Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Thursday czyli dzień Thora – recenzja „Thor”

Już niedługo w kinach ma pojawić się druga część Thora, warto więc odkurzyć leżącą już dwa lata na naszych półkach płytę z częścią pierwszą tegoż filmu. Thor, bóg nordycki wywijający młotem niczym olimpijski siłacz, doczekał się własnego komiksu, a potem jego ekranizacji. Bogowie żyją, jeśli się o nich pamięta, więc wskrześmy na chwilę Thora.

Thor to nordycki bóg, bóg burzy i piorunów, syn Odyna, przedstawiany najczęściej z długą rudą brodą i młotem w ręku.

Od jego imienia pochodzi nazwa czwartku w wielu językach, w tym języku angielskim (Thursday). W filmie za karę zostaje zesłany na ziemię, za wypowiedzenie wojny Jotunheim’owskim olbrzymom. Sytuację tę wykorzystuje adoptowany brat Thora – Loki, który zamierza przejąć władzę w Asgardzie. To właśnie przed nim syn Odyna musi ratować świat. Tymczasem, podczas swojego pobytu na Ziemi, poznaje on tajemniczą Jane Foster, w ktorej się zakochuje. Na szczęście wątek ten nie jest nadmiernie rozbudowany.
Logo Marvel’a na początku filmu, tuż po Paramount’cie – jego wydawcy, jasno podkreśla, że produkcja opierać się będzie na komiksie, a nie na mitologii.

Co to oznacza dla fabuły? Cóż, jeśli interpretujemy coś, co już jest interpretacją czegoś innego, można po drodze pogubić pewne znaczące fakty, a inne mocno naciągnąć. Widzimy więc opowieść zupełnie inną niż ta z legend. Nie warto więc łączyć mitologii z fabułą filmu, a jedynie potraktować ją jako materiał wyjściowy opowieści.
Fabuła „Thora” jest przemyślana, nieszablonowa i zaskakująca. I to nie tylko z punktu widzenia miłośnika Marvelowskich komiksów, ale także dla obiektywnego widza. Zwrotów akcji nie brakuje, chociaż bywają i sceny przydługie (na boga! Odyna, żeby nie było, ile można patrzeć na młot i biegnącego do niego na złamanie karku Thora, by go odzyskać).

Trochę denerwuje też sposób przedstawienia charakterów postaci. Tak naprawdę, przez półtorej godziny poznajemy dobrze jedynie dwóch: Thora i Lokiego, gdzie to ten drugi jest postacią zdecydowanie ciekawszą.
Thor jest tak stereotypowo dobry, że aż naiwny. Jest dzieckiem w skórze mężczyzny – postępuje źle, ale zawsze dobrymi zamiarami. Na końcu filmu zmienia swoje nastawienie do spraw związanych z wojną, ale nadal jest tym samym naiwnym dzieckiem. Charakter Lokiego przedstawiony jest już dużo ciekawiej. Jego osobowość nie jest ani dobra, ani zła, zazdrosny o pozycję brata staje się antagonistą głównego bohatera. Jest podstępny, dąży do celu z pobudek egoistycznych, choć nie do końca, ponieważ wydawać się może, że tak naprawdę próbuje tylko zaimponować ojcu. Loki jest też zagadkowy, do końca filmu nie dowiadujemy się, czym naprawdę się kierował – tego można się tylko domyślać.

Reszta postaci jest przyzwoicie zagrana, lecz nie zwraca na siebie zanadto uwagi. Spośród nich jedynie Heimdall, całkiem dobrze wymyślony i zagrany zasługuje na wyróżnienie. Obsadzenie w roli nordyckiego boga czarnoskórego aktora – Idrisa Elby, to bardzo ciekawe i odważne posunięcie reżysera.
Gra aktorska w całym filmie trzyma poziom, ale nie powala. Thor lekko przesadza ze sowim szelmowskim uśmiechem, którego nie zdejmuje z twarzy przez cały film, ale oprócz tego Chris Hemsworth spisał się całkiem nieźle. Tom Hiddleston jako Loki zagrał chyba najlepiej z całego filmu, zamiast irytować widza, jak chyba powinien, będąc antagonistą głównego bohatera, ogląda się go najprzyjemniej ze wszystkich aktorów. Natalie Portman jako pierwsza miłość głównego bohatera zagrała natomiast całkiem przeciętnie, jak na nią. Nie było źle, ale nie powaliło.

Irytować mogą kostiumy aktorów, szczególnie hełm Lokiego, zaś peleryna na plecach Thora wygląda jak ręcznik. Przypominają raczej aktorów z objazdowego cyrku, niż nordyckich bogów. Wszystko się świeci i połyskuje, a choć plastik to genialne tworzywo, nie nadaje się niestety na zbroję.
Również efekty jakie zostały zastosowane w filmie pozostawiają wiele do życzenia, przypominając trochę te z „Power Rangers”. Zdecydowanie trzeba pochwalić natomiast, podobnie jak we wszystkich filmach Paramount, zdjęcia. Scenografia (oprócz kostiumów) jest naprawdę ładna, a lokacje w których znajdują się główni bohaterowie wymagały wielu godzin zarówno na planie, jak i za klawiaturą komputera (nie łudźmy się, większość to green screen). Ostatecznie wygląda to jednak całkiem nieźle, same zdjęcia też są dobrze nakręcone i zmontowane. Ale tego można było się przecież spodziewać po produkcji Paramountu.

„Thor” jest całkiem nieźle wymyślonym i nakręconym filmem, ze stricte dobrym głównym bohaterem i jego, nie do końca złym nemezis. Aby jednak nie denerwować się podczas oglądania dobrze jest na początku rozdzielić historię mitologicznego Thora oraz filmowegobohatera – są oni dwoma zupełnie różnymi postaciami. Można za to cieszyć się jednocześnie, chociaż rozdzielnie, i filmem i mitologią. „Bo nauka to to, co jeszcze wczoraj było magią”.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja