Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Zombi lepsze niż inne? – recenzja „World War Z”

Nie będzie odkrywczym stwierdzenie faktu, że moda na zombie trwa w najlepsze. Pór dnia i nocy żywych trupów nie sposób już policzyć, a kolejny sezon „The Walking Dead” gromadzi kolejne rzesze fanów umarlaków przed telewizory i monitory. Czy można więc wymyślić coś oryginalnego, co przyciągnie te rzesze widzów do kina, na kolejną apokalipsę zombie? Temu wyzwaniu postara się sprostać „World War Z”.

Film w reżyserii Marca Forstera powstał na podstawie francuskiej powieści graficznej autorstwa Maxa Brooksa, zatytułowanej: „World War Z: An Oral History of the Zombie War”. Jak łatwo się domyślić, tytułowymi Zetami są oczywiście umarlaki.

Akcja zaczyna się niemalże na samym początku. I to niewątpliwy plus każdego filmu o zombie. Nie mamy tu zbędnego przedłużania i budowania napięcia kosztem połowy historii, w której poznajemy rodzinę i ich codzienne życie, tylko po to, aby się z nią związać. Nie. Tu autorzy przerzucają nas od razu w wir wartkiej akcji, okraszonej całą dozą niepewności.

Rodzina stoi w korku. Nagle wybuch. Nie wiadomo co się dzieje. Szybkie, dynamiczne ujęcia. Policja jeździ wszędzie, nakazując cywilom zachować spokój. Jeden z oficerów wydziera się na głównego bohatera, granego przez Bratta Pitta, by ten pozostał w samochodzie. I nagle policjant ginie pod kołami olbrzymiej śmieciarki, pędzącej na złamanie karku. Właśnie rozpoczęło się zalewanie świata falą zombie.

Początkowo mogłoby się wydawać, że film, jak większość jemu podobnych, skupi się na ucieczce rodziny z miasta opanowanego przez nieumartych. Na szczęście ta część historii to tylko wprowadzenie do głównego wątku.

Postać grana przez Pitta, imieniem Gerry Lane, okazuje się rządowym specem, który zdolny jest do przeżycia w każdych, nawet najgorszych warunkach, w których także komandosi wymiękliby po dziesięciu minutach. I tylko dlatego on i jego rodzina zostają uratowani z Filadelfii. Jest potrzebny. To nie sentymenty i przyjaźń łącząca go z vice sekretarzem USA. Gerry ma być ochroniarzem wirusologa, który będzie musiał zdiagnozować źródło wirusa przemieniającego ludzi w oszalałe zombie.

I tu można przejść do następnej, niewątpliwej zalety „Worl War Z”. Skąd się wzięły zombie? Nie wiadomo i tak naprawdę się tego nie dowiemy. Jak sobie poradzić z ich plagą? Straty liczone są już w miliardach. Gdzie się schronić? Wystarczy jedno ugryzienie, a w ciągu dwunastu sekund mamy o jednego nieumartego więcej. Najciekawsze jest to, że ludzie, w przeciwieństwie do większości horrorów, od razu domyślają się, że mają do czynienia z Zetami – czyli zombie.

Kreacja tych potworów jest dość oryginalna. Potwory przyciąga dźwięk, co będzie niejednokrotnie kluczowe w ważnych momentach filmu. W ciszy nieumarli zapadają w stan letargu. To myśliwi, którzy mają tylko jeden cel – wyeliminować żywych. Nie zjadają ich, tylko zarażają, przemieniając w podobne sobie kreatury. Taki ożywieniec ma wyłupiaste, przekrwione oczy, napuchniętą, siną twarz i widoczne wyraźnie, pulsujące pod skórą żyły. Nie brak jednak zombie w innych, dalszych stadiach rozkładu, np. bez nosów czy kończyn. A nieumarłych wszędzie jest pełno. Dosłownie falami zalewają ulice największych miast świata. Nikt nie jest bezpieczny.

Film serwuje nam duża dozę dynamiki i akcji, za wyjątkiem jednej, moim zdaniem nieco zbyt długiej sceny na statku ratunkowym, która może dosłownie uśpić widza. Taka drastyczna zmiana tempa bardzo niekorzystnie odbija się na całkowitym odbiorze tego tytułu.

Napięcie w filmie budowane jest w sposób bardzo dobry i niewymuszony. W finałowej scenie niejedni wstrzymają oddech zadając pytania: „uda się, czy jednak nie?” Nie brak jednak i momentów, co tu dużo mówiąc, głupich, jak na przykład przypadkowe postrzały. Albo w chwilach, w których bohaterowie muszą zachować ciszę, potykają się czy zahaczają o meble, robiąc mnóstwo hałasu. Chociaż, czy nie tak zachowaliby się ludzie w chwilach realnego zagrożenia życia? Nieudolnie i ślamazarnie, w panice i stresie popełniając najgłupsze nawet błędy?

Jeśli zaczniemy analizować grę aktorską w „World War Z”, szybko dojdziemy do wniosku, że Brad Pitt zdominował swoją osobą cały film. Nikt po za nim nie miał szansy się wykazać. O jego talencie aktorskim nie ma co się nawet wypowiadać, w końcu jest jednym z najbardziej cenionych aktorów swojego pokolenia.

Nawet rola żony głównego bohatera, w której to zobaczyliśmy Mireille Enos, ograniczyła się do niezbędnego minimum. W zasadzie tylko do tego, by być bodźcem motywującym Garry’ego do pracy dla rządu. W sumie jej jedyny wkład w film to zadzwonienie do męża w chwili, w której nie powinna.

Jeśli zaś chodzi o oprawę muzyczną i tu obyło się bez fajerwerków. Repertuar ogranicza się do kilku utworów. W chwilach walki i zagrożenia mamy jeden utwór puszczony w różnym, dostosowanym do scen tempie. Natomiast kompozycję z początku filmu potraktowano chyba jako motyw przewodni, bo powtarza się przynajmniej trzy razy w filmie.

Ostatnim wartym przeanalizowania czynnikiem w omawianym obrazie są efekty specjalne i charakteryzacja. O ile mowa o tym drugim, to tu najmniejszych zastrzeżeń mieć nie można. Zwłaszcza jeśli chodzi o kreacje zombie. W kilku chwilach mamy okazję przyjrzeć się im z bliska i naprawdę robią wrażenie starannością charakteryzacji: popękana, naciągnięta szara skóra, szczękające mechanicznie zęby i sztywniejące ruchy – całość wypada całkiem nieźle.

Niestety, przesyt niezbyt zadowalających efektów komputerowych pewnie rzuci się każdemu w oczy. Zwłaszcza że często są zbędne. Okazuje się, że dziś taniej jest wygenerować helikopter dzięki komputerowym programom, niż sfilmować realnie istniejącą maszynę. O wykreowanych przez grafików zombie na drugim planie szkoda już wspominać – czasami ich sztuczność aż bije po oczach.

„World War Z” wyświetlane jest w dwóch wariantach: klasycznego 2D i modnego 3D. Wytwórnie filmowe każdy film starają się przedstawić w technologii trójwymiaru tylko po to, by dać powód widzom do wybrania się na seans kinowy. Często okazuje się jednak, że dopłacenie do biletu za okulary 3D okazuje się zbędnym wydatkiem. I tak jest

w przypadku tego filmu. Sceny nadających się do trójwymiaru można policzyć na palcach drwala, a nawet ograniczyć je do całych dwóch lub trzech.

Jak ocenić ten film w jednym zdaniu? Jest lepiej niż gorzej, a wypad na niego do kina na pewno nie będzie straconym czasem. Apokalipsa zombie została potraktowana w sposób co najmniej oryginalny, ale, niestety, liczba minusów – jak niezróżnicowanie ścieżki muzycznej, niezadowalające efekty specjalne i teatr jednego aktora, sprawia, że nie będzie to najlepszy film o zombie w historii kina. Choć na pewno godny uwagi i zapamiętania.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja