Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Spektakularna nuda – recenzja „Jeździec znikąd”

O „Jeźdźcu Znikąd” powiedziano już bardzo wiele, przede wszystkim w tonie krytycznym. Mimo swojej mnogości, opinie są dość zgodne – typowy Johnny Depp jest zbyt typowy, żeby samodzielnie udźwignąć cały film. Obraz jest rozrywkowy, lecz niekoniecznie wart wycieczki do kina. Opinie te mają dużo racji, ale jednocześnie nie oddają „Jeźdźcowi Znikąd” sprawiedliwości.

Miała to być recepta na sukces – popularne słuchowisko radiowe, ekipa odpowiedzialna za pierwszą część „Piratów z Karaibów” i dodatkowy bonus w postaci Johnnego Deppa łączącego się z swoim wewnętrznym Indianinem.

W celu minimalizacji ryzyka (które przy budżecie w wysokości 215 mln USD zawsze istnieje), zastosowano przetestowany już w filmie pirackim przepis – praworządny dobry przedstawiciel cywilizowanego świata zostaje wciągnięty przez chaotycznego dobrego wyrzutka w intrygę, której stawką jest pokonanie bohatera chaotycznego złego oraz (na drugim planie) praworządnego złego. W tle oczywiście zemsta, miłość do nieosiągalnej niewiasty i niewiasty tej porwanie. Wszystko to okraszone ciągłymi zwrotami akcji, niedorzecznie spektakularnymi pościgami i dużą dawką humoru sytuacyjnego.

Coś jednak zdecydowanie nie zagrało i w „Jeźdźcu Znikąd” zamiast sukcesu, wyszedł zakalec.

Widać to doskonale po wynikach sprzedaży biletów – film skończył z ogromną dziurą budżetową, mimo że do ostatnich chwil trwała nierówna walka o minimalizację strat.

Skoro przepis był jednak dobry, to w czym tkwi problem filmu Gore’a Verbinskiego? Odpowiedź jest prosta – w zachwianych proporcjach i wątpliwej świeżości składnikach.

Aktorstwo bez polotu

Wszyscy pamiętają Johnnego Deppa z roli kapitana Jacka Sparrowa z „Piratów z Karaibów”. Była zabawna i, choć niewielu w to uwierzy, a jeszcze mniej pamięta, świeża. Trzy sequele później miny i zachowania aktora odtwarzającego tę postać są już znane i, o ile wciąż sprawdzają się w pirackiej franczyzie, o tyle są ostatnią rzeczą, którą widzowie chcieliby zobaczyć w filmie o Dzikim Zachodzie.

Od wybitnego aktora (którym niewątpliwie jest Johnny Depp) wymaga się bardzo wiele, w „Jeźdźcu Znikąd” nie pokazał natomiast zupełnie nic.

Niewiele dobrego można powiedzieć też o pozostałych odtwórcach – Armie Hammer był generycznym głównym bohaterem zepchniętym na dalszy plan, Ruth Wilson sprawiała wrażenie bardziej drewnianej niż sama kłoda drewna, Helena Bonham Carter dostała natomiast całe 163 sekundy (wartość przybliżona) czasu antenowego, z czego 162 sekundy poświęcone były jej kościanej nodze. Najlepiej prezentowało się dwóch typów spod ciemnej gwiazdy. Tom Wilkinson jako Latham Cole był zdecydowanie najmocniejszym punktem całej produkcji; doskonale sprawdził się także William Fichtner w roli Butcha Cavendisha.

Rwąca się fabuła

Do oglądania „Jeźdźca Znikąd” nie zachęca również konstrukcja fabularna. Jest ona nieporadną mieszanką zmuszających do refleksji elementów ambicjonalnych, bezładnego filmu przygodowego oraz parodii westernu.

O ile zwykle gatunkowe crossovery są ekscytujące, o tyle w tym przypadku rozdźwięk między kinem z przesłaniem a rozrywką w formie czystej jest tak duży, a filmowcy tak niezdecydowani co do tego, co chcą osiągnąć, że zaburza to całkowicie równowagę produkcji. A przez to i przyjemność z oglądania filmu.

Co najmniej irytujące są przeskoki w nastroju filmu między scenami stanowiącymi oś fabuły, a scenami w wesołym miasteczku, które agresywnie atakują widza, zmuszając do refleksji nad losem Indian. W połączeniu z niedorzecznie spektakularnymi pościgami i nieustającymi zwrotami akcji, służącymi wyłącznie podniesieniu waloru rozrywkowego obrazu, są w najlepszym przypadku niestosowne. Wystarczającym przyczynkiem do przemyśleń jest sytuacja Indian we właściwej fabule filmu, zupełnie niepotrzeba natomiast dodatkowego komentarza w postaci Tonto, będącego cyrkową atrakcją. Gore Verbiński niestety, jak stereotypowy Amerykanin, nie mógł postawić na subtelność, decydując się na ordynarne moralizowanie widzów.

W cyrkowym intro (oraz w przerywnikach) pojawia się jednak i interesujący element. Za każdym razem, kiedy akcja filmu przeskakuje, a bohaterowie występują w sytuacjach niemożliwych do osiągnięcia z punktu widzenia okoliczności przed przeskokiem, pojawia się cyrkowy wytrych.

Chłopiec słuchający opowieści starego Tonto pyta go: „Ale jak do tego doszło?”, na co ten rozmyślnie nie odpowiada. Dzięki temu zupełny brak logiki filmu staje się jej atutem – jego twórcy puszczają do widza oko – wiemy, że to bez sensu, ale tak jest zabawniej. Jest to jeden z nielicznych świeżych akcentów w „Jeźdźcu Znikąd”.

Inny, to postępująca geometrycznie niedorzeczność fabuły. Za każdym razem, kiedy bohaterowie znajdują się w sytuacji bez wyjścia, dzieje się coś nie tyle nieprawdopodobnego, co kompletnie niemożliwego. Gdyby takich scen było tylko kilka, prawdopodobnie byłyby irytujące; w tak wielkim nagromadzeniu są natomiast dużą zaletą. Podobnie jak niewyjaśnione przeskoki akcji, są żartem filmowców z samych siebie. Dzięki temu można odbierać „Jeźdźca Znikąd” jako parodię parodystycznego gatunku, który w czterech częściach „Piratów z Karaibów” został doprowadzony do stanu czystego.

Wieje nudą

Niestety, o „Jeźdźcu Znikąd” można powiedzieć jednak zdecydowanie więcej złych, niż dobrych rzeczy. W momentach, kiedy akcja nie jest niedorzecznie głupia, jest po prostu nudno. Nawet kiedy galopuje w zawrotnym tempie. Sceny walk i pościgów ogląda się całkiem przyjemnie, przez około pierwsze 5 minut ich trwania, po chwili jednak nużą. Nie brak im może spektakularności, nie ma w nich jednak jakiegoś elementu, który utrzymałby koncentrację widza.

Również bohaterowie są czynnikiem nużącym. Nie angażują widza emocjonalnie, nie ogląda się ich losów z zapartym tchem. Wynika to częściowo z tego, że są dokładną kalką bohaterów „Piratów z Karaibów”, z tym, że przeniesioną w inne realia. Prawdopodobnie nawet doskonała gra aktorska nie byłaby w stanie uratować filmowych postaci – one po prostu zostały napisane w sposób skazany z góry na porażkę.

Totalna krytyka „Jeźdźca znikąd” nie jest do końca uprawniona, jednak wbrew temu, co twierdzą jego twórcy i aktorzy, nie ona zabiła film. Znajduje się tam wprawdzie kilka całkiem niezłych pomysłów, jednak generalnie, jako całość, jest to kopia „Piratów z Karaibów” w innych realiach. I nic tu nie pomoże nachalne skłanianie widza do refleksji nad losem biednych Indian – zamiast dodać obrazowi głębi, wątek ów jedynie przeszkadza w odbiorze jego czysto rozrywkowej części.

Nową produkcję Gore’a Verbińskiego da się jednak oglądać – tylko po co to robić w kinie? Lepiej poczekać aż Polsat wykupi do niej prawa – kilkunastominutowe przestoje reklamowe niewiele zmienią w tempie przepływu akcji. A przynajmniej pozwolą zrobić sobie meliskę.

Ocena: 2/5

Dyskusja