Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Śniąc nie swoje sny – recenzja „Wurt”

W ciągu dwudziestu lat od swojej premiery powieść „Wurt” autorstwa Jeffa Noona doczekała się niejednej dogłębnej analizy i zyskała miano dzieła ważnego dla nurtu cyberpunk i literatury fantastycznej w ogóle. Czy słusznie? Jak to zwykle bywa w odniesieniu do książek niejednoznacznych w interpretacji, nie ma na to pytanie prostej odpowiedzi.

Fabularnie „Wurt” jest opowieścią o młodym człowieku usiłującym odnaleźć zaginioną siostrę. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że Desdemona została uwięziona w czymś w rodzaju równoległej rzeczywistości, do której trafia się po zażyciu tytułowego Wurta – najsilniejszego ze znanych narkotyków, przybierającego formę piórek różniących się kolorem w zależności od tego, jak głęboko pozwalają się zapuścić w świat wurtualny. I jak kosztowną może być taka wycieczka. Do miejsca, w którym Skryba zgubił siostrę, dotrzeć można za pomocą jednego z niemal mitycznych żółtych piórek – najrzadszych i najbezpieczniejszych.

W swoich poszukiwaniach Skryba nie jest pozostawiony sam sobie. Stale towarzyszą mu szemrane indywidua, należące do czegoś w rodzaju młodzieżowego gangu ulicznego, którego członkiem jest zresztą także sam bohater. Wiodącym zajęciem Skitrowców, bo tak sami siebie nazywają, jest rozbijanie się zdezelowaną ciężarówką po futurystycznym, mrocznym i jednocześnie szalenie barwnym Manchesterze. I oczywiście zapuszczanie się w coraz głębsze warstwy Wurta.

By opowiedzieć tę historię, Noon posługuje się logiką snu, miesza rzeczywistość z narkotycznymi wizjami, zacierając granice, krzyżuje ludzi z psami, widmami czy robotami, sięga po tematy tabu – kazirodztwo czy zoofilię, rozpryskuje wokoło niezdrowo intensywne kolory. Świat Wurta to świat snu – nie ma tutaj rzeczy niemożliwych, a więc i samego autora niewiele ogranicza. Poza własnymi umiejętnościami, rzecz jasna. Rwana, pełna powtórzeń narracja i kompletnie odrealnione (nie zawsze w pozytywnym tego słowa znaczeniu) dialogi to zabiegi celowe i w dużym stopniu uzasadnione fabułą i konstrukcją świata przedstawionego, trudno je jednak uznać za przejaw wybitnego warsztatu pisarskiego.

Narkotyczne oniryzmy, wizje w wizjach, sny wpełzające w luki w rzeczywistości – wszystko to ma za zadanie wciągnąć czytelnika w pokrętną logikę powieści, a następnie skłonić do poszukiwania drugiego dna. Jest to jednak o tyle trudne, że zza barwnej dekoracji co rusz wyziera banał głównej osi fabularnej, którą nietrudno sprowadzić do historii o próbie uwolnienia księżniczki przy pomocy zgromadzonych po drodze artefaktów i wsparciu drużyny. Nie brakuje nawet najbardziej oczywistego motywu inicjacyjnego, na jaki można się natknąć w literaturze fantastycznej – główny bohater odkrywa w sobie moce niedostępne innym śmiertelnikom.

Mimo to książka ma swoje momenty. Zgłębianie mechanizmów, według których funkcjonuje świat przedstawiony, a przede wszystkim rzeczywistość wurtualna, potrafi sprawić sporo satysfakcji, a czytelnik któremu uda się w pełni zaangażować w powieść, który zostanie przez nią „kupiony”, ma szansę dotrzeć nie tylko do drugiego dna, ale i kolejnych warstw interpretacji, którymi być może zdołałby zadziwić samego autora.

Pisząc o mocnych stronach książki, nie sposób pominąć trzech opowiadań, które znaleźć można w nowym wydaniu, włączonym w obręb serii Uczta Wyobraźni. To historie niezależne względem zasadniczej powieści, nawiązujące do niej jedynie drobnymi mrugnięciami oka, osadzone jednak w tym samym świecie i rozszerzające go. Jak się okazuje, krótka forma robi lepiej to, czego usiłowała dokonać długa – w niewymuszony sposób skłania do refleksji, opowiada o utracie tego, co istotne, o delikatnej równowadze pomiędzy realnością a snem i konsekwencjach jej zaburzania, o eskapizmie, uzależnieniu od poznawania, zgłębiania tego, co być może nie powinno być zgłębiane.

„Wurt” to powieść kontrowersyjna i już sam ten fakt sprawia, że czas jej poświęcony nie będzie czasem straconym. Ostatecznie, nawet jeśli nie sprawdzi się jako dystopijna, a przez to zmuszająca do zastanowienia wizualizacja kierunku, w którym być może zmierza ludzkość, ma szansę obronić się jako nietypowa, a dzięki temu godna uwagi powieść sensacyjna z elementami cyberpunku i science fiction.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja