Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Odrodzenie Supermana – recenzja „Człowiek ze stali”

Superman gościł w kinach już niejeden raz, choć poziom dotychczasowych ekranizacji kultowego komiksu DC Comics był bardzo zróżnicowany i na ogół pozostawiał wiele do życzenia. Po bardzo nierównych obrazach powstałych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, w 2006 roku fani przybysza z planety Krypton mieli wątpliwą przyjemność zobaczyć nieudany powrót ulubionego herosa w filmie Bryana Singera. Na ich tle najnowszy film z udziałem Supermana, w reżyserii znanego i cenionego Zacka Snydera („300”, „Watchmen – Strażnicy”), wypada rewelacyjnie.

Snyder odciął się od dorobku poprzednich filmowców podejmujących temat przygód Supermana i, nie stawiając się w roli kontynuatora popełnionych przez nich „dzieł”, postanowił stworzyć Człowieka ze Stali od podstaw, pokazując na ekranie jego najwcześniejsze losy. Przez kilkadziesiąt minut widz ogląda wydarzenia z Kryptona, które poprzedziły wysłanie Clarka na Ziemię.

W ten sposób, nawet osoby nie do końca zaznajomione z postacią Supermana, poznają prawdę o jego pochodzeniu, źródłach nadnaturalnych mocy, a także o przyczynie, dla której stał się solą w oku okrutnego buntownika, generała Zoda.

Niektórzy zapewne pamiętają, że konflikt między Clarkiem Kentem a rzeczonym generałem, stanowił oś fabuły „Supermana II” w reżyserii Richarda Donnera i Richarda Lestera. Snyder postanowił odświeżyć ten wątek, interpretując go po swojemu. Trzeba przyznać, że wyszło mu to zupełnie dobrze. Wcielający się w Zoda Michael Shannon, imponuje nie tylko mimiką i solidnym warsztatem aktorskim, lecz przede wszystkim charyzmą, co w ogólnym rozrachunku skłąda się na bardzo udaną kreację.

Wiele dobrego można powiedzieć także o Henrym Cavillu, który odtwarza rolę tytułową. Postawiono przed nim bardzo trudne zadanie, z którego jako aktor wyszedł obronną ręką.

Z czystym sumieniem można stwierdzić, iż jest to jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy, z dotychczasowych Supermanów. Słowa uznania należą się jednak również scenarzyście Davidowi S. Goyerowi, który uczynił z niego interesującą wielowymiarową postać. Liczne retrospekcje przypominają co ważniejsze i dramatyczniejsze wydarzenia z życia Clarka. Widzimy, jak Superman stopniowo poznawał prawdę o samym sobie i odtrącony przez rówieśników, choć odpowiedzialnie wychowywany przez przybranych rodziców, poszukiwał swojego miejsca w świecie. Obserwujemy rozterki związane z odległą o lata świetlne ojczyzną bohatera, dowiadujemy się, jak z czasem zdołał opanować swoje moce, czy wreszcie – jak borykał się z obawą czy ludzie gotowi będą zaakceptować go takim, jakim jest. Pomimo całej swojej niezwykłości Clark Kent to bohater z krwi i kości, przekonujący i przejmujący, nieobojętny widzowi i budzący niewymuszoną sympatię.

Niestety, scenariusz ma też kilka słabszych stron.

Zarzuty można wysunąć zwłaszcza wobec dialogów, które, nawet biorąc pod uwagę specyfikę kina superbohaterskiego, w wielu miejscach, a zwłaszcza przy okazji walk, wydają się nadęte i toporne, do przesady przeładowane patosem i hołdujące najniższym gustom. Mało porywający jest również wątek przyjaźni Clarka z dziennikarką Lois Lane, który (również w zgodzie z typowymi dla Hollywood standardami) szybko przeradza się w coś więcej. I niewiele zmienia tu fakt, iż Amy Adams, równie zdolna, co urocza, dwoi się i troi, by wypaść w nim jak najlepiej. Nie inaczej rzecz się ma w przypadku popleczników generała Zoda, pozostających zdecydowanie w cieniu przywódcy. Są do tego stopnia stłamszeni, że po pojawieniu się napisów końcowych, niewielu widzów jest w stanie wymienić imię któregokolwiek z nich.

Fantastycznie prezentują się natomiast efekty specjalne. Biorąc pod uwagę wysoki budżet filmu, nie powinno to jednak dziwić. Sekwencje, w których widzimy głównego bohatera, wzbijającego się w niebo, przeszywającego chmury i sunącego w przestworzach wysoko nad ziemią, zapierają dech w piersiach.

Podobnie w scenach walk, szczególnie, gdy starcie Supermena i generała Zoda skutkuje znacznym uszczerbkiem dla infrastruktury miasta, w którym toczy się rzeczona batalia. Spektakularne i zdumiewające, to określenia, które same cisną się na usta przy próbie krótkiego, acz treściwego podsumowania efektów w „Człowieku ze stali”.

Co równie istotne w tak przepełnionym akcją filmie, doskonała jest także muzyka. Nie powinno to jednak nikogo

dziwić, wziąwszy pod uwagę, że autorem kompozycji jest Hans Zimmer, przez wielu uważany za mistrza w swoim fachu. Epickie utwory doskonale współgrają z nastrojem poszczególnych scen i zapewne niejednego widza skłonią do zakupu oficjalnej ścieżki dźwiękowej filmu.

„Człowiek ze stali” nie jest obrazem na miarę najbardziej udanych komiksowych ekranizacji. Trudno stawiać go na jednej półce z „The Avengers”, nie dotrzymuje też kroku przygodom Batmana w interpretacji Christophera Nolana. Jednak mimo pewnych niedociągnięć, stanowi kawał solidnego, świetnie zrealizowanego superbohaterskiego kina, które powinno przypaść do gustu każdemu fanowi komiksów DC. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak bardzo nieudane były dotychczasowe próby zekranizowania przygód Supermana.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja