Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Happy END -fragment

W więzieniu szybko zaczynasz skupiać się na pierdołach. Nagle interesuje cię zatem na ścianie, liczba podłogowych klepek, krzak rosnący na podwórzu, żwir pod butem, sam but i jego sznurowadło, odłupany fragment cembrowiny otaczającej wyschniętą fontannę, dziura w ścianie, martwa żarówka, kurek nieczynnego kranu, trup muchy na parapecie i tak dalej, i tak dalej.

Prolog
W więzieniu szybko zaczynasz skupiać się na pierdołach.
Nagle interesuje cię zatem na ścianie, liczba podłogowych klepek,
krzak rosnący na podwórzu, żwir pod butem, sam but i jego sznurowadło,
odłupany fragment cembrowiny otaczającej wyschniętą
fontannę, dziura w ścianie, martwa żarówka, kurek nieczynnego
kranu, trup muchy na parapecie i tak dalej, i tak dalej. W głowie rysuje
ci się mapka zapchana przez tysiące pierdół i pół biedy, jeśli są
to tylko szczegóły otoczenia. Niestety: z czasem zaczynają interesować
cię inni: istne panopticum osobliwości. Ten bowiem stęka,
tamten patrzy jakoś krzywo, kolejny ma chropowate łapy, a ostatni –
fafluni spomiędzy warg i straszy cię kataraktą.
Pierdoły zaczęły męczyć mnie jesienią, mniej więcej rok po
moim przybyciu. Zapewne gdyby to było prawdziwe więzienie,
miałbym co innego do roboty. Cóż to bowiem za ciupa: pełna starców
i z jednym tylko strażnikiem? Czy raczej: z naszym najdroższym
skarbem. Wciąż drepczemy wokół niego jak przerażone kruki
i zerkamy: czy za moment nie spowije go bladość, czy nie chwyci
się dramatycznie za serce? Czy nie padnie nagle ze szklistymi
oczami… w których odbiją się jeszcze pękające mury naszego
sanktuarium.
– 1 –
Jeszcze pół roku temu nie obchodziło mnie, czy tak się stanie.
Tysiąc razy podchodziłem do zardzewiałej bramy, chwytałem mosiężną
klamkę… i tysiąc razy wracałem. Wygląda na to, że nadal
chcę żyć. Zabawne.
Zacząłem pisać. Tydzień temu padł mi laptop: działał jeszcze siłą
rozpędu i resztkami zasysanego prądu. Zdołałem – na szczęście –
wydrukować niemal wszystko co wklepałem na klawiaturze przez
te ostatnie miesiące, korzystając z pamiętającej lepsze czasy drukarki
HP LaserJet 1200, i teraz wytrzeszczam w zdumieniu oczy.
Druk w ostatniej chwili! Czysty cud! Poezja.
Co do reszty: wszystko leży w samochodzie tak, jak to zabrałem
feralnego dnia naszej ucieczki. Gazety, kserokopie, zdjęcia, nagrania.
Jest nawet pięknie wydrukowana i nigdy nie otwierana książka,
wersja w twardej oprawie. Ocalał i stary maszynopis. Nie wiem,
po co zabrałem te wszystkie śmieci.
Po śmierci laptopa wytrzymałem dzień bez pisania, patrząc
na otaczające mnie starcze gęby, słuchając jęczeń i próśb o pomoc.
Chodziło rzecz jasna o pierdoły, bo o cóż by innego? Tego krzyż
bolał, tamta płakała o zmianę pieluchy, a kolejna zadręczała mnie
ględzeniem na temat córki, którą myliła z siostrą a obie – z własnym
mężem.
Szybko zauważyłem, że nie ma przed nimi ucieczki. Jeśli widzieli,
że kręciłeś się bez zajęcia, zaczynali włazić ci na głowę.
Robili to podstępnie i niby małym, nieśmiałym kroczkiem – uczepiali
się jednak z niesamowitą siłą, przylegając jak wygłodzone niemowlęta.
Niewielu ich zresztą zostało. Części nie upilnowałem:
ci uciekli z naszego więzienia sami, wcześniej pakując mizerny dobytek
do waliz lub wychodząc radośnie w pidżamach za wciąż
otwartą bramę. A pozostali? Zdwoili wysiłki i stali się podwójnie
męczący. Natura nie znosi próżni.
A zatem: pisanie. Na początku wmawiałem sobie, że to z ich powodu,
że trzeba czymś się zająć… ale prawda jest taka, że męczyła
– 2 –
mnie jakaś gorączka. Pisać, pisać.. trzeba opisać to wszystko!
Udokumentować! Dla potomności! Z tą potomnością to oczywiście
przesada. W każdym razie: pisać! Tylko na czym?
Po laptopie dorwałem się do starych kalendarzy. Znalazłem je
w szafie pokoju dyrektorskiego. Obwoluty ze sztucznej skóry pokrywała
gruba warstwa kurzu – nikt z nich nie korzystał, tak samo
jak z długopisów i ołówków leżących w jednej z szuflad. Najwidoczniej,
zanim personel zwiał, preferował komputery: na biurku
stał, nieco już pożółkły i teraz martwy, Macintosh. Niepotrzebny
szmelc. Złapałem za najsolidniej wyglądający terminarz, chwyciłem
w garść ołówek i wyszedłem na zewnątrz.
Na dziedzińcu o tej porze dnia było pusto. Gdyby któryś ze starców
mnie zauważył to pewnie zostawi w spokoju, widząc, że mam zajęcie.
Usiadłem więc na ławce i wziąłem się do roboty. Ale ręczne pisanie
okazało się potworną mordęgą. Litery wychodziły mi jakieś
koślawe: zanikała litera „a”, „n” wyglądało jak „r”, a znaków interpunkcyjnych
zupełnie nie mogłem dostrzec. Krótko mówiąc: nie potrafiłem
się rozczytać. Uwsteczniłem się przez wieloletnie stukanie
w klawiaturę. Rzuciłem kalendarze w kąt, a potem, tknięty dziwnym
przeczuciem, zszedłem do piwnic.
Okazały się prawdziwym grobem przestarzałych sprzętów.
Wśród pudeł, paczek, zapomnianych choinek z plastiku, pojemników,
tektur i foliowych worów znalazłem wreszcie to, czego szukałem:
czarną maszynę do pisania marki Olivetti i trzy ryzy papieru.
Podniecony znaleziskiem, ekshumowałem te zapomniane szczątki
do swojej celi. Byłem uratowany!
Pół ostatniej ryzy nieco zamokło, ale nie sądzę bym zapełnił
te wszystkie strony. Dziś w każdym razie zacząłem, a – biorąc pod
uwagę wydruki – jestem już w połowie! Świetna sprawa. Jest nawet
zapas barwiącej taśmy! Prawie dziesięć pudełek i to zupełnie suchych!
W trakcie żmudnej procedury instalacji maszynowych wałków,
upaćkałem sobie dłonie. Ale kiedy wkręciłem białą kartkę,
poczułem, że to jest TO.
– 3 –
Po pierwsze: metalowe pałeczki z literkami wydają niesamowity
dźwięk. Słuchając go, zaczynam rozumieć, co pisarze cenili w tym
charakterystycznym trzasku powstałym przy uderzeniu metalu o papier.
Po drugie: niesamowity jest sam proces pojawiania się słów.
Litery po prostu są w-y-b-i-j-a-n-e i przez to jawią się jako coś
trwalszego niż piksele. I po trzecie: papier i farba PACHNĄ.
Cudowny zapach! To uspokaja.
Piszę zatem, do końca nie wiedząc, czy to ma sens. Dobrze chociaż,
że wszystko tu pamiętam. Piszę o nich, o niej. I o nim. To pewnie
bezcelowe zajęcie. Po co to robię? Nie wiem.
To chyba wina mojego zawodu. Pan dziennikarzyna i pisarzyna.
Ale nie tylko. Jest we mnie jakaś śmieszna potrzeba powkładania
określonych fragmentów do odpowiednich pudeł i szuflad. Pragnę
przybić stemple, pyknąć zszywaczem, nakleić karteczki z adnotacją.
Wierzę, że tak jest bezpieczniej: gdy wszystko popakuję i wrzucę
w ciąg liter, określę i zamknę. Jak stary, wychudzony chomik chcę
ładować informacyjne graty do kartkowej dziury, a wszystko w szalonym
amoku porządkowania i segregowania.
Zabawnie to musi wyglądać z zewnątrz: zupełnie jakbym biegał
w kółko z naręczem papierów, pocąc się nad maszyną. Wzrok mam
błędny, krok nerwowy, dyszę z wyczerpania. Co teraz będzie, co będzie,
olaboga. Cóż pocznę?! Co teraz, co teraz. A teraz – już nic.
Tylko nerwowa krzątanina przed końcem balu karzełków.
– 4 –
W dniu dzisiejszym odszedł profesor Pierre Leon. Znany z prac prognostycznych
na temat Aberracji (znanych także pod nazwą Zdarzeń bądź Osobliwości)
wybitny naukowiec, zmarł w swoim paryskim mieszkaniu o godzinie
15.35. Miał 99 lat.
Jak wiadomo z jego licznych publikacji, obliczenia profesora umożliwiły
mu dokładne przewidzenie daty i czasu swojej śmierci. Uczeń profesora i kontynuator
jego dzieła, doktor Jean Fabric powiedział w krótkim wywiadzie dla
„Le Point”, że czas śmierci pokrył się z wyliczeniami profesora niemal w 100
procentach. „Ten niewątpliwy sukces prof. Leona wyraźnie wskazuje, że struktura
tak zwanych Aberracji da się ująć w matematyczne karby” – oznajmił doktor
Fabric. Nie odpowiedział on jednak na pytanie, czy można się spodziewać
ewentualnego powrotu profesora, wyliczonego przez niego na około dwieście
godzin po czasie jego odejścia.
źródło: Le Point
Spotkanie z Królem
Tydzień przed spotkaniem z królem odwiedziła mnie trzyosobowa
delegacja. Wizyta była niezapowiedziana i z początku nie wiedziałem
z kim mam do czynienia. Przez wizjer zobaczyłem tylko
ładną, rudowłosą, bardzo chudą kobietę o zaciętych, cienkich ustach,
jakiegoś grubasa w popielatej marynarce i faceta, który machał legitymacją.
To przez tę legitymację ich wpuściłem, chociaż nawet się
jej przyjrzałem. Wystarczyło zobaczyć dwie litery „Z”. ZetZet.
Zespół Zapobiegawczy.
W mieszkaniu był pieprznik, nie zdążyłem nawet pościelić łóżka.
Wydawali się nie zwracać na to uwagi, wymienili tylko nazwę
instytucji. Zaproponowałem kawę, herbatę. Gruby powiedział, że
„wypije herbateczkę”, więc poszedłem nastawić wodę.
– O czym zamierza pan rozmawiać z królem? – spytała anorektyczna
kobieta, kiedy już rozsadziłem ich na pufach przy ławie.
Wzruszyłem ramionami. Kobieta trzymała w rękach niewielki
brulion i ołówek, najwidoczniej zamierzali notować.
– 5 –
– To administracja króla wystosowała zaproszenie… – zacząłem,
ale przerwał mi ten od legitymacji. Miał niewielkie, cienkie i okrągłe
okularki, przez które bacznie mi się przyglądał.
– To wiemy – chrząknął. – Napisał pan książkę.
– No tak, nawet dwie. Ale pewnie chodzi o drugą, co?
– Myśli pan, że to o niej król chce rozmawiać?
– Myślę, że tak – odparłem. Głupio było stać, kiedy tak siedzieli
i wpatrywali się w moje nogi. Podstawiłem sobie krzesło z pokoju.
Teraz było jeszcze niezręczniej – chcąc nie chcąc, górowałem nad
nimi. Na szczęście czajnik zaczął piszczeć, przeprosiłem, wyszedłem,
zacząłem zalewać herbatę dla grubego. Coś tam poszeptywali,
słyszałem chłodny głos kobiety. Kiedy wróciłem, zauważyłem,
że ma jeszcze bardziej zaciśnięte usta.
– Panie Lebański – odezwała się – jest pan jednym z niewielu
ludzi, którym dane będzie zobaczyć króla. Nie będziemy się tu
na razie wdawać w dyskusje o protokołach bezpieczeństwa. To spoczywa
na naszych barkach. Jeśli jednak zgodzi się pan na spotkanie,
podpisze pan odpowiednią klauzulę tajności. Jest także kilka
kwestii, które muszą być z panem omówione – skinęła głową na
okularnika. Ten splótł palce i zaczął, patrząc na mnie z dobrotliwym
uśmieszkiem.
– Podejrzewamy, że to Jego Królewska Mość ofiarował panu
stypendium za napisaną przez pana pozycję.
– Ale nie mają państwo pewności? Ja słyszałem o jakiejś organizacji
i pieniądze są podobno od nich.
– Jeśli był to król, to decyzja Jego Wysokości, to rzecz jasna,
jego kaprys i jego sprawa. Wie pan jakie jest stanowisko Zespołu
wobec pańskiej książki. Teraz jednakże nie chodzi o tamtą starą
sprawę lecz o to, że pragniemy, by nie poruszał pan pewnych tematów
z królem.
– Pewnych tematów?
– Króla nie interesuje tematyka polityczna ani w ogóle żadna
– 6 –
sytuacja poza obszarem jego wyspy. Od takich informacji są wykwalifikowani
ludzie, których praca polega na dostarczaniu Jego Wysokości
odpowiednich danych. Dlatego, jeśli będzie pan rozmawiać
z królem… na przykład o swojej książce, to wolelibyśmy, aby nie
poruszał pan zawartych w niej… kwestii politycznych – okularnik
uśmiechnął się szerzej. – Nasze pytanie jest zatem takie: czy potrafi
pan rozmawiać o swojej książce bez poruszania tych elementów
w trakcie rozmowy?
A więc o to chodziło.
– To chyba… niemożliwe – odpowiedziałem. – Treść… nie, to się
nie da. Ta książka miała być w sumie esejem, ale potem to się rozrosło…
Nie widzę możliwości, żeby… W końcu chodzi o abery,
prawda?
– Panie Lebański – przerwała mi kobieta. – Jest pan człowiekiem
inteligentnym. Dlatego pokładamy w panu pewną dozę zaufania.
– Dziękuję – prychnąłem. Ruda anoreksja zmarszczyła brwi.
– Myśli pan, że to zabawne? Wcale tak nie jest. Nasze warunki
są proste i może pan na tej całej sprawie skorzystać – dodała.
– To znaczy? – zaciekawiłem się.
– Po pierwsze, z pewnością nie chce się pan narażać na dalsze
konsekwencje. A my jesteśmy skłonni przekonać niektórych polityków
do zmiany zdania w pańskiej sprawie – zapauzowała, pewnie
dla lepszego efektu. – Nie muszę chyba dodawać, że dotyczy to nie
tylko napisanej przez pana książki, ale także pańskiego ojca.
–Wypuścicie go?
– O tej sprawie na razie nie wolno mi się wypowiadać –
zastrzegła. – Po drugie, czy chce nam pan powiedzieć, że taka inteligentna
osoba jak pan nie poradzi sobie z ominięciem tematów dotyczących
Aberracji w trakcie rozmowy?
– Nie miałem tego na myśli, ale…
– Zatem to załatwione – znowu mi przerwała. Zauważyłem,
że grubas pokiwał z zadowoleniem głową. – Mamy jeszcze kilka
– 7 –
uwag do pańskiej wizyty – kobieta zerknęła w notatnik. – Z królem
nie należy rozmawiać o śmierci, chorobach i w zasadzie o wszelkich
zagrożeniach.
– A od kiedy zdrowie króla interesuje ZetZet?
– Od momentu kiedy Jego Królewska Mość, jeszcze nie piastując
swej funkcji, miał, jak pan wie, bezpośrednią styczność z jedną
z Aberracji, i to Pierwszego Stopnia, a więc zogniskowaną dokładnie
wokół jego osoby. Aberracja dała mu pewne… możliwości.
– I zakończyło się to tytułem królewskim, jak rozumiem… Po to,
by nikomu łba nie urwał?
– To w tym momencie nieistotne. A pański komentarz… – skrzywiła
się. – Wracając do sprawy: w trakcie dyskusji na temat twórczości,
gdyż jak zakładamy w tej sferze ma toczyć się dysputa,
respektowane są tylko te rodzaje sztuki i kreacji, które nie wzbudzą
niepokoju Jego Wysokości – kontynuowała, niezrażona. – Musi pan
także ograniczyć się do omawiania obszarów… mówiąc wprost,
wystarczy, że będzie pan mówił tylko o wyspie, na której król przebywa.
Ufamy, że będzie pan w stanie sam osądzić, które z tematów
mogłyby wywrzeć niekorzystne efekty.
– Świetnie, że mam, jak widzę, możliwość wyboru…
– Dowiemy się, czy zastosował się pan do naszych zaleceń.
Proszę o tym pamiętać.
– To mnie akurat nie dziwi. Rozumiem, że jeśli zdenerwuję Jego
Wysokość, to dla kaprysu może wysadzić nas w powietrze?
Nie zareagowała.
– To są papiery związane z klauzulą tajności – podała mi jakąś
teczkę. – Jeśli chce pan, abyśmy… cóż… wykreślili pewne uwagi
na pański temat z naszych rejestrów, musi pan to podpisać. Zgadza
się pan?
– Pozostaje jeszcze kilka kwestii technicznych – kontynuowała,
gdy kiwnąłem głową i zacząłem przeglądać dokumenty. Kartki były
jaskrawobiałe, przed oczami wirował mi drobny druk. – Na wyspę
– 8 –
króla poleci pan samolotem w piątek o ósmej trzydzieści. Przyjedziemy
po pana… nie wiem… koło szóstej? – ponownie spojrzała
w notatki. – Proszę założyć coś luźnego, król przyjmie pana
w swoim domu na plaży. Może być sportowa marynarka, dżinsy,
coś takiego. To nie jest oficjalna wizyta, a król ma już dość garniturów
i krawatów… Powinien pan zjawić się u niego w trakcie obiadu,
na który jest pan zaproszony. Proszę nie brać ze sobą żadnych urządzeń
nagrywających czy robiących zdjęcia. Jeśli będzie miał pan
przy sobie komórkę, będzie pan musiał zostawić ją w depozycie.
Sprzęt zostanie zwrócony po wizycie. To samo tyczy się dokumentów
i w ogóle wszelkich przedmiotów. Nosi pan zegarek?
– Nie.
– I bardzo dobrze.
Odchyliłem się na krześle.
– Obawiacie się, że zrobiłbym coś królowi zegarkiem?
– Nie – wtrącił się okularnik. – Po prostu Jego Wysokość nie
życzy sobie żadnych czasomierzy. W świetle ostatnich Aberracji
i tego, co go spotkało, niepokoi go upływ czasu.
– Nie rozumiem…
– Wystarczy, jeśli się pan dowie, że król trzy lata temu rozkazał
pozbyć się z wyspy wszelkich urządzeń rejestrujących czas.
Parsknąłem, ale patrzyli na mnie zupełnie poważnie. Nie wiedziałem,
co mam powiedzieć i w końcu wymamrotałem coś o ciastkach,
może chcieliby się poczęstować. Gruby popatrzył na mnie
z rozbawieniem.
* * *
Tej nocy, pomimo piguł, źle spałem. Nie miałem żadnych snów,
ale wierciłem się i dusiłem w łóżku. Obudziłem się o wpół do trzeciej.
Paskudna pora, za oknem chłód i ciemnawa szarość. Gardło miałem
suche jak pieprz, poszedłem napić się wody. Serce waliło mi ciężko,
zbyt leniwie.
– 9 –
Może lepiej, że żadnych snów nie było? Ostatnio śniły mi się
koszmary: trupy palone w krematoriach, a wcześniej sztucznie ożywione
i poddane drobiazgowym przesłuchaniom. Ten sen akurat
świetnie rozumiałem, choć nie mogłem o nim zbyt długo myśleć.
Ale śniłem też o wielkich falach zielonej wody zmiatających olbrzymie
połacie miasta, o zdziczałych psach atakujących ludzi w wątłym,
jesiennym lesie, o starcach smaganych elektrycznym biczem…
i o prawdziwych wydarzeniach, takich jak choćby utrzymujący się
nad południową częścią miasta oleisty, chmurny wir.
Woda zdawała mi się kwaśna, przełykałem z trudem. Oto moje
życie. Kręcę się po nocy, piję wodę z zakurzonej szklanki. Nigdy
nie miałem żony, dzieci. Nie ma już też Anity. I proszę – gdyby zdarzyło
mi się paść w nocy na wylew czy zawał, to – pomimo tak niewielkiego
znaczenia – miałbym gwarancję bycia znalezionym.
W końcu byłem umówiony z królem. Gdyby nie król, ciało znalazłaby
sprzątaczka w przyszłym tygodniu, dokładnie we wtorek.
Ewentualnie ktoś z redakcji – wciąż nie dosłałem obiecanych felietonów.
Ci z Zetów, którzy swojego czasu narobili mi takiego smrodu
(rzecz jasna na polecenie rządowe), odnotowaliby tylko, że zbyt
kontrowersyjny autor książki na temat społeczno-strukturalnych
konsekwencji aberów (to potoczne określenie Aberracji szybko się
przyjęło), nie stanowi już zagrożenia. Gdyby nie król, znikłbym
zatem powoli, skromnie. Człowiek nie przestaje być nagle – raczej
powoli się rozpuszcza. Chyba, że spocznie na nim królewskie oko.
Kręciłem się jeszcze jakieś pół godziny. Telewizor nie działał –
to było do przewidzenia. W zeszłym miesiącu podano, że wystąpią
problemy z odbiorem sygnału na całym kontynencie. Zbliżała się
zmarzłoć, ciągnęło chłodną entropią skuwającą lodem całe miasteczka,
fale płynęły po niebie. To sunął lód, kręciły się powietrzne
wiry. Nikt nad tym nie panował i nikt się też nie starał. Aber Pogodowy
i tyle. Doktorowie w grubych pinglach znów wysmażą serię
artykułów, ktoś dostanie profesorski tytulik, odbędą się kongresy
i sympozja. A wszystko będzie poza mną. Może to i lepiej.
– 10 –

Dyskusja