Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Filmowa telenowela, serialowy film

Powoli i po cichu do historii odchodzi pewna epoka. Konkretniej epoka filmu. Nie ma jednak obaw, świat nienawidzi pustki, i dlatego, choć jeszcze nie wszystkie gwoździe dobite do wieka tej trumny, na grobie kina seriale tańczą już flamenco. Ale po kolei.

Kiedyś do kina chodziło się z dwóch (w zasadzie wykluczających się) powodów – na film, albo właśnie… do kina. Wiadomo – ciemno, (nie do końca) dyskretnie i głośno, postronni widzowie, którzy przybyli na film, mają więc szansę przeoczyć ssące odgłosy dochodzące z okupowanych przez nastoletnie pary miejsc w tylnych rzędach.

Dla tych z nas, którzy chadzali jednak na filmy, liczył się dobry scenariusz, wiarygodni bohaterowie, porywająca fabuła i wszystkie inne drobiazgi, mające obecnie marginalny wpływ na popularność produkcji.

Filmowa telenowela

Upadek zaczął się po cichu – trudno wskazać, czy zapoczątkował go „Matrix”, „Władca Pierścieni”, „X-mani”, „Piraci z Karaibów”, czy jeszcze inny tytuł. A może wypada powiedzieć tytuły, gdyż każde z tych dzieł straciło samodzielność w momencie powstania sequeli, spin-offów, sequeli spin-offów, sequeli sequeli spin-offów… Trudno mówić o kinie, kiedy do czynienia ma się z serialem o wydłużonym czasie produkcji, z niepomiernie większym budżetem niż tytuły telewizyjne, jednak mimo wszystko będącym historią w odcinkach.

Do perfekcji w odcin(kow)aniu kuponów od sukcesu (komiksów) doszedł Marvel, tworząc – chronologicznie: Iron Mana, Hulka, Iron Mana Drugiego, pierwszą odsłonę Thora, Kapitana Amerykę po raz pierwszy, Avengersów, Iron Mana Trzeciego, drugą odsłonę Thora, Kapitana Amerykę po raz drugi, kolejnych Avengersów, a jako wisienkę na torcie jeszcze dodatkowo pełnokrwisty serial o agentach S.H.I.E.L.D. Kto da więcej?

Ogon macha psem

Odcinkowanie przekroczyło poziom absurdu wraz z podziałem fabuły „Hobbita” na trzy (!) części, jednak nie ono jest największym grzechem produkcji filmowych przeciw samej naturze filmu. Największym wrogiem kinowych produkcji jest, paradoksalnie, ich największy sojusznik – postęp technologiczny. To prawda, że jeszcze 10-15 lat temu wielu rzeczy nakręcić się nie dało, dobrym przykładem jest choćby wspomniany już „Iron Man”.

Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że w pogoni za lepszymi, bardziej widowiskowymi i coraz bardziej niesamowitymi efektami specjalnymi, dobrnęliśmy do miejsca, które można określić tylko w jeden sposób – przerost formy nad treścią.

Efekty, zamiast wspierać fabułę filmu, stały się celem samym w sobie. Doskonale widać to na przykładzie „Avengersów” (że o produkcjach w stylu mechy kontra potwory itp. już nie wspomnę). Gdyby sprowadzić opowieść o Mścicielach do gołego skryptu, zgodnie ze wszelkimi prawidłami ma on konstrukcję trójdzielną – wstęp, rozwinięcie i (potraktowane po macoszemu) zakończenie. Rozkładając jednak rozwinięcie na czynniki pierwsze, widoczne jest sedno problemu – całą treść stanowią dwie bardzo rozbudowane sceny walki, przerywane krótkimi gagami.

Ten brak substancji jest fantastycznie opakowany, ale mimo wszystko nadal jest brakiem. Jak wskazuje jednak ponad miliard dolarów przychodu, brakiem niezbyt dotkliwym dla widzów.

Czas serialu

Być może ta akceptacja dla pogoni filmów za wyższym budżetem i lepszymi efektami specjalnymi po części wynika z rewolucji w serialach telewizyjnych, która dokonała się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy rozpoczęła się metamorfoza kina. Podczas gdy producenci filmowi, dążąc do większego rozmachu wizualnego, zaczęli spychać na drugi plan aspekt fabularny swoich produkcji, producenci serialowi zaczęli tworzyć projekty ambitne, wielowątkowe, z bardzo rozbudowanym rysem psychologicznym postaci. Nastąpił zmierzch tasiemcowatych, nieprowadzących do żadnego rozwiązania serii, które zostały zastąpione przez serie o zamkniętej, rozpisanej zwykle na 1 sezon, fabule.

Oczywiście, nadal kręci się po kilka sezonów, jednak każdy z nich jest (w większości przypadków) w pewien sposób zamkniętą historią. Wystarczy spojrzeć np. na „Dextera“ – co roku ma inny motyw przewodni.

Doszło niejako do zamiany ról filmu i telewizji – to produkcje kinowe są obecnie gumą do żucia dla mózgu, podczas gdy seriale angażują widzów intelektualnie i emocjonalnie, stawiając przed nimi ambitne pytania. O przejmowaniu działki filmowej przez telewizję najdobitniej świadczy masowa emigracja aktorów o wielkich nazwiskach z kina do seriali. Steve Buscemi, Sean Bean, Jeremy Irons, Kevin Spacey, Kevin Bacon, Rutger Hauer czy Woody Harrelson stanowią tylko wierzchołek góry lodowej.

Kevin Spacey komentując przyjęcie roli w „House of Cards” stwierdził, że to w telewizji pojawiają się obecnie najciekawsze i najbardziej wymagające aktorsko role. Dzięki formule serialu, zakładającej rozpisanie fabuły na wiele odcinków, psychologizm postaci może być znacznie głębszy niż w dwugodzinnym filmie kinowym. Wystarczy spojrzeć choćby na rolę Claire Danes w „Homelandzie“, żeby zobaczyć do jakiego ekstremum można pchnąć osobowość telewizyjnego bohatera.

Wolność i dojrzałość

Seriale są dla twórców mityczną krainą wolności i swobód wszelakich. Są nie tylko zdecydowanie bardziej liberalne w doborze tematów niż film, są też często bardziej liberalne niż ich widzowie.

Wystarczy spojrzeć na dość obrazoburczą rzeczywistość w „Californication“, które aż ocieka nagością i seksem, albo z innej beczki – na „Dextera“, gdzie głównym bohaterem, z którym widzowie w pełni sympatyzują, jest seryjny morderca. Przed rozpoczęciem serialowej ofensywy byłoby to nie do pomyślenia! Żaden producent filmowy o zdrowych zmysłach nie zaryzykowałby wszak milionów dolarów na projekt kontrowersyjny; kraina wielkiego pieniądza nie lubi ryzyka.

Serialowa tematyka jest jednak nie tylko śmiała, jest także coraz bardziej dojrzała. Podczas gdy filmy pikują w kierunku poziomu intelektualnego „Power Rangers“, seriale zyskują powagę i dostojeństwo choćby „Ojca Chrzestnego“. Ich dynamika rozwoju jest porażająca – tej jesieni przewidziano kilkadziesiąt premier, z czego przynajmniej kilkanaście zapowiada się bardzo ciekawie. Znamienne są opinie uczestników tegorocznego Comic-Conu, którzy uczestniczyli w prezentacji pierwszego odcinka jednego z nowych produkcji – „Almost Human“.

Każdy z nich jak mantrę powtarzał, że pilot serialu jest bardzo filmowy – widać to w sposobie pokazywania ujęć, prowadzeniu kamery, a także w samej fabule.

Hybrydyzacja seriali widoczna jest jednak nie tylko w warstwie technicznej czy też fabularnej, zaczyna się pojawiać też na etapie prac koncepcyjnych. Widoczne jest to jak na dłoni np. w „Sherlocku“ – produkcja, w której na sezon składają się trzy 90-minutowe odcinki serialu, pasuje raczej do kina niż telewizji.

Kwestia dostosowania

Kino może nie jest skazane na zagładę, jednak w obliczu ekspansji wysokich jakościowo seriali, jako sztuka będzie się marginalizowało.

Filmy znalazły sobie niszę medium dla miłośników totalnego odrealnienia – z dużą ilością wybuchów, bez żadnej logiki, angażującego widza emocjonalnie w tej samej mierze, co surowy kartofel.

Problemem twórców filmowych jest też fakt, że coraz śmielej wykorzystując potencjał oferowany przez postęp technologiczny w swoich produkcjach, mentalnie wciąż tkwią w średniowieczu. Świadczy o tym choćby zawzięta wojna, którą od lat przegrywają z internetem. A im bardziej przegrywają i im łatwiej znaleźć filmy w sieci, tym bardziej wytwórnie i producenci betonują się w swoich postawach.

Producenci seriali są bardziej elastyczni i dostosowani do funkcjonowania na współczesnym rynku.

Zamiast na każdym kroku piętnować piractwo, nauczyli się jak je wykorzystać w celach promocyjnych. Twórcy „Game of Thrones“ kilka lat temu mówili, że odcinki, które wyciekały do internetu tylko napędzały popularność serialu, kreując na niego boom, nieosiągalny zwykłymi metodami promocji. O krok dalej poszła w tym roku stacja Showtime, z której „wyciekły“: pierwszy odcinek nowego sezonu „Homeland“ – miesiąc przed premierą, oraz pilot nowej produkcji stacji „Masters of sex“ – dwa tygodnie przed premierą. I wszyscy widzowie nagle poczuli się wyjątkowi, mogąc zobaczyć kopie przeznaczone „wyłącznie“ dla zarządu Showtime. Na lepszą promocję nie można by liczyć.

Dyskusja