Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Dwa wesela i pogrzeb – recenzja „Gry o Tron” sezon 3

Upłynął kolejny rok i na naszych ekranach niezawodnie zagościł kolejny sezon Gry o Tron. Ociekająca krwią, łzami i innymi płynami ustrojowymi saga fantasy ze znaczkiem HBO po raz kolejny nie zawiodła. Ten sezon jest jednak zdecydowanie inny, niż poprzednie. Wolniejszy, bardziej skupiony na postaciach, może momentami wydawać się wręcz nudnawy. Niemniej szokujące zakończenie twardo przypomina, że to wciąż ta sama brutalna i zaskakująca historia.

Rhaegar walczył dzielnie

Trzeci sezon Gry o Tron zawiera w sobie wydarzenia mniej więcej ¾ Nawałnicy Mieczy, choć nie da się ukryć, że zgodnie z dotychczasowym trendem, twórcy sporo tu zmienili i dodali od siebie. Z zaskakująco dobrymi efektami.

Serial podejmuje fabułę w miejscu, w którym przerwał go w zeszłym roku. Szybko okazuje się jednak, że podczas gdy na północy minęło zaledwie kilka godzin, pozostałe wątki przeskoczyły do przodu o kilka dni, tygodni, a może nawet miesięcy. Ograniczona łączność pomiędzy poszczególnymi elementami fabuły utrudnia zorientowanie się w tym, ile czasu faktycznie upłynęło i w pierwszym odcinku może dezorientować.
Tak czy inaczej, bitwa o Królewską Przystań dobiegła końca. Zwycięski sojusz Lannisterów i Tyrellów przygotowuje się do wesela, które ma połączyć dwa najpotężniejsze rody w królestwie. Nie znaczy to jednak, że zgromadzeni w stolicy gracze choć na chwilę odrywają się od swoich intryg.

Tymczasem Stannis liże rany na Smoczej Skale, podczas gdy jego czerwona kapłanka już snuje kolejne plany zdobycia władzy. Król Północy nadal prowadzi zwycięską ofensywę, choć utrata pomocy Freyów, jak i samej Północy, nie wróży najlepiej jego sprawie. Tymczasem pozostali młodzi Starkowie w towarzystwie nielicznych sojuszników i przyjaciół starają się odnaleźć bezpieczne schronienie, czy to w przeżartej intrygami stolicy, czy też na bezdrożach Westeros. Gdzieś na mapie Westeros tuła się zresztą także sam Jaime Lannister.
Do tego wszystkiego dochodzi świat za Murem, gdzie Nocna Straż stawia czoła nieumarłym armiom, a Jon Snow rozpoczyna swoją misję szpiegowską w obozie Dzikich. Nie można też zapomnieć o przebywającej na drugim końcu świata Daenerys, która po lekcji odebranej w Qarth postanawia wreszcie zabezpieczyć własną armię.

Jak widać sama mnogość wątków i postaci może przyprawić o zawrót głowy i skutecznie sprawia, że pierwsze dwa, wprowadzające z powrotem w świat Martina odcinki, raczej nie obfitują w szybką i pełną zwrotów akcję.

Rhaegar walczył szlachetnie

W kolejnych odcinkach jest już lepiej, zaczynają się typowe dla tej historii zwroty akcji i zaskakujące zgony.
Na najwyższym poziomie stoi również aktorstwo, o czym świadczą choćby aż trzy nominacje do nagród Emmy dla aktorów grających w serii.

Przede wszystkim trzecią już nominację (raz z nagrodą) otrzymał niezrównany Peter Dinklage za rolę Tyriona Lannistera. Po raz pierwszy szansę na nagrodę zyskała natomiast Emilia Clarke, serialowa Daenerys Targaryan. Trzeba zaznaczyć, że jej wątek, choć w zeszłym roku był jednym ze słabszych, w tym był naprawdę ciekawy i częściowo wręcz dźwigał słabsze fragmenty na swoich barkach. Kolejna nominacja przypadła Dianie Rigg za rolę Oleny Tyrell. Nie ma się tu co dziwić, matrona rodu Tyrellow całkowicie zdominowała scenę polityczną Westeros, podobnie jak pani Rigg zdominowała ekran w zdecydowanej większości scen, które zaszczyciła swoim udziałem.
Poza tym, na większą uwagę zasługują też tacy aktorzy jak Charles Dance (Tywin Lannister), Natalie Dormer (Margaery Tyrell, ze znacząco rozbudowaną w stosunku do książek rolą i osobowością) oraz (a nawet w szczególności) Michelle Fairley. Jej występ w przedostatnim odcinku dodał niesamowity ładunek emocjonalny, do i tak już mocnej sceny.

Osobnym, wartym wspomnienia wątkiem, jest podróż Jaime’go (Nikolaj Coster-Waldau) i Brienne (Gwendoline Christie). Jest to świetna historia drogi, która znacząco zmienia spojrzenie widza na te postacie, co więcej chemia między dwójką aktorów sprawia, że ich opowieść sama mogłaby być materiałem na osobny film.
Niestety znacząco gorzej na tym tle wygląda nadmiernie rozciągnięty i monotonny wątek Theona (w tej roli Alfie Allen, który pod wieloma względami był odkryciem poprzedniego sezonu).

Rhaegar walczył honorowo

Pierwszy sezon „Gry o Tron” był najlepiej wyglądającym serialem fantasy w historii telewizji. I każdy kolejny sezon poprawia ten wynik. Wprawdzie w tegorocznej odsłonie brakuje widowiskowych scen batalistycznych porównywalnych z Blackwater, niemniej i tak nie można mu odmówić widowiskowości.

Olbrzymy, wilkory, smoki i lodowe upiory sprawiają, że jest to chyba najbardziej fantastyczny z dotychczasowych sezonów tej sagi fantasy. Jeśli do tego dodamy perfekcyjnie skoordynowane sceny walki i nakręconą z hollywoodzkim rozmachem scenę wspinaczki na Mur, wychodzi nam prawdziwa wizualna uczta. Wzbogacona jeszcze standardowo stojącymi na wysokim poziomie dekoracjami i kostiumami. W „Grze o Tron” z pewnością nie uświadczy się identycznych, skórzanych wdzianek typowo występujących w „Herkulesie” czy „Mieczu Prawdy”.
Wrażenia dopełnia ścieżka dźwiękowa Ramina Djawadi, wzbogacona tym razem o udział zespołu Hold Steady wykonującego piosenkę The bear and the maiden fair. W samym serialu pojawiają się również w gościnnych rolach muzycy Will Champion z Coldplay i Gary Lightbody ze Snow Patrol.

I Rhaegar zginął


Trzeci sezon „Gry o Tron” zdecydowanie różni się od swoich poprzedników. Fabuła jest zdecydowanie powolniejsza i mniej najeżona nagłymi zwrotami akcji. Zamiast tego dostajemy więcej czasu z głównymi postaciami i dokładniejsze spojrzenie w sposób myślenia i motywacje bohaterów. Sprawia to, że trzeci sezon może wydawać się nudniejszy niż poprzednie. Niemniej jednak z całą pewnością jest to rekompensowane przez szokujący finał, który już zapewnił sobie miejsce w historii telewizji.

Ocena: 4/5

Dyskusja