Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Majestatycznie, ale bez przytupu – wrażenia z Przeglądu Filmów Japońskich

W dniach od 16 do 20 czerwca w warszawskim kinie Kultura odbył się Przegląd Filmów Japońskich. Z jednej strony, idea była szczytna – zapoznawanie publiki ze wciąż jeszcze mało popularną w Polsce kinematografią kraju kwitnącej wiśni. Z drugiej jednak, wybór prezentowanych filmów wpisuje się raczej w utrwalanie stereotypów, niż faktyczną próbę pokazania nieznanej Japonii.

Na Przeglądzie Filmów Japońskich nie mogło zabraknąć Kurosawy i jego filmu samurajskiego (czytaj: westernu), obrazów pokazujących Japonię powojenną, będących zarówno próbą uporania się z przeszłością, jak i spojrzeniem na mentalność społeczeństwa dotkniętego wojną.

Punktem obowiązkowym było też anime. Wisienką na torcie miała być ekranizacja „Norwegian wood”, jednak i to okazało się stereotypizowaniem– w końcu Haruki Murakami jest jedynym pisarzem z kraju kwitnącej wiśni znanym szerszym masom. Do pełni obrazu brakowało jedynie „Ringa” lub innego przedstawiciela horroru.

Stereotypy zamiast świeżości

Wielka szkoda, że twórcy festiwalu podeszli do kina japońskiego w historyczno-stereotypizujący sposób. Zabrakło natomiast obrazów dających ogląd na to, jak wyglądają współczesne filmy z Japonii. Z produkcji natychmiastowo nasuwających się na myśl warto wymienić chociażby „Viyon no tsuma”, „Vital”, „Kotoko”, czy nominowane do Oscara, a niewyświetlane jeszcze nigdy w Polsce „Kokuhaku”. Ze współczesnego kina, poza wzmiankowanym już „Norwegian wood” (które, swoją drogą, w Polsce można było zobaczyć już na Festiwalu Pięciu Smaków ), obecne było tylko anime „O dziewczynie skaczącej przez czas” oraz aktorska adaptacja „Death note”, a raczej jej pierwsza część.

Mimo, że pod względem doboru filmów festiwal rozczarował, to od strony artystycznej było już zdecydowanie lepiej. Większość prezentowanych obrazów stała na bardzo wysokim poziomie. Z przyjemnością trzeba też stwierdzić, że cieszyły się one sporym zainteresowaniem – nie było pokazu, na którym sala nie byłaby wypełniona przynajmniej w połowie.

Klasyk na topie

Najlepszym spośród festiwalowych filmów był klasyk wśród klasyków – „Straż przyboczna” Akiry Kurosawy. Jest to dramatyczna, a jednocześnie zabawna opowieść o roninie, który użyczając swego miecza dwóm rywalizującym między sobą gangom stara się wyrwać spod ich terroru niewielkie miasteczko. Schemat fabularny doskonale znany miłośnikom spaghetti westernu – to właśnie na podstawie „Straży przybocznej” Sergio Leone nakręcił 3 lata później „Za garść dolarów”.

Film Kurosawy nie jest jednak klasykiem wyłącznie dlatego, że inspirował inne klasyki. Tradycyjnie warto podkreślić znakomitą grę Toshiro Mifune, nie był to jednak występ jednego aktora – reszta obsady stanowiła dla niego doskonałe tło. Brakowało mu jednak nieco godnego adwersarza – Tatsuya Nakadai nie zbliża się nawet do poziomu Mifune, a postać przez niego grana – Unosuke, nie jest żadnym wyzwaniem dla głównego bohatera.
„Straż przyboczna” jest jednak nie tylko pokazem umiejętności aktorów, ale przede wszystkim sztuki reżyserskiej samego Kurosawy. Jego legendarna już pedantyczność widoczna jest w każdym ujęciu, każdym przedmiocie pojawiającym się na ekranie, każdym geście aktorów. Nawet w scenach bardzo dynamicznych wszystko ma swoje miejsce i jest doskonale podporządkowane wizji reżysera.

Niedoceniona uniwersalność

Bardzo dobrym, choć – oceniając po ilości ludzi opuszczających salę kinową w czasie seansu – również bardzo niedocenionym filmem , była „Tokijska opowieść”. Jest to historia starszego małżeństwa, przyjeżdżającego z prowincji do Tokio, w odwiedziny do swoich dorosłych dzieci. Nie fabuła jest jednak najważniejsza, a refleksja nad nią. A ta przebiega wielotorowo.

Z jednej strony widzimy uniwersalne prawdy o naturze ludzkiej i oddalaniu się od siebie. Do tego stopnia uniwersalne, że pozostają wciąż aktualne w nakręconym prawie 40 lat później na bazie tej samej historii, jednak w zupełnie innym kraju i zupełnie innych warunkach społecznych, niemieckim „Hanami – kwiat wiśni”.
Uważny widz doszuka się w „Tokijskiej opowieści” jednak i drugiego dna – refleksji nad tym, co wojna zrobiła ze społeczeństwem japońskim i zbiorową świadomością Japończyków.
Poszerzając nieco formułę festiwalu kina japońskiego, ciekawym pomysłem byłoby wyświetlenie „Tokijskiej opowieści” w jednym bloku ze wzmiankowanym już „Hanami”. Można byłoby dzięki temu zobaczyć jak z jednej strony, ta sama historia pozostała żywa przez tyle lat, z drugiej – jak się rozwinęła.

Rozczarowujące zwieńczenie

Wisienką na festiwalowym torcie miał być w zasadzie jedyny reprezentant kina współczesnego – „Norwegian wood”. Wisienka ta ma jednak kilka problemów – najbardziej podstawowy z nich sprowadza się do tego, że absolutnie nie można tej produkcji nazwać reprezentatywną. Współczesność kinematografii kraju kwitnącej wiśni jest kompletnie inna, niż można by odnieść wrażenie po seansie filmu Anh Hung Trana.
Tylko niewiele mniejszym kłopotem jest sama proza Murakamiego, na której bazowano. Jest ona zjawiskiem kompletnie nieprzetłumaczalnym na język filmu i mimo dzielnej próby ze strony Anh Hung Trana, taka pozostała również w przypadku „Norwegian Wood”.

Reżyserowi udało się nakręcić film bardzo ładny wizualnie, jednak przerażająco nudny. Bohaterowie, stanowiący fundament wszechświata w książce, w filmie kompletnie nie posiadali osobowości.

Lekkość komercji

Lżejszą odskocznią dla dość ciężkiego kina w czasie festiwalu było anime „O dziewczynie skaczącej przez czas” i aktorska adaptacja mangi „Notatnik śmierci”. Ten ostatni był jednak pozycją zupełnie nieprzystającą do reszty – słabo zrealizowany, z rozczarowującym aktorstwem i niedzisiejszymi efektami specjalnymi . Obliczony był chyba wyłącznie na przyciągnięcie mangowych widzów, gdyż pod względem artystycznym taka tandeta całkowicie zrujnowała dostojeństwo festiwalu. Na przyciągnięcie widzów są zdecydowanie lepsze sposoby.
Jednym z nich był pokaz „O dziewczynie skaczącej przez czas”. Nie jest to może anime oferujące jakąś rewolucję, nie można jednak powiedzieć też, że jest sztampowe. Ogląda się je lekko i przyjemnie – czuć w nim tchnienie świeżości.
Jest to opowieść, jak sam tytuł wskazuje, o dziewczynie, która pewnego dnia odkrywa, że potrafi skakać przez czas. Początkowo robi to, żeby zmieniać rzeczy trywialne, w końcu jednak potrzebuje odwrócić bieg rzeczy naprawdę ważnych.

Bardzo ładna kreska, wciągająca i zabawna fabuła oraz tematyka prowokująca do przemyśleń czynią anime naprawdę przyjemnym filmem na letnie popołudnie. W opowiedzianej historii każdy znajdzie coś dla siebie – zarówno młodzież jaki i dorośli, ludzie którzy zwracają uwagę przede wszystkim na tempo akcji, jak i osobowości refleksyjne.
Tego samego nie można niestety powiedzieć o całym festiwalu. Postawiono przede wszystkim na kino dość ambitne, ale sztampowe; filmy mimo wysokiego poziomu artystycznego były przyciężkie, szczególnie patrząc na aurę, która zachęcała do lekkości i radości życia.
Wydaje się mało prawdopodobne, żeby festiwal w kinie Kultura przekonał laików do kinematografii Japonii; był raczej skierowany do osób już zaznajomionych z tematem.

Dyskusja