Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Przerost formy nad treścią – recenzja „Evil Ground”

„Evil Ground” jest kolejną, po bardzo dobrym „Sheemie’s Tale”, samodzielną historią w uniwersum „Mrocznej Wieży”, sygnowaną logo Marvela. Zainteresuje miłośników świata stworzonego przez Stephena Kinga przede wszystkim swoją konstrukcją – równolegle opowiada o przygodach starego i młodego Rolanda.

Akcja „Evil Ground” rozpoczyna się kiedy Roland przemierza góry Desatoya – niedługo przed wydarzeniami tomu „Siostrzyczki z Elurii”. Rozbija na noc obozowisko w nieprzyjaznym miejscu pełnym zjaw. Atmosfera tego miejsca sprawia, że rewolwerowiec śni o dawnych przygodach – również związanych z duchami. I to właśnie ta opowieść w opowieści (zainspirowana, jak mówi Robin Furth konstrukcją post scriptum Stephena Kinga do Mrocznej Wieży „Wiatr przez dziurkę od klucza”) jest sednem całej historii. Jej akcja toczy się między zeszytami „Upadek Gilead” i „Bitwa o Wzgórze Jericho”, kiedy rewolwerowcy toczą wojnę partyzancką z siłami Dobrego Człowieka. Mamy okazję przyjrzeć się w jaki sposób nasi bohaterowie sabotują obozy wojsk Farsona i z jakimi niebezpieczeństwami mierzą się każdego dnia. Zagrożenie stwarzają jednak nie tylko wrogowie, ale i siły nadprzyrodzone…

Grafika na wysokim poziomie

Tradycyjnie już, nad fabułą „Evil Ground” czuwa uczennica Kinga – Robin Furth, rozpisaniem historii na okienka Peter David, oprawą wizualną zajął się natomiast Richard Isanove. O ile historia opowiedziana w tej instalacji „Mrocznej Wieży” należy do słabszych w serii, co dodatkowo podkreśla kiepskie rozpisanie na komiksowe obienka, o tyle ilustracje, tradycyjnie trzymają bardzo wysoki poziom.

W części zasadniczej, dotyczącej przygód młodego Rolanda królują nasycone, jaskrawe kolory i agresywne kontrasty. Podkreśla to radość życia, którą odczuwali bohaterowie (może poza Rolandem), ale także, że mimo trudnej sytuacji były to lepsze czasy, gdy nadzieja jeszcze nie umarła. Zupełnie inny przekaz niosą kadry z życia starszego, znanego z książek, rewolwerowca – są mroczne, ponure, dominują brudne, ciemne kolory – fiolety, granaty, brązy. Podkreślają beznadzieję świata, w którym toczy się akcja, gdzie nikomu nie przydarza się już nic dobrego, a ludzie gniją w swojej marnej, pozbawionej radości egzystencji.

Fabuła na przyzwoitym poziomie

O ile warstwa graficzna trzyma dość wysoki poziom poprzednich zeszytów, o tyle fabuła pikowała ostro w dół. Wydawać by się mogło, że Robin Furth tak bardzo skupiła się na warstwie formalnej komiksu, której poświęciła zresztą najnudniejsze w historii posłowie, że zapomniała, że opowiada czytelnikom historię. A ta jej się strasznie rozjechała.

O ile można jeszcze uznać, że historia z przeszłości powiązana jest jakoś z (umowną) teraźniejszością Rolanda, o tyle poszczególne części snu rewolwerowca nie wiążą się w żaden sposób ze sobą. W pierwszej części komiksu (z dwóch) dostajemy całkiem niezłą historię ataku bohaterów na obóz sił Farsona. Rozstajemy się z nimi, kiedy z tego obozu uciekają – część kończy się typowym cliffhangerem – są w trudnej sytuacji i nie wiadomo, jak się z niej wydostaną.

Fabuła ostro w dół

Druga część zupełnie jednak nie spełnia pokładanych w niej nadziei. Nie dość, że bohaterowie w magiczny sposób teleportowali się w zupełnie inne miejsce (nie ma nawet wzmianki o tym, jak uciekli gubiąc pościg), to jej fabuła zupełnie oderwana jest od wydarzeń części pierwszej.

Ba, rozpisana ona jest w tak dziwaczny sposób, że nawet wracając do niektórych okienek po kilka razy, trudno połapać się, co się dzieje. Po jej zakończeniu czytelnik z niekłamaną ulgą wraca do świata starego Rolanda – swojskiego, ale nie oswojonego, a mimo to mającego jakikolwiek sens.

Konstrukcja ponad wszystko

Autorka scenariusza bardzo mocno akcentowała, że w tej opowieści będzie chodziło przede wszystkim o konstrukcję, wzorowaną na powieści „Wiatr przez dziurkę od klucza”. Mimo, że poświęciła sensowność fabuły koncentrując się na stronie formalnej, i to jej się nie udało. Gdzieś w zamęcie umknął jej fakt, że w przeszłości wielokrotnie pisała już opowieści w podobny sposób. Choćby przy okazji zeszytu, w którym poznajemy losy Rolanda po bitwie o Wzgórze Jericho.

Geniusz konstrukcji w książce Kinga polegał na umieszczeniu w ramowej historii dobrze znanego z septalogii ka-tet Rolanda opowieści o młodości rewolwerowca, a w niej kolejnej baśni z Gilead. „Wiatr przez dziurkę od klucza” był rewolucyjny, ponieważ meta-opowieść miała w nim aż trzy poziomy. W „Evil Ground” dostajemy natomiast tylko standardowe dwa.

„Evil Ground” jest najsłabszym komiksem w sześcioletniej historii wydawnictw Marvela w uniwersum „Mrocznej Wieży”. Jest też jednym z ostatnich, co z pewnością zasmuci wielu fanów tej serii. Po lekturze tego zeszytu pytanie „czy ten układ się już przypadkiem nie wypalił?” nasuwa się jednak czytelnikom samo. A potem „może to i dobrze, że to już koniec”…

Dyskusja