Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Którędy do Jukonu?” – recenzja „Calvin i Hobbes #03: Jukon czeka!”

Na początku nie było niczego… a potem był Calvin. Zaraz po nim był Hobbes. Calvin i Hobbes, niesforny brzdąc i dziki tygrys, korzystając z niewyczerpanych źródeł wyobraźni Billa Wattersona, samą siłą woli stworzyli niezwykle barwny wszechświat z potworami w szafach, kosmitami uczącymi w szkole i rodzicami, których stale trzeba wychowywać. W tym wszechświecie mieli masę przygód, o których nie śniło się zwyczajnym, pozbawionym humoru ludziom. Ci ludzie – poważni, rozsądni i dystyngowani – nie mieli tam wstępu. Tak, niewiele łączyło świat Calvina i Hobbesa ze światem dorosłych. Sześciolatek i jego pluszak żyli dzięki temu bez większych zmartwień i trosk. W końcu trafili na biurko pewnego recenzenta i zaproponowali mu podróż w czasie i przestrzeni. Recenzent zgodził się z entuzjazmem.

Ale zanim ruszyli w drogę ich nowy towarzysz postanowił zasięgnąć informacji. Należał wszak do dorosłych, a oni zawsze wolą posprawdzać wszystko zawczasu. Recenzent przypomniał więc sobie parę w zasadzie nieistotnych rzeczy. Jakich? A na przykład, że Bill Watterson tworzył paski do gazet; że rysował komiks pod tytułem „Calvin and Hobbes” przez 10 lat (od 1985 do 1995 roku); że w Polsce na wskutek błędnego tłumaczenia bohaterowie przez długi czas byli znani jako „Kelvin i Celsjusz”; wreszcie, że Egmont w 2004 zaczął wydawać tomiki pod właściwym tytułem i teraz mamy ich wznowienie. Recenzent trochę zmarkotniał. Wychodziło na to, że Calvin i Hobbes zaprosili go na wyprawę, którą wesoła para już raz odbyła. Trochę żałował, bo chciałby nowych przygód. Cóż jednak poradzić. Recenzent przełknął także to, że wyrusza nie na pierwsze przygody urwisów („Calvin i Hobbes”) czy drugie („Coś się ślini pod łóżkiem”), a dopiero trzecie („Jukon czeka!”). Oj, chyba chłopcy niezbyt go lubią. Mimo to zacisnął zęby i postanowił dobrze się bawić.

O, i na brak dobrej zabawy recenzent nie mógł narzekać. Miał jej aż nadto, co chwila wybuchał śmiechem. Nauczył się też wielu pożytecznych rzeczy. Hobbes, na przykład, pokazał mu tajniki algebry. Wiecie ile to jest 3 + 8 (sześć, oczywiście) albo znacie liczby urojone (np. trzydzieścinaście)? Recenzent teraz tę wiedzę posiada. Hobbes zdradził mu również sposób na potwory. Widzicie mackę wysuwającą się z szafy? Włączcie światło – potwory usychają od światła. Niestety, jeśli chcielibyście się pozbyć w ten sposób rodziców, musicie znaleźć inny sposób. Calvin z kolei pokazał recenzentowi, jak podróżować latającym dywanem i maszyną czasu. Chcecie wybrać się w przyszłość? Jest

prosty sposób: należy zjechać z górki na wózku lub sankach, od biedy nawet na rowerze. Recenzent może zagwarantować, że to działa. Porównajcie sobie czas na szczycie i na dole. Różni się, prawda? Calvin rozpracował też sposób na zamianę jednych obiektów w inne (np. narzuty na łóżko w iguanę). Używa do tego transmutatora. Recenzent stwierdził, że musi sobie taki sprawić. Z miejsca przeobraziłby stos papierów na biurku w górę pieniędzy (a potem zyskałby władzę i sławę, dzięki czemu miażdżyłby ludzi, którzy wejdą mu w drogę – zgadnijcie, kto naprowadził go na ten trop).

Ale im więcej recenzent się dowiadywał, im lepiej się bawił, im dłużej trwała podróż, tym większy budził się w nim niepokój. Ruszając w podróż z Calvinem i Hobbesem miał nadzieję w jakiejś mierze odzyskać to, co stracił wchodząc w dorosłe życie. Pragnął przypomnieć sobie czym pachnie dziecięca naiwność i jak w pełni czerpać ze źródeł wyobraźni. Bądźmy szczerzy: udało mu się i bardzo go to ucieszyło. Jednakże obserwując Calvina i Hobbesa, po jakimś czasie zaczął zadawać sobie pytania: czy ja też byłem taki krnąbrny i egoistyczny jak byłem mały? Czy ja też tak dokuczałem i irytowałem ludzi dookoła? Czy też byłem tak złośliwy, uparty, przemądrzały, a czasem nawet brutalny i bezwzględny? Recenzent zaczął dostrzegać coraz więcej ciemnych stron dziecięcego charakteru. Nie to było jednak źródłem jego zmartwień. Po prostu recenzent uświadomił sobie, że choć wydawało mu się, iż jest taki dorosły, dojrzały i w ogóle, tak naprawdę nadal ma w sobie dużo z dziecka. Zrozumiał, że z wiekiem zatarły się te najpiękniejsze i najwspanialsze cechy towarzyszące dzieciństwu jak otwartość, umiejętność cieszenia się z małych rzeczy czy korzystanie z wyobraźni. Zostało w nim zaś to, co najgorsze.

Kwestia ta gnębiła recenzenta także po powrocie z podróży. Wyglądało na to, że przechodząc w dorosłość wiele stracił, niewiele tak naprawdę zyskując. W pierwszym odruchu recenzent postanowił działać. Chciał zmienić swoje zachowanie. Chciał pracować nad sobą. Potem jednak przypomniał sobie Calvina i uznał, że nie tędy droga. Przecież chłopiec wcale nieźle sobie radził mimo swoich wad. Zamiast tracić energię, nakładając sobie kajdany konwenansów i dobrego zachowania, recenzent postanowił przywrócić to, co zabrała mu dorosłość. Nie zdziwcie się więc, jeśli zapyta was o drogę mężczyzna z sankami, z pluszowym tygrysem, z plecakiem pełnym komiksów i tylko dwiema kanapkami (w tym jedna z miodem i prawoślazem). Prawdopodobnie trafiliście na niżej podpisanego recenzenta. Zapewne wyrzekł się on rodziny i szuka nowego domu. Bo wiecie, Jukon czeka!

Dyskusja