Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Jestem skazana na fantastykę” – wywiad z Anetą Jadowską

Stanisław Tomczak: Jak zaczęła się twoja przygoda z pisaniem? Piszesz, odkąd pamiętasz, czy może miało miejsce w Twoim życiu jakieś wydarzenie, które skłoniło Cię do tego zajęcia?
Aneta Jadowska: Odkąd pamiętam. Pierwsza „powieść” wyszła spod mojego ołówka, kiedy miałam jakieś 10 lat. Był to wstrząsający technologicznymi nowinkami (takimi jak mikrokamery ukryte w główkach gwoździ i nadajniki, które dziś nazywamy GPS-ami) kryminał o kradzieży Mona Lisy. Pamiętam, że akcja pędziła solidnie i był pościg samochodowy serpetynową drogą w Alpach. Nie mam pojęcia, co było inspiracją, ale pamiętam, że rodzice mieli z tego porządny ubaw. Zwłaszcza tata, który śmiał się na samą myśl, że policjanci mogliby mieć dostęp do takich gadżetów. Cóż, byłam wizjonerką i dziś mogę powiedzieć: „tato, a nie mówiłam?”. Niestety rękopis ów, z własnoręcznie przygotowaną okładką (ciemne tło, złowieszczy mężczyzna w kapeluszu z całkiem dobrze odwzorowaną spluwą – obejrzałam dokładnie broń ojca w tym celu) i krzykliwym tytułem, nie przetrwał do dziś. Sądzę, że należałoby tę pozycję zaklasyfikować jako zaginione arcydzieło w gatunku pulp fiction.

S.T.: Mawiasz, że masz za sobą trzy literackie debiuty. Czy wiążą się z nimi ciekawe wspomnienia? Jak doszło do tego pierwszego – na łamach „Gazety Radomszczańskiej”?
A.J.:To dość długa historia, ale ją przytoczę, bo ma spory ładunek komiczny. Druk opowiadania „Dziwny jest ten świat” był częścią nagrody w jedynym konkursie literackim, w jakim w życiu startowałam. Byłam bardzo podekscytowana, a wycinek mam gdzieś do dziś. Mimo to, nigdy więcej nie kusiło mnie, by startować w konkursach. Nigdy nie byłam dobra w trzymaniu się limitu znaków.
Drugi debiut w „Science Fiction” w 2004 był dość zabawny. Wysłałam tekst i nie dostałam żadnej odpowiedzi. Wiele miesięcy później okazało się, że i owszem, ukazał się, ale o tym też nikt mi jakoś nie powiedział. Prenumerowałam pismo i traf chciał, że moje opowiadanie ukazało się w numerze pomiędzy jedną prenumeratą, a odnowieniem jej na kolejny rok… Poważnie, miałam numery tego pisma z kilku lat, a w jedynym numerze, którego nie miałam, był mój tekst. A dowiedziałam się, że w nim był… z listy tekstów z roku 2004, spomiędzy których można było wybierać te do głosowania na Zajdla. Napisałam do redaktora Schmidta, prosząc o numer autorski, który, jakimś dziwnym trafem, nigdy nie został mi wysłany. Akurat trafiłam na przenosiny magazynu i proces wydobywania egzemplarza zajął kilka miesięcy. Do „Kalejdoskopu”, opowiadania, które było tym drugim debiutem, mam duży sentyment. Posłałam je Kresowi do „Kącika złamanych piór”, bardzo życzliwie pomógł mi wyłapać błędy i zachęcił, bym słała je do „Fenixa”. Ale ten padł. Więc wysłałam do „SF”. Szczerze, po tych przebojach uznałam, że jestem zmuszona wytoczyć cięższe działa, więc następnym drukowanym tekstem była już moja powieść. Oczywiście drukowałam w międzyczasie opowiadania (niefantastyczne) i artykuły naukowe, ale właśnie te trzy debiuty uważam za kluczowe i jakoś wyznaczające moją ścieżkę na gruncie fantastycznym.

S.T.: Dlaczego zdecydowałaś się na pisanie książek właśnie z gatunku fantastyki?
A.J.: Sądzę, że jestem skazana na fantastykę. Moja wyobraźnia zdecydowanie jest wyobraźnią pisarza fantastycznego. Nawet w tekstach, które nie miały być fantastyczne, element magiczny się pojawiał, ale one były akurat dość depresyjne. Fantastyka pozwala mi utrzymać w dobrej formie moje wewnętrzne niesforne dziecko, uruchamia wyobraźnię. Lubię to w niej i dlatego pozostanę, jak sądzę, wierna temu gatunkowi.

S.T.: Pamiętasz jakąś książkę, która skłoniła Cię do spróbowania swoich sił właśnie w tym gatunku?
A.J.: Konkretnego tytułu nie pamiętam. Jako dziecko czytałam potworne ilości książek. Byłam dość chorowitym dzieciakiem w dobie beztelewizyjnej (programy 1 i 2, nadawane kilka godzin w ciągu dnia z przerwami, gdyby ktoś nie pamiętał), więc literatura była całym moim światem. Przekroczenie granicy między czytaniem, a pisaniem, było z kolei bardzo naturalne.

S.T.: Większość autorów dąży do wykreowania własnego, indywidualnego stylu. Ale czy są pisarze, których dorobek wywiera szczególny wpływ na Twoją twórczość?
A.J.: Mogę śmiało powiedzieć, że kiedy pisałam teksty niefantastyczne, moim mistrzem był Iwaszkiewicz. Ale chyba nie ma konkretnego pisarza fantastycznego, który by wywierał na mnie szczególny wpływ. Staram się pisać po swojemu, jak najbardziej naturalnie, niezbyt serio, nawet jeśli o poważnych sprawach. Kiedyś może jakiś młody badacz fantastyki wgryzie się w teksty i znajdzie w nich coś, czego sama nigdy tam świadomie nie wsadziłam. Do tego czasu pozostanę nieświadoma takich wpływów.

S.T.: Tytuły Twoich książek bywają co najmniej intrygujące – „Złodziej dusz”, „Bogowie muszą być szaleni”, a ostatnio „Zwycięzca bierze wszystko”. Czy pomysły na nie przychodzą do głowy podczas pisania, czy może wiesz już, jak zatytułujesz dane dzieło, zanim jeszcze postawisz pierwsze zdania?
A.J.: Miałam kłopot ze „Złodziejem dusz”. Skończyłam powieść i wciąż nic mi nie pasowało idealnie. Jakiś tytuł musiałam mieć, skoro chciałam powieść wysłać do Fabryki Słów. Miałam całą stronę pokreślonych propozycji. I dopiero „Złodziej dusz” mnie przekonał. Z pozostałymi było znacznie prościej, wiedziałam jakie będą tytuły, zanim jeszcze zabrałam się za pisanie. Może trudność występuje na początku serii. Niedawno skończyłam powieść o Witkacu i znów zajęło mi chwilę wykombinowanie tytułu, a ten dla drugiego tomu przyszedł sam.

S.T.: Kto jest pierwszym recenzentem Twoich książek? Czy jest ktoś, kto czyta Twoje utwory, zanim jeszcze pokażesz je komukolwiek innemu?
A.J.: Pierwszą powieść przeczytał mój mąż i przyjaciółka, zanim je wysłałam. Teraz betaczytaczami są Tess Gołębiowska – moja agentka, Kometa – głowa mojego fanpage’a i mój mąż. One dostają po kawałku, on – gdy już jest skończone, bo nie lubi czekać.

S.T.: Czy postacie, które umieszczasz w książkach, wzorowane są czasem na prawdziwych osobach, czy też są wyłącznie tworem Twojej wyobraźni? Czy Dora Wilk to nie przypadkiem Twoje alter ego?
A.J.: Nie są wzorowane na konkretnych osobach. Pewnie, ten czy tamten ma to i owo wspólnego z osobami, które znam, dostają jakieś szczegóły od moich znajomych czy przyjaciół, ale to detale. A Dora nie jest moim alter ego. Gdybym miała stworzyć moje alter ego, na pewno rzadziej zbierałoby cięgi. I potrafiłoby latać.

S.T.:Cykl o Dorze Wilk to reprezentant konwencji urban fantasy. Skąd zainteresowanie właśnie tą gałęzią fantastyki?
A.J.: Urban fantasy jest idealnym połączeniem moich ulubionych gatunków literackich: kryminałów, fantasy z lekką nutką horroru, muśnięte romansem, ale tylko dla smaku. Lubię czytać powieści z tego gatunku, więc nie zdziwiłam się, kiedy zapragnęłam napisać właśnie taką powieść. Staram się pisać książki, które sama miałabym ochotę przeczytać. Zawsze to gwarancja jednego czytelnika.

S.T.: Znaczna część wydarzeń z cyklu o Dorze Wilk toczy się w alternatywnym, magicznym odpowiedniku Torunia – Thornie. Czy jednak jako osoba związana od dłuższego czasu z miastem Kopernika, mogłabyś w stanie wskazać najbardziej, Twoim zdaniem, magiczne miejsca w tym mieście?
A.J.: Każda dzielnica ma swoją magię. Inną magię ma Starówka, inną Bydgoskie, inną Podgórz czy Rudak. Pewnie nawet Rubinkowo ma swoją magię, choć tej akurat nie znam i jest mi dość obca.

S.T.: Na stronie Fabryki Słów czytamy, że jesteś osobą nie znoszącą nudy i bezczynności. Z pewnością masz więc różne pasje poza pisaniem?
A.J.: Piszę obecnie tak dużo, że czasu starcza jeszcze na czytanie, tony seriali, jeżdżenie na konwenty… Mam taką zasadę, by przynajmniej kilka razy w roku zrobić coś całkowicie dla mnie nowego, coś, czego dotąd nie robiłam albo nie umiałam. Uczę się różnych rzeczy, bardziej lub mniej przydatnych, albo odwiedzam nowe miejsce. To pozwala nie zardzewieć. A gdy coś zaczyna mnie nudzić, szukam sobie czegoś nowego. Od renowacji mebli, po sztukę introligatorską. Często zajmuję się jakimiś manualnymi pracami, kiedy muszę rozgryźć jakiś problem w czymś, nad czym pracuję. Pomaga mi się to skupić.

S.T.: Kilka dni temu miała miejsce premiera Twojej nowej książki. To już trzeci tom cyklu o Dorze Wilk. Kończąc, chciałbym zapytać – jak bardzo z Twojej perspektywy zmienił się w ostatnich latach Twój styl, Twoje podejście do pisania? Jak bardzo zaskoczył Cię wydawniczy świat – a może nie zaskoczył Cię w ogóle?
A.J.: Jak się zmienił mój styl? Hmm… Niełatwe pytanie. Wydaje mi się, że z każdą powieścią lepiej wiem, do czego zmierzam, łatwiej mi przychodzi uchwycenie wzoru, który gwarantuje mi, że nie zgubię się w świecie i fabule, które tworzę. Podejście do pisania nie zmieniło się, po sześciu powieściach to wciąż jest coś, co uwielbiam robić i choć bywa męczące, to jest to moja pasja i cieszę się, że udało mi się zamienić ją na sposób życia i wciąż potencjalnie, ale coraz bardziej realnie zarabiania na nie.
Świat wydawniczy zaskoczył mnie tym, że wszystko strasznie długo trwa. Cierpliwość nie jest moją cnotą kardynalną, a tu nic tylko czekam i czekam.

S.T.: Dziękuję za rozmowę.

Dyskusja