Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Mit Odrodzony – recenzja „Człowiek ze Stali”

Superman to postać do której najlepiej chyba pasuje słowo „ikoniczna”. Po raz pierwszy przedstawiony w 1938 roku, przez ponad 70 lat stanowił wzorzec współczesnego herosa. W tym czasie pojawił się w niezliczonych komiksach, kreskówkach, serialach i wreszcie w filmach. Niestety większość z tych produkcji łączyło jedno, przedstawiały Supermana w sposób całkowicie nieinteresujący, jako pozbawionego osobowości harcerza, który zawsze wie co zrobić i nigdy nie miewa rozterek moralnych. „Człowiek ze Stali” podąża jednak inną drogą. Biorąc przykład z trylogii „Mrocznego Rycerza” Nolana, Zack Synder postanowił zgłębić historię człowieka, kryjącego się za kostiumem i peleryną. Efekty tej decyzji okazały się zaskakująco dobre.

Człowiek
Film zaczyna się widowiskową sekwencją SF opowiadającą historię upadku Kryptona i wysłania Kal-Ela na ziemię.

Po tym wprowadzeniu od razu przechodzimy jednak do punktu, w którym Clark Kent jest już dorosłym człowiekiem. Od tego momentu fabuła podąża za nim, tylko w retrospekcjach pokazując nam najważniejsze momenty z dzieciństwa bohatera. Jest to miła odmiana po zalewie filmów, upierających się by marnować czas, po raz kolejny opowiadając nam doskonale znane historie młodości Clarka.
Przez większość produkcji nie dzieje się zbyt wiele. Wręcz przeciwnie, Zack Synder postanowił zerwać z najwyraźniej obowiązującą we współczesnym kinie akcji zasadą, że widz musi być stale bombardowany bodźcami, bo inaczej zaśnie, lub co gorsza wyjdzie z kina. Zamiast tego historia rozwija się powoli, kładąc główny nacisk na zgłębienie psychiki głównego bohatera. Obcego w świecie, wyrzutka niemogącego nigdzie znaleźć sobie miejsca, a równocześnie potężniejszego niż ktokolwiek inny, a tym samym obarczonego olbrzymią odpowiedzialnością. Wielokrotnie podkreślone zostaje, że od tego, jaką zostanie osobą, zależy los świata.

Początkowo Superman grany świetnie przez Henrego Cavilla wydaje się zagubiony. Nie jest pewny czy może zaufać ludzkości. Dopiero z czasem, wraz z kolejnymi decyzjami, zaczyna się on stawać bohaterem, a mimo to, nawet na końcu filmu, wydaje się, że jego transformacja pozostała niekompletna, stanowiąc doskonałe otwarcie dla zapowiedzianego już sequela.

Jezus ze Stali
Mimo większego skupienia na człowieczeństwie i wynikających z niego rozterkach, obraz Syndera zdecydowanie nie pomija bardziej mitycznego aspektu postaci Supermana. Wręcz przeciwnie, w filmie wyraźnie podkreślone zostają motywy mesjańskie (symbolicznie choćby przez wiek głównego bohatera). Wielokrotnie zostaje podkreślone, że Kal-El jest tam, by dawać nadzieję, inspirować, pomagać innym znaleźć bohatera w sobie. Jest jednak zdecydowanie za wcześnie w tej historii, by Superman mógł stać się prawdziwym symbolem dla świata. Twórcy położyli za to nacisk na mnogość bohaterów – są nimi wszyscy, żołnierze, naukowcy, dziennikarze. Wszyscy są gotowi ryzykować i to mimo faktu, że zagrożenie jest realne. To nie stary dobry Superman, który może ocalić wszystkich, a nawet jeśli nie, to i tak potrafi cofać czas.

Niestety trzeba tu wspomnieć, że przy całym swoim bohaterstwie, postacie drugoplanowe pozostają raczej elementem tła. Są tam by przedstawić pewne zachowania i elementy fabuły, ale twórcy filmu nie poświęcili im dosyć czasu, by stali się w oczach widza prawdziwymi osobami. „Człowiek ze Stali” to ewidentnie teatr jednego aktora.

Best Dragon Ball Z movie ever
Akcja długo każe na siebie czekać, ale kiedy już nadchodzi, to łatwo nie odpuszcza. Ostatnie czterdzieści minut filmu to właściwie jedna wielka, absurdalnie spektakularna sekwencja akcji. Zack Synder słynie z widowiskowości swoich produkcji i tym razem również nie zawiódł. Równocześnie, jego film jasno pokazuje, jak niszczycielska byłaby faktyczna walka między nadludźmi. To nie radosna rozwałka w stylu filmów Marvela, gdzie po opadnięciu kurzu okazuje się, że nikt niewinny nie ucierpiał. W tym filmie giną niewinni ludzie – zarówno żołnierze, jak i cywile.

A Superman, mimo całej swej potęgi, nie jest w stanie ich ocalić. To całkowite i szokujące odstępstwo od tradycyjnych filmów o superbohaterach. Prowadzi zresztą do wyjątkowo dramatycznej i kontrowersyjnej sceny końcowej.
Omawiając widowiskowość filmu nie można nie wspomnieć również o świetnej ścieżce muzycznej autorstwa Hansa Zimmera (choć to chyba nie zaskoczyło nikogo).
SPOILER! Nie czytaj reszty akapitu, jeśli nie widziałeś/aś filmu!
Śmierć Zoda pod koniec filmu wzbudza sporo kontrowersji, będąc całkowitym zerwaniem z klasyczną zasadą, że Superman nie zabija. W „Człowieku ze Stali” wydaje się jednak całkowicie na miejscu. Nie jest to scena w stylu Iron Mana, który uśmierca swoich przeciwników dziesiątkami, nie poświęcając temu nawet jednej myśli. Kal-El był widocznie wstrząśnięty własnym czynem. To ciekawy dodatek do jego historii, niejako tłumaczący powstanie zasady niezabijania.

Koniec SPOILERA.

Superman na miarę naszych czasów
„Człowiek ze Stali” to świetne odnowienie postaci Supermana w stylu, który po trylogii „Mrocznego Rycerza” wydaje się być definiującym dla filmów o herosach DC. W odróżnieniu od lekkich, radosnych produkcji Marvela, tu mamy do czynienia z poważnymi, realistycznymi historiami. Oczywiście ten styl jest powodem licznych kontrowersji. Mroczna, praktycznie pozbawiona humoru oprawa filmu może odrzucić wiele osób. Podobnie fakt, że mamy do czynienia z zupełnie innym, mniej komiksowym Supermanem.
Wreszcie pojawia się problem dialogów, które brzmią raczej jak serie monologów, niż prawdziwe rozmowy. Mimo to, „Człowiek ze Stali” pozostaje świetną, epicką historią, która w pełni zasługuje na swoje miejsce u boku takich produkcji jak „Avengers”, „Mroczny Rycerz” czy „The Watchmen”.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja