Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Głośny powrót Blomkampa – recenzja „Elizjum”

Doskonale wiadomo, że każdy film ma swój dział marketingowy. Ludzie będący jego częścią, obierają tam w pewnym momencie ścieżkę, która ma doprowadzić do gigantycznego sukcesu ich produkcji. Jedni decydują się na taktykę „najlepsze science fiction na świecie” czy „tego jeszcze nie było”, a inni sięgają po zagrywkę typu „Film twórcy…”. W przypadku „Elizjum” bez wahania zastosowano drugą metodę, ponieważ jego reżyser, Neill Blomkamp, ma na koncie bardzo dobre science fiction, jakim był „Dystrykt 9”. Szkoda tylko, że nowa produkcja nie trzyma tego poziomu…

Akcja rozgrywa się w roku 2154. Najbogatsi mieszkańcy Ziemi wyemigrowali i osiedlili się na tytułowym Elizjum, czyli stacji kosmicznej wolnej od jakiegokolwiek zła tego świata.

Nie ma chorób, kradzieży, napadów z bronią w ręku, morderstw… Wszyscy żyją w szczęściu i rozpuście. Widzimy więc pewne podobieństwo między dwoma filmami Blomkampa. W końcu w „Dystrykcie 9” reżyser również założył, że przyszłość będzie polegała na odgrodzeniu którejś części społeczeństwa od reszty.

Ci, którzy nie mieli wystarczająco dużo pieniędzy, by pójść tą samą drogą, zostają na naszej planecie, gdzie ciężko pracują lub postanawiają zarabiać na życie nielegalnie. Ziemia jest bowiem w dużo gorszym stanie niż wygląda to aktualnie.

Max (Matt Damon) pracuje w fabryce. Ulega tragicznemu wypadkowi, w wyniku którego zostaje mu pięć dni życia. Nie mogąc się z tym pogodzić, postanawia polecieć na Elizjum i wyleczyć się z napromieniowania, gdzie taka operacja trwa kilkanaście sekund.

Zakończenia można się było domyśleć po piętnastu minutach oglądania, kiedy to poznajemy byłą ukochaną Maxa i jej malutką, chorą córeczkę. Ten aspekt nieco psuje odbiór filmu, ale najgorsze jeszcze nawet nie nadeszło…

Matt Damon gra w swoim własnym, tragicznym stylu. Nigdy nie brał się za porządne, ambitne produkcje, więc bardziej doświadczony widz zacznie już od niego wymagać wyłącznie tego, by swoich kwestii nie czytał z kartki. Nawet uczucie między Maxem a jego ukochaną nie należało do przekonujących. Reżyser chciał nieudolnie pokazać dawne zawiłości między tą parą. Te momenty należały niestety do tych bardziej nużących, za co trzeba winić głównie aktorów.

Na szczęście jeden aspekt „Elizjum”, wypada naprawdę znakomicie na tle całego filmu – są nim efekty specjalne. To one sprawiają, że widz nie ma ochoty wyjść z kina, ponieważ produkcję po prostu dobrze się ogląda. Gra aktorska jest drętwa, fabuła oklepana i przewidywalna, ale mimo to przyjemnie patrzy się na znakomicie wyreżyserowane zdjęcia.

„Elizjum” można polecić fanatykom science fiction, głównie ze względu na efekty specjalne i zdjęcia, które przyciągają uwagę na billboardach i nie pozwalają widzowi oderwać wzroku od ekranu. Dobre efekty są jednak spowodowane faktem, że na ten film wydano blisko cztery razy więcej niż na „Dystrykt 9”, czyli prawie sto dwadzieścia milionów dolarów.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja