Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

„Antykowboj” w pełnej krasie – recenzja „Lincoln – 1”

Warto na wstępie zaznaczyć, że tytułowy Lincoln nie ma kompletnie nic wspólnego z byłym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Główny bohater komiksu to prawdziwy antybohater. Już sam ponury wyraz jego twarzy idealnie obrazuje charakter postaci. Jest pesymistą, lubi sobie porządnie wypić, a od czasu do czasu znaleźć sobie jakąś urodziwą kobietę. Może kojarzyć się trochę z Lucky Luke’m w niecenzuralnej, niegrzecznej wersji. Klnie jak szewc, ma głęboko w poważaniu wszelkie prawo Dzikiego Zachodu i żyje, nie dbając o to, co będzie jutro. Trzeba mu jednak przyznać, że cechuje go ciekawe poczucie humoru. Może jest nieco prostacki, ale jego riposty często wywołują uśmiech na twarzy.

I ten oto, co by nie mówić, kowboj, został wybrańcem z woli samego Boga! Malutki gringo w szerokim kapeluszu zszedł z nieba do Lincolna, by skierować go we właściwą stronę i nakłonić do czynienia dobra. Sam Stwórca jest tutaj bowiem przedstawiony jako niski, dobroduszny dziadek. Nasz poczciwy rewolwerowiec początkowo z radością wyśmiewa nieznajomego, jednak zmienia swoje zdanie, gdy ten czyni go nieśmiertelnym.

Po drugiej stronie barykady siedzi diabeł, który nie został tu przedstawiony w jakiś bardzo ekstrawagancki sposób. Cały czerwony, o tych samych gabarytach, co Bóg. Na głowie widać małe, czarne rogi, kozią bródkę i perfidny uśmieszek, który ani na chwilę nie znika z jego twarzy. Odgrywa on oczywiście rolę nemezis Stwórcy. Nakłania Lincolna do odpuszczenia sobie czynienia dobra, darowania sobie zadań podsuwanych mu przez dziadka i dalszego obijania się, jak miał to wcześniej w zwyczaju. Sam diabeł sprawia jednak wrażenie mniej poważnego. Bóg faktycznie może budzić szacunek mimo swojego niezbyt imponującej aparycji, ale jego przeciwnik raczej bawi, aniżeli wzbudza paniczny strach.

Każdy tom Lincolna to dwa rozdziały, które oddzielają kolejne misje głównego bohatera. Bóg wozi głównego bohatera po małych miasteczkach, opowiadając mu zarazem szczegóły jego kolejnych misji. W toku kolejnych jego przygód rzuca się w oczy nagromadzenie specyficznego dowcipu, zarówno w wykonaniu Lincolna, jak i samego Boga.
Rysunek jednego z braci Jouvray nie powala na kolana. Nie ma w nim nic nowego, jednak Jérôme potrafi oddać charakter każdej z postaci. Architektura nie odgrywa w komiksie większej roli, a to co przykuwa największą uwagę, to dosyć charakterystyczne cieniowanie. Może ono sprawić wrażenie niedokładnego czy ostrego, co tylko przydaje kresce rysownika.

Po lekturze pierwszego tomu Lincolna można być pewnym: bracia Jouvray nie wyzbędą się ze swojego komiksu karykatur czy zabawnych odniesień. Zaletą jest także spojrzenie z przymrużeniem oka na konwencję westernu. Główny bohater, mimo swojego nieprzyjaznego charakteru i wrodzonego lenistwa, wzbudza ogromną sympatię i przede wszystkim bawi, co było najważniejszym celem tego przedsięwzięcia. Można więc spokojnie stwierdzić, że zadanie zostało wykonane.

Dyskusja