Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Triumf wielkich robotów – recenzja „Pacific Rim”

Wiele osób w dzieciństwie przechodzi okres fascynacji historiami o olbrzymich robotach i równie wielkich potworach. Niestety, z czasem człowiek wyrasta z „Power Rangers” i zdaje sobie sprawę, że kultura Zachodnia nie ma do zaoferowanie nic, co mogłoby tę serię zastąpić. Na szczęście Guillermo del Toro postanowił odpowiedzieć na to, jakże istotne, społeczne zapotrzebowanie. I jest to odpowiedź w naprawdę wielkim stylu.

At the edge of our hope
„Pacific Rim” opowiada historię dosyć prostą, można by wręcz powiedzieć klasyczną. Oto z portalu na dnie Pacyfiku zaczynają wychodzić olbrzymie potwory (Kaiju), które sieją zniszczenie w spokojnych miastach wzdłuż wybrzeży oceanu.

Ludzkość odpowiada na to zagrożenie w jedyny rozsądny sposób – budując kiludziesięciometrowe humanoidalne machiny bojowe, kontrolowane przez siedzących w środku pilotów, połączonych mentalnie ze swoimi maszynami. Niestety, pilotowanie gigantycznych robotów (nazywanych Jaegerami) okazuje się zbytnim wyzwaniem dla pojedynczego ludzkiego mózgu, dlatego konieczna jest dwójka ludzi połączona z maszyną i sobą nawzajem. Piloci działają w synchronizacji, dzieląc się myślami i wspomnieniami.
Uzbrojona w nową broń ludzkość kontratakuje i z łatwością zaczyna zyskiwać przewagę w wojnie z kolosalnymi najeźdźcami. Przynajmniej do czasu piątej minuty filmu, bo del Toro rozsądnie stwierdził, że widzowie nie muszą oglądać całej tej historii. Zamiast tego fabuła szybko przeskakuje do końcowego okresu wojny, kiedy to ludzkość faktycznie staje na skraju zagłady, a piloci Jaegerów zmuszeni są grać va banque.

At the end of our time
„Pacific Rim” nie jest filmem poważnym. Obraz zawiera wprawdzie poważne momenty i wątki, a dekoracje nadają mu dosyć mroczny charakter, ale całość zdecydowanie plasuje się w kategorii lekkiego kina przygodowego. Co więcej, produkcja najeżona jest postaciami i sytuacjami, które balansują na granicy klasyki i banału, odnosząc się wyraźnie do standardów anime. Jeśli kogoś bardzo rażą podobne rzeczy, może mieć z nowym dziełem del Toro problem. Z drugiej strony, jeśli należysz do ludzi, którym podobały się filmy o Hellboy’u, to „Pacific Rim” z pewnością przypadnie Ci do gustu.

Niektórych razić może również specyficzna konstrukcja filmu. Po otwierającej historię wielkiej, widowiskowej scenie walki, na kolejne sekwencje akcji z udziałem wielkich robotów przychodzi czekać ponad godzinę, podczas gdy historia kręci się wokół głównych bohaterów i zalążków intrygi. Niemniej, zdecydowanie nie jest to czas pozbawiony emocji i szybkiego tempa.

We have chosen to believe in each other
Postacie w „Pacific Rim” odgrywają zaskakująco dużą rolę jak na klasyczny spektakl efektów specjalnych. Spora część filmu skupia się właśnie na nich i ich wzajemnych relacjach, które odgrywają zasadniczą rolę w sytuacji, gdy piloci dosłownie wchodzą sobie nawzajem do głów.
Aktorstwo stoi na przyzwoitym poziomie i sami bohaterowie, choć niezbyt oryginalni, łatwo zyskują sympatię widza. Oczywiście główna uwaga skupia się tu na postaciach pilotów Raleigha (Charlie Hunnam) i Mako (Rinko Kikuchi) oraz naukowca, dążącego do odkrycia tajemnicy Kaiju, dr Newtona (Charlie Day).
Niemniej dwójka postaci, które najbardziej zapadają w pamięć po obejrzeniu „Pacific Rim”, to Hannibal Chau (Ron Perlman) i Stacker Pentecost (Idris Elba).

Pierwszy jest potężnym gangsterem, wyspecjalizowanym w czarnorynkowym handlu kawałkami Kaiju. Perlman nawet nie próbuje być subtelnym w swojej roli. Ubrany w złote buty i zachowujący się, jak jakby był czarnym charakterem w klasycznym filmie o Bondzie, wprowadza sporo, brakującego czasem w tej produkcji, humoru.
Postać Idrisa Elby jest pod wieloma względami przeciwieństwem krzykliwego gangstera. Stacker pełni rolę dowódcy i mentora dla pozostałych bohaterów. To on w dużej mierze odpowiada za budowanie napięcia i poczucia nadchodzącej zagłady. Elba całkowicie dominuje ekran w większości ujęć, a jego charyzmatyczna przemowa przed finałową bitwą z pewnością przejdzie do kanonu podobnych scen.

Today we face the monsters that are at our door
Oczywiście, postacie i fabuła są ważne, ale chyba każdy, kto idzie na „Pacific Rim”, robi to przede wszystkim, by zobaczyć walki robotów z potworami.

I zdecydowanie, jest co oglądać. Są tu walki w wodzie i pod wodą, w mieście i nad miastem, a nawet na skraju przestrzeni kosmicznej. Bohaterowie sięgają po cały arsenał widowiskowych broni, takich jak działa laserowe i odrzutowe pięści, a kiedy te się kończą, zaczynają używać fragmentów otoczenia, budynków i statków. Zarówno Jaegery jak i Kaiju są szczegółowo zaprojektowane i wyglądają wspaniale, jak należało się spodziewać po filmie twórcy „Labiryntu Fauna”.
Oczywiście, widowiskowe walki to nie wszystko; wrażenie robi cała otoczka. Spójna graficznie wizja świata na skraju zagłady, gdzie nowe budowle stawia się na kolosalnych szkieletach potworów, które dokonały dzieła zagłady poprzednich.

Do tego dochodzi świetna muzyka Ramina Djawadi („Gra o Tron”, „Iron Man”).

Today we are cancelling the apocalypse!
„Pacific Rim” nie jest filmem doskonałym. Jest w nim wiele elementów, które nie spodobają się wszystkim. Niemniej film ten jest również czymś nowym, czymś innym. W zalewie sequeli i rebootów, produkcja del Toro jest jedyną tego lata naprawdę oryginalną superprodukcją stworzoną w Hollywood. Do tego skupia się na koncepcji zaskakująco rzadko eksponowanej w kinie Zachodnim. I już za to należą się jej twórcom wielkie brawa. Film jest wciągający, widowiskowy i, co chyba przy tego typu produkcji najważniejsze, zapewniający masę zabawy.

Ocena: 4/5

Dyskusja