Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ekologiczna postapokalipsa – recenzja „Dom pod Pękniętym Niebem #1”

Wszechstronność twórczości Marcina Mortki może niejednego czytelnika przyprawić o zawrót głowy. Nie dość, że autor dał się poznać jako wybitny tłumacz i pisarz powieści awanturniczo-przygodowych i fantastycznych, to jeszcze jego nazwisko przewija się wśród literatury dla małych dzieci, a ostatnio także młodzieży. Tym razem na tapetę trafił Dom pod Pękniętym Niebem, który to ukazać ma się we wrześniu nakładem wydawnictwa Zielona Sowa.

Ponoć książki nie powinno się oceniać po okładce, ale trudno tutaj na subiektywne spojrzenie. Utrzymana w ciepłych kolorach od pomarańczu, przez róż aż do czerwieni ukazuje zarysy chłopaka i dziewczyny stojących naprzeciw siebie na tle księżyca. Pierwsze skojarzenie nie jest miłe – romansidło dla nastolatków jak nic! Człowiekowi od raz przed oczyma przewijają się obrazy miłosnych perypetii w cukierkowej oprawie. Ale po dokładnym obejrzeniu ilustracji, znad pary dzieciaków wyłania się monstrum z ogromnymi łapami i złowrogim spojrzeniem. Wyobraźnia zaczyna działać i pierwsze wrażenie z miejsca wyparowuje, ustępując miejsca niepokojowi i zaciekawieniu. Przecież nie można nie sięgnąć po taką książkę…

Już sam początek daje do zrozumienia, że daleko tej pozycji do „harlequina” dla nastolatek. Akcja rozpoczyna się w lesie podczas młodzieżowego biwaku, gdzie jedyną dorosłą osobą jest przewodnik. Nocne żarty szybko robią się niezbyt śmieszne, a czytelnik zaczyna podejrzewać, że ma do czynienia z horrorem klasy B. Nic bardziej mylnego, bowiem wkrótce rzeczywistość okazuje się bardziej brutalna niż można się spodziewać, a bohaterowie zostają zmuszeni stawić czoła prawdziwej apokalipsie wywołanej najprawdopodobniej przez samą przyrodę. Mało tego, to nie ostatnia niespodzianka, jaką przygotował autor.

Fabularnie książka wypada bardzo pozytywnie. Ciekawe rozwiązania i zaskakujące sytuacje nie pozwalają na nudę w trakcie lektury i daje się odczuć, że pomysłów Mortce nie brakuje. Na uwagę zasługuje interesujące spojrzenie na samą naturę i jej ingerencję w cywilizację, która dopuściła się wielokrotnie wykroczeń przeciw przyrodzie. Można zadać sobie pytanie czy to kara, czy też może zbawienie ludzkości? Dokąd zmierzamy z naszą wszechobecną techniką i czy nie należałoby trochę stanąć w miejscu i zastanowić się dwa razy nad wyborem właściwej ścieżki? Na szczęście autor nie próbuje forsować tego tematu nachalnie, ale tylko opiera na nim swoją opowieść, zaszczepiając ziarno niepokoju w umyśle młodego czytelnika.

Kreacja bohaterów nie jest odkrywcza, natomiast skonstruowana jak najbardziej prawidłowo i czepiać się nie należy. Poznajemy różne indywidua – od szkolnej prymuski, poprzez chamowatego podrywacza aż po „nerdów” – ot, przekrój przez rzeczywistość. Oczywiście każdemu autor nadaje dodatkowe cechy i trochę komplikuje charakter, by nie pozostawał w zaszufladkowanej pozycji, co wychodzi całkiem nieźle i jest wiarygodne. Spokojnie czytelnik nawiązuje nić sympatii z jednymi, by o innych wyrobić sobie złe zdanie. A co przyniosą kolejne, szybko pochłaniane strony, to już inna sprawa…

Wkrótce na rynek trafi zatem nowa, bardzo dobra powieść Marcina Mortki. I choć skierowana jest raczej do starszej młodzieży, fani talentu autora, bez względu na wiek pewnie sięgną po nią bez zastanowienia, a warto, nawet jeśli jest się już po drugiej „osiemnastce”. Połączenie przygody dla nastolatków z klimatami postapokaliptycznymi i zwróceniem uwagi na ochronę środowiska wypada interesująco i warte jest poświęconego czasu. Nie pozostaje nic innego jak czekać na kolejny tom.

Dyskusja