Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Nie tylko mechy – recenzja „Pacific Rim”

Wielkie roboty, czy to transformery, czy inne mega-zordy zakorzeniły się głęboko w popkulturze już od paru ładnych dekad. A że w ostatnich czasach mamy tendencję do odświeżania starych i dobrze sprawdzonych pomysłów, nic dziwnego, że olbrzymie roboty ponownie zagościły na ekranach kin.

Konkretny początek
Tym razem znawca i miłośnik klasyki, Guillermo del Toro, postanowił przedstawić nam nową historię o gigantycznych maszynach. Założenie filmu jest proste – na Ziemię, nie z kosmosu, a przez portal na dnie Pacyfiku, przedostają się olbrzymie potwory, a ludzie muszą stawić im czoła.

Fabuła zbudowana zgodnie z zasadą Hitchcocka – na początku ostro, bez przedłużania akcji, a potem już tylko szybciej. Potwory, zwane Kajiu, widz otrzymuje więc zaraz po rozpoczęciu filmu. Zdecydowanie później poznany głównego bohatera imieniem Raleight Becket.
Zasada rządząca fabułą jest stosunkowo prosta – atakują nas potwory, więc brońmy się własnymi potworami. W ten oto sposób powstały Jeagery, czyli kilkunastometrowe roboty, które skutecznie bronią ludzkości przed atakami najeźdźców. Skutecznie do czasu – monstra są coraz większe i atakują szybciej, niż ludzkość jest w stanie produkować nowe maszyny. Przywódcy liczących się na arenie międzynarodowej krajów cofają dotacje na projekty związane z robotami. Wierzą, że znajdą inne rozwiązania.

Nowe rozwiązania
Nowe rozwiązania
Co do robotów, warto zwrócić tu uwagę na sposób pilotażu. Gdyby jedna osoba prowadziła mechaniczne monstrum, zapewne film wiele by stracił, będąc opowieścią o kolejnych mechach. Tu jednak sprawa wygląda nieco inaczej. Obciążenia psychiczne są zbyt duże jak dla jednej osoby. Pilotów musi być dwóch, a połączeni zostaną mentalnie w specjalny sposób zwany dryftem.
Ma on jednak pewną specyficzną właściwość uboczną. Obaj piloci łączą się wszystkimi swoimi wspomnieniami, myślami i sekretami, nawet tymi najbardziej skrywanymi przed światem. Dosłownie stają się jednym.
Pech chce, że drugi pilot i zarazem brat głównego bohatera tej opowieści, czyli Raleigha, ginie praktycznie na początku filmu. Taki szok jest nie do zniesienia, więc osierocony brat usuwa się w cień. Po pięciu latach znów jest potrzebny, bo Jeagery dostają jeszcze jedną, ostatnią misję.

I tu warto zaznaczyć niewątpliwy plus filmu, jakim jest fakt, że skupia się on także na tej więzi łączącej pilotów, a nie tylko na akcji i walkach, których mamy pod dostatkiem. Ukazanie przeżyć wewnętrznych dobrze wpływa na odbiór fabuły, spowalniając nieco akcję. Nie można tego jednak odbierać jako wady filmu, ale raczej jako próbę dodania mu głębi i pokazania, że „Pacific Rim” nie jest tylko prostą opowieścią o dużych robotach.

Galeria bohaterów
Mimo to akcja pędzi nieco jednotorowo – bohater, jego odejście w cień, powrót do łask, samobójcza misja i wielki finał. Oczywiście nie brak i wątków pobocznych. Każdy z nich reprezentowany jest przez jakieś archetypy, jednym z nich jest przekomiczny duet naukowców – matematyk pochodzący z Niemiec (co zdradza na pierwszy rzut oka jego fizjonomia) i ekspert od biologii Kaiju. Obaj nieustannie się kłócą, prezentując sobą dwa przeciwstawne archetypy naukowców. Pierwszy jest systematyczny, wręcz pedantyczny, drugi natomiast pełen entuzjazmu i nieco roztrzepany.

To nie jedyne postacie, które spotkamy w filmie. Warto jeszcze napomknąć o rywalu głównego bohatera – drugim pilocie australijskiego robota, który prawie do samego końca będzie żywił niechęć względem Becketa. Inną postacią wprowadzoną do tej historii, wręcz na siłę, jest grany przez ulubieńca del Toro – Rona Perlmana. Jego postać to czarnorynkowy handlarz organami pozyskanymi z Kaiju. Wprowadzenie tej postaci nie daje absolutnie nic całej historii. Jest, wygląda fajnie i na tym koniec. Poza ekstrawaganckimi ciuchami i fryzurą, oszpeconym okiem ukrytym pod ciekawymi okularami, czyli ogółem wyglądem, postać niewiele sobą wnosi. Ta opowieść z nim czy bez niego potoczyłaby się tak samo.

Istotna jest natomiast postać wykreowana przez Idrisa Elbę, czyli Stacker Pentecost. Jest to bohater niemalże tragiczny, gdyż nie dość, że nadzoruje projekt skazany przez rząd na niepowodzenie, jest również śmiertelnie chory. Chce ochronić uratowane przed laty dziecko, teraz już zupełnie dorosłe… ale nie ma co zdradzać zbytnio fabuły.

Siła CG
Jeśli chodzi o stronę wizualną, to film przedstawia się zadziwiająco dobrze. Można by się spodziewać, że wygenerowane komputerowo potwory i roboty będą razić sztucznością. Tak się jednak nie stało. Maszyny są oryginalne i naprawdę robią wrażenie. Wymagający widz mógłby co prawda przyczepić się do kreacji monstrów, na przykład tego, że są do siebie zbyt podobne, ale to już drobiazg.
Film jest na tyle dynamiczny w swym wyrazie, że swobodnie można się pokusić na seans w 3D. Rzadko dziś trafia się produkcja, która będzie oferowała widzowi dobre sceny w trójwymiarze. W „Pacific Rim” mamy całą masę walk i efektów specjalnych, które dosłownie chcą się wyrwać z ekranu.

Utarte schematy
Film, chociaż ma sporo mocnych stron, nie ustrzegł się jednak i poważnych minusów. Głównym zarzutem jest jednowymiarowość i przewidywalność fabuły. Od samego początku można się domyślić wielu schematów i wzorców, które faktycznie zostaną zrealizowane w trakcie trwania opowieści. Główny bohater zachowuje się tak, a nie inaczej, jest zainteresowany (z wzajemnością) pewną panią , ma swojego butnego rywala, a wszystko dosłownie w ostatnim momencie kończy się happy endem.

Kolejnym niedociągnięciem są trochę sztuczne i wymuszone partie dialogowe. Niektóre postacie zachowują się swobodnie, inne zupełnie jakby na kogoś pozowały. Takie rzeczy dość rzadko zdarzają się w produkcjach del Toro, dlatego, gdy już się pojawiają, rażą po oczach z podwójną mocą.
Muzyka, owszem, jest dobra, ale nie rzuca na kolana. Skomponowana jest co prawda na całkiem przyjemnym, wysokim poziomie, ale brak tu porządnego soundtracku. Motywu, który zapadłby na tyle w pamięć, by nucić go na długo po wyjściu z kina.

Kino wakacyjne
Mimo tych kilku niedociągnięć, „Pacifc Rim” jest filmem dobrym, wręcz bardzo dobrym, jeśli oceniać go w kategorii wakacyjnego kina służącego relaksowi. Mamy tu dużo akcji, niezbyt skomplikowaną fabułę, niezłe efekty specjalne i parę innych plusów, co sprawia, że film w rozliczeniu końcowym wypada pozytywnie. Jeśli ktoś ma więc ochotę na dobrą zabawę, zwłaszcza w technologii 3D, to ten film będzie doskonałym wyborem.

W tej chwili del Toro zapowiedział sequel, co powinno ucieszyć niejednego widza.

Ocena: 4/5

Dyskusja