawe, tym razem kolory zredukowano do barwy sepii z ewentualnymi czerwonymi rozbryzgami krwi. Robi to piorunujące wrażenie i daje poczucie przeglądania bardzo starego albumu ze zdjęciami – prawdziwe mistrzostwo!

Sięgnięcie twórców do tego gatunku było strzałem w dziesiątkę. Wniosło do klasyki europejskiego komiksu odrobinę świeżości. Duet Rosiński & Van Hamme znów zaskoczył – może nie aż tak jak kilkanaście lat wcześniej swoim Szninkielem, ale jednak panowie przypomnieli, że razem potrafią nadal coś stworzyć, co nie jest opowieścią o wikingach. Wyszło im bardzo dobrze – dramatyczna historia ze świetnymi rysunkami zdecydowanie zasługuje na poświęcenie jej uwagi.

Dyskusja