Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Polska odpowiedź na prozę Martina – recenzja „Każdy musi płacić”

Nie wiem kto wymyślił tytuł „Każdy musi płacić”, ale mamy tu do czynienia z pewną niezręcznością. Wyobraźcie sobie, że idziecie do kina na film o nazwie „Płatny seans” lub kupujecie album noszący nazwę „Muzyka za pieniądze”. W pewnych warunkach to jeszcze przejdzie, czego przykładem utwór „Mamona” Republiki. Mam jednak wątpliwości, czy sięgnąłbym po książkę, która już samą okładką przypomina, że właśnie wydaję pieniądze. Zamiast zachęcać do zakupu, każe mi się ona zastanowić, czy to faktycznie dobry wybór (no i to kiepski tytuł na serial).

Podobnie jest z hasłem: polska odpowiedź na „Grę o tron”. Autor jak najbardziej może się wzorować, inspirować czy nawiązywać do innych tekstów, ale podkreślanie takiego związku jest wysoce ryzykowne. W tym przypadku przypomina walkę Dawida z Goliatem, przy czym konfrontacja ta jest z góry skazana na porażkę. Martinowi udało się nie tylko napisać wielotomową sagę i doprowadzić do jej ekranizacji, ale przede wszystkim zebrać grupę oddanych fanów. To kapitał, który bardzo trudno przebić. Co więcej, świat „Pieśni Lodu i Ognia” nadal się rozwija. Wciąż jest żywy i wciąż zbiera nowych miłośników. W tej sytuacji „Każdy musi płacić” stawia się w dużo trudniejszej roli konkurenta, a nie np. spadkobiercy czy następcy.

Wymusza to też porównania. One i tak siłą rzeczy pojawiałyby się ze względu na podobieństwa. Jednakże podsuwane na siłę, narzucają sposób interpretacji. Każą patrzeć czytelnikowi w kategoriach lepsze – gorsze. To zaś nigdy nie służy pretendentowi, nawet jeśli uda mu się stworzyć coś genialnego. Zawsze znajdzie się ktoś uprzedzony i sceptyczny. Co więcej, czyni to „Każdy musi płacić” drugą „Grą o tron”. Książka Forysia w jakimś sensie staje się przez to dziełem zależnym. Przestaje być osobnym tworem, autorską kreacją i wywołuje podejrzenia, że mamy do czynienia z odcinaniem kuponów od popularności sagi Martina.

Takie podejście do „Każdy musi płacić” byłoby jednak krzywdzące dla autora. Owszem, korzysta on z podobnych metod co twórca „Pieśni Lodu i Ognia”, ale akurat brak oryginalności nie zawsze musi być wadą. Kluczem jest tu słowo reinterpretacja. Tak samo użycie wspomnianego hasła ma też swoje plusy, jasno wskazując dla kogo jest ta książka. Spawa sprowadza się więc do obrania właściwego punktu widzenia. Wydaje się, że ocena „Każdy musi płacić” w oderwaniu od „Gry o tron” będzie dla tytułu korzystniejsza, tym bardziej, że w sumie Foryś pisze sprawnie.

Sam styl i sposób prowadzenia narracji są w porządku. Trochę tylko brakuje ciekawych opisów lub czegoś na tyle charakterystycznego, by dało się do książki wracać dla samego języka czy sposobu opowiadania o świecie. Tłu wydarzeń najbliżej jest do średniowiecznej Europy, poddanej twórczemu, choć dość powierzchownemu, przekształceniu. Mamy więc cesarza, episkopa (czyli papieża), Trójcę i Oczekiwaną Matkę, nazwy miejsc podobne do tych istniejących, itp. Kłopotem jest nadmiar tego rodzaju elementów i sięganie po zbyt odległe koncepcje – przykładem Biały Żar wśród Jurgów, będący odpowiednikiem Białej Gorączki. Część motywów dobrze się wpasowuje, ale niektóre – np. nauczanie antropologii kulturowej w zakonie Wstawienniczek – są wyrwane z zupełnie innej epoki, a przez to nie są wiarygodne. A propos, zakonnice pod wieloma względami przypominają Bene Gesserit z „Diuny” Franka Herberta. Ciekawe czy Foryś świadomie się tu nimi inspirował, czy też korzystał z zakorzenionego w kulturze wzorca.

Autor snuje trzy główne wątki fabularne, przeskakując naprzemiennie między nimi. Częściowo zazębiają się one ze sobą, ale równie dobrze mogłyby tworzyć fragmenty trzech odrębnych książek. Taki sposób rozpisania fabuły sprawia, że nie mamy kiedy zaprzyjaźnić się z postaciami. Już zaczyna się dziać coś ciekawego u jednego z bohaterów, a tu musimy śledzić nudne losy kolejnego. Gdy u tego drugiego robi się interesująco, wracamy, lecz emocje zdążyły już opaść, a i napięcie w narracji się już zmieniło. Na dodatek, książka kończy się w chwili, gdy wydarzenia nabierają rozmachu, lecz nadal jesteśmy na etapie zawiązywania akcji. Z jednej strony, można się poczuć wpuszczonym w maliny – pozycja, którą się kupiło, prowadzi donikąd, zostawiając niedokończone historie. Z drugiej, widać, że Foryś ma zamysł i dopiero go rozbudowuje. Na razie tylko rozkłada pionki na planszy, zarysowuje strony konfliktu, prezentuje ich cele, ale to dopiero początek wielkiej sagi. Szkoda jednak, że brak w tym jakiegoś dramatyzmu. Sięgając po „Każdy płacić musi” warto pamiętać o obu tych rzeczach.

Mimo to książka powinna zainteresować tych, którzy lubują się w skomplikowanych, dworskich intrygach. Skłóceni królowie, arystokraci, bogaci mieszczanie, plebs, a do tego dwie organizacje religijne w państwie chylącym się ku upadkowi, dają szerokie pole do popisu dla autora i czytelnika, próbującego odkryć kto stoi za wydarzeniami i kto wyjdzie zwycięsko ze zbliżającej się wojny. Wszystko to okraszone jest odpowiednią dawką akcji, spisków, a także pięknych kobiet. Seks, pojedynki, walka o władzę, śmierć – tego należy się spodziewać w czasie lektury nowego tytułu Forysia.

„Każdy musi płacić” to przyzwoita, trochę rzemieślnicza lektura. Z pewnością jest grupa osób, którym książka się spodoba. Z niecierpliwością będą one czekać na kontynuację. Miejmy tylko nadzieję, że będzie ich wystarczająco dużo, by wydawca wyłożył pieniądze na drugi tom. Aby trafić do szerszego grona odbiorców, musi on być jednak bardziej porywający niż pierwsza część. Dobrze też jeśli będzie to już zwarta, zamknięta opowieść. Na razie źle nie jest. Foryś mógł jednak zaprezentować silniejsze argumenty w swej odpowiedzi na „Grę o tron”.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja