Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Uwe Boll atakuje Wall Street – recenzja „Assault on Wall Street”

W przeszłości oglądanie produkcji dotkniętych Bollem było przeżyciem traumatycznym. Nie wiedząc, że „Assault on Wall Street” jest filmem nakręconym przez osobę, uważaną za najgorszego przedstawiciela reżyserskiej profesji, widz może przeżyć szok. Szok jednak nie będzie wcale wynikał z faktu, że produkcja ta jest kolejnym gniotem, ale z tego, że jest… dobra.

American nightmare drugiej dekady XXI wieku

Fabuła filmu nie jest specjalnie skomplikowana – śledzimy losy typowej, amerykańskiej, młodej rodziny.

Mają kredyt na domek gdzieś pod Nowym Jorkiem, on (Jim Baxford grany przez Dominica Purcella) pracuje jako konwojent, ona (Rosie Baxford grana przez Erin Karpluk) jest ciężko chora.
Nadchodzi krach finansowy, śnieżna kula ostatniego kryzysu finansowego rozpędza się, porywając naszych bohaterów ze sobą. Ubezpieczyciel wykręca się od pokrycia kosztów leczenia Rosie, przez co popadają w długi. Prawnik bumelant (grany przez Erica Robertsa) też postępuje nie do końca fair zajmując się sprawą Jima. Ciężkie zadłużenie i monity od wierzycieli przesyłane do firmy ochroniarskiej, w której Baxford pracuje, sprawiają, że traci on pracę.
Jim próbuje chronić małżonkę przed złymi wieściami, ta jednak w końcu dowiaduje się o tym, iż stracili wszystkie oszczędności życia, popadli w długi i niebawem utracą dom, na który ciężko pracowali. Poczucie winy sprawia, że Rosie podejmuje dramatyczną decyzję i odbiera sobie życie. Utrata żony, pracy i domu powodują, że Jim postanawia się zemścić na osobach, w jego mniemaniu winnych kryzysu finansowego i jego osobistej tragedii. Na Wall Street zaczynają umierać kolejne istotne figury nowojorskiej finansjery…

Zrobił to, o czym myśleli wszyscy

Historia rzewna, ale niespecjalnie oryginalna; sama w sobie nie budzi w nikim specjalnie dużo emocji. Należy jednak pamiętać, że jest ona idealnym (choć nieco przerysowanym) zobrazowaniem tego, co tak naprawdę działo się z milionami rodzin w USA w czasie ostatniego kryzysu finansowego. I tego, co wielu z pewnością chciało zrobić z winnymi tej tragedii, którzy, koniec końców, jeszcze zarobili na tym, że doprowadzili system finansowy nie tylko w Stanach, ale także na całym świecie, niemal do upadku. Oczywiście, to wszystko fikcja, nikt nie polował na finansistów z Wall Street. Film jednak ostrzega, że niewiele brakuje, żeby osoba zdesperowana i pozbawiona wszystkiego postanowiła się zemścić.

Igrzyska dla plebsu


Film Bolla dość perwersyjnie opowiada historię która mówi o tym, że można wygrać z systemem i że krwawa zemsta może być usprawiedliwiona. „Assault on Wall Street” ma raczej marne szanse na obudzenie w ludziach rewolucyjnego ducha, zaszczepia jednak w umysłach niebezpieczny pomysł. Ciągle nie dają o sobie zapomnieć kolejne grupy i inicjatywy (Anonimowi, hakerzy, antyglobaliści etc.), które za zadanie stawiają sobie destabilizację obecnego, ich zdaniem zbrodniczego ładu, który ciemięży i wykorzystuje obywateli. Rewolucja wkracza do mainstreamu?

Uwe jak nie on sam

Znając twórczość Bolla, ciężko nie zastanawiać się w trakcie seansu, „kiedy rozpocznie się krwawa jatka?!” No więc nigdy. Nie jest to film, w którym znajdziemy elementy typowej makabreski, szybkich i tanich pościgów oraz słabo wyglądających popisów kaskaderskich. Dostajemy w zamian powoli rozwijającą się akcję, bombardowani jesteśmy depresją Jima i beznadziejnością położenia, w którym się znalazł. Kolejne sceny pokazują budującą się w Baxfordzie złość i rządzę zemsty.

Oczywiście film nie jest idealny. Niektóre elementy trochę się rozeszły, na przykład sceny w metrze, gdzie widzieliśmy smutną facjatę Purcella, zaczynały drażnić. Jego kochający kumpel z konwojów też był trochę denerwujący i przesadzony.
Pozostałe elementy filmu jednak nie budzą większych zastrzeżeń. Obsada to głównie aktorzy z drugiego składu, a postacie przez nich grane są trochę przerysowane. W ogólnym rozrachunku jednak wywiązują się z powierzonego im zadania i w pozytywny sposób uzupełniają cały obraz. Zdjęcia także wypadają dobrze, można nawet uznać, że trzymają poziom produkcji hollywoodzkich kategorii A. Muzyka również jest rzemieślniczym produktem tej samej klasy, co gra aktorska i zdjęcia.

Film wart polecenia?

W obrazie Bolla widać dużą konsekwencję. Fakt, że niektóre elementy lekko pouciekały, nie przekreśla widocznego skoku jakościowego i gatunkowego, jakiego dokonał reżyser. Ze spokojem sumienia można powiedzieć, że „Assault on Wall Street” to przyzwoite kino, które można polecić nie tylko jako ciekawostkę w filmografii reżysera.

Ocena: 3/5

Dyskusja