Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Głodujący krwiopijcy – recenzja „Daybreakers – Świt”

Wampiry gościły na ekranach kin już setki, jeśli nie tysiące razy. W ostatnich latach odnotowaliśmy kolejny boom na krwiopijców, głównie za sprawą komercyjnego sukcesu cyklu „Zmierzchu” Stephenie Meyers i jego ekranizacji. W natłoku nowych wampirzych produkcji, kręconych zarówno przez dobrze wszystkim znanych hollywoodzkich reżyserów, jak również i amatorów, niełatwo jest jednak znaleźć coś oryginalnego. Twórcy prześcigają się w sposobach na ukazanie wampira w nowym kontekście, choć rzadko kiedy z pożądanym skutkiem. Braciom Spierig sztuka ta jednak do pewnego stopnia się powiodła.

Chociaż „Daybreakers – Świt” nie należy do najlepszych filmów w swoim gatunku, to przyznać trzeba, że pomysł, na którym zasadza się jego fabuła, jest nietuzinkowy.

Michael i Peter Spierig ukazują nam wizję świata, w którym cywilizacja cierpi z powodu tajemniczej choroby zmieniającej ludzi w wampiry. Do 2019 roku liczba niezakażonych ludzi zmniejszyła się do 5% obecnej populacji. Pozostali, naznaczeni piętnem wampiryzmu, cierpią głód, nie mając skąd czerpać świeżej krwi. Próby stworzenia jej sztucznego zamiennika spełzają zaś na niczym. I kiedy wydaje się, że gatunku ludzkiego nic już nie jest w stanie uchronić przed wymarciem, wśród wampirów pojawiają się pojedyncze jednostki gotowe chronić ich przed niebezpieczeństwem ze strony krwiopijców.

Szybko niestety okazuje się, że wyłączywszy niebanalną fabułę, film nie wybija się niczym specjalnym na tle innych produkcji utrzymanych w podobnej konwencji. „Daybreakers” odznacza się wprawdzie sprawnym montażem, a odpowiedzialny za zdjęcia Ben Nott w niejednej scenie dał popis operatorskiej inwencji, jednak pozostałe elementy filmu trzymają co najwyżej przyzwoity, rzemieślniczy poziom. Krwiopijcy, zwłaszcza ci najbardziej wygłodzeni, wyglądają przerażająco, ale nie powinno dziwić to w dzisiejszych czasach, gdy twórcy mają niemal nieskrępowane możliwości w dziedzinie charakteryzacji i efektów specjalnych. Muzyka Christophera Gordona pobrzmiewa w tle, podkreślając nastrój scen, ale nikomu raczej nie przyjdzie do głowy sięgać po soundtrack.

Kilka ciepłych słów należałoby jednak skierować pod adresem aktorów. Rolę Edwarda Daltona wziął Ethan Hawke, natomiast postać Lionela Cormaca zagrał słynny Willem Dafoe. Jedną z kluczowych kreacji stworzyła także Claudia Karvan, znana choćby jako Sola z „Zemsty Sithów”. Niestety, scenariusz obfituje w papierowych, szablonowych bohaterów, których nie ratuje nawet solidna gra odtwórców. Problem dotyczy nawet postaci kluczowych dla fabuły i najdobitniej daje się zauważyć na przykładzie Willema Dafoe. Choć aktor ten zaprezentował wysoki poziom gry, do którego dawno już zdążył przyzwyczaić swoich fanów, to mimo wysiłku włożonego w odegranie bohatera, Lionel Cormac pozostaje postacią mocno archetypiczną i przewidywalną.

Czy zatem warto dać szansę „Daybreakers – Świtowi”? Mimo wszystko tak. Choć film ten w wielu aspektach wypada przeciętnie, to na tle innych wampirzych produkcji odznacza się ciekawą, oryginalną fabułą, nie pozwalającą widzowi się nudzić. Chyba nikt, kto obejrzy dzieło braci Spierig, nie będzie gotów umieścić go na jednej półce z najlepszymi reprezentantami gatunku. Niemniej jednak, licząc na półtorej godziny niezobowiązującej, wciągającej rozrywki, warto zdecydować się właśnie na „Daybreakers”.

Ocena: 3/5

Dyskusja