Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Debiut archeologa wszechczasów – recenzja „Poszukiwacze Zaginionej Arki”

Steven Spielberg przez lata swojej kariery filmowej, stworzył szereg kultowych bohaterów, którzy na stałe zapisali się w historii kina. Jednym z najbardziej znanych i lubianych jest bez wątpienia Indiana Jones. Po raz pierwszy zawojował on serca publiczności w 1981 roku, gdy na ekranach amerykańskich kin wyświetlano „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”. Choć od tamtej pory minęło już ponad trzydzieści lat, to nawet dziś trudno spotkać kogoś, kto oparłby się urokowi tej postaci.

Wszystko dlatego, że Indiana Jones nie ma nic wspólnego z powszechnym wyobrażeniem o archeologach. Na co dzień pracuje na uczelni, pozostając bożyszczem studentek, jednak kiedy tylko wyrusza na wyprawę, zmienia się nie do poznania. Opasłe książki i elegancki garnitur zostają zastąpione przez charakterystyczny kapelusz oraz bicz, którym Indiana włada po mistrzowsku.

O jednej z takich ekspedycji opowiadają właśnie „Poszukiwacze Zaginionej Arki”. Kiedy służby specjalne otrzymują potwierdzone informacje, że stacjonujący w Egipcie niemieccy naziści odnaleźli starożytne miasto, uznawane za miejsce spoczynku biblijnej Arki Przymierza, zwracają się do doktora Jonesa o pomoc. Za wszelką cenę nie chcą dopuścić, by święty artefakt znalazł się w rękach III Rzeszy. Indie bez wahania przyjmuje propozycję. Na miejscu przekonuje się jednak, że aby zdobyć Arkę, przeciwnik gotowy jest posunąć się do najokrutniejszych zbrodni.

„Poszukiwacze Zaginionej Arki” to sztandarowy przedstawiciel nurtu Kina Nowej Przygody, który opanował Hollywood tuż przed nastaniem lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Film Stevena Spielberga zawiera wszystkie najważniejsze elementy gatunku: dynamiczną akcję, widowiskową oprawę wizualną i bogactwo spektakularnych efektów specjalnych, zaś w scenariuszu i dialogach nie poskąpiono miejsca na akcenty humorystyczne, skutecznie rozładowujące napięcie po najbardziej emocjonujących scenach.

Wespół z Kinem Nowej Przygody idą również komercja oraz chęć dotarcia do jak najszerszego grona odbiorców – i to również dotyczy „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”. W żadnym wypadku nie należy jednak postrzegać tego jako wady opisywanego filmu, gdyż w żaden sposób nie odbija się to na jego jakości.

Obraz Stevena Spielberga to przede wszystkim aktorski majstersztyk. I to nie tylko ze względu na Harrisona Forda, który w tytułowego archeologa wcielił się znakomicie, tworząc jedną z najbarwniejszych kreacji w dziejach kina przygodowego. Postać Marion Ravenwood, charakternej, choć nie stroniącej od kieliszka towarzyszki Indiany, została widowiskowo odtworzona przez Karen Allen. Występ ten nie tylko zapewnił jej nagrodę Saturna, ale i otworzył furtkę do dalszej aktorskiej kariery i nie mniej ważnych ról.

Jak na dobre kino przygodowe przystało, w „Poszukiwaczach Zaginionej Arki” pojawiły się także budzace grozę, intrygujące czarne charaktery – w tym wypadku szczególnie wyróżnić należy Ronalda Lacey’a, czyli filmowego Arnolda Tohta, nader przekonująco wcielającego się w niemieckiego majora.

Innym aspektem filmu, która do dziś niezmiennie urzeka fanów Indiany Jonesa, jest podkład muzyczny. Ścieżkę dźwiękową do „Poszukiwaczy Zaginionej Arki” skomponował John Williams, z którym Spielberg współpracowal przy kilkudziesięciu różnych produkcjach. Wykonanie utworów powierzono Londyńskiej Orkiestrze Symfonicznej – tej samej, w której kilka lat wcześniej nagrano muzykę do „Gwiezdnych Wojen”. Muzyka w „Poszukiwaczach Zaginionej Arki” spełnia świetnie swą rolę, a żywe, energiczne kompozycje, na czele z powszechnie rozpoznawalnym „Marszem Poszukiwaczy”, podkreślają przygodowy, awanturniczy nastrój. Dość wspomnieć, że Johna Williamsa za muzykę do „Poszukiwaczy Zaginionej Arki” nominowano do Oscara – choć ostatecznie laur ten powędrował tamtego roku do Vangelisa.

Scen czy dialogów, które pojawiły się w „Poszukiwaczach Zaginionej Arki”, a które na przestrzeni lat urosły do miana kultowych, trudno nawet zliczyć. Począwszy od słynnej, improwizowanej przez Harrisona Forda kwestii: „To nie lata, kochanie, to przebieg”, poprzez liczne sceny, w których Jones unika przeróżnych niebezpieczeństw w rodzaju spadających głazów czy mechanicznych pułapek (co młodszym widzom z pewnością nasunie skojarzenia z wyczynami Lary Croft, której pierwsze przygody powstały przecież kilkanaście lat po premierze filmu), skończywszy na niezapomnianej strzelaninie w prowadzonym przez Marion barze.

Ktokolwiek jeszcze nie miał okazji tego wszystkiego zobaczyć, powinien jak najszybciej nadrobić zaległości i przekonać się, iż w zachwytach ówczesnej publiki nie było ni drobiny przesady i nie bez powodu film ten pozostaje do dziś siedemnastą najbardziej dochodową produkcją w historii kina.

Wystarczy wspomnieć, że w samej tylko Polsce, jeszcze w poprzednim systemie, sprzedało się na niego ponad 9 milionów biletów!

Jednak nawet dla współczesnego widza, ktory trzydzieści lat po premierze filmu zechciałby zobaczyć, czym zachwycali się w kinie jego rodzice, dwie godziny poświęcone „Poszukiwaczom Zaginionej Arki” będą czasem pełnym emocji i niezapomnianych wrażeń.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja