Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Hile Rewolwerowcze, żegnaj Rewolwerowcze! – recenzja „So fell Lord Perth”

Zgodnie ze starym porzekadłem „wszystko, co dobre, kiedyś się kończy“. I tak Marvel, z bliżej nieokreślonych powodów, zakończył swoją 6-letnią przygodę z wydawaniem komiksów z serii „Mrocznej Wieży”. Ostatnim zeszytem, będącym jednocześnie kwintesencją całości, jak i kiepskim podsumowaniem, jest „So fell Lord Perth” („Tak upadł Lord Perth”).

Tematyczna bocznica

„So fell Lord Perth” jest, już oficjalnie, ostatnim zeszytem wydanym przez Marvela w uniwersum „Mrocznej Wieży”. Patrząc obiektywnie – zeszytem bardzo dobrym, jednak w kontekście zakończenia całej serii trochę rozczarowującym. „So fell Lord Perth” to jednoczęściowa opowieść o przygodach nie tyle Rolanda, co… Artura Elda. Ostatni rewolwerowiec owszem, pojawia się, ale wyłącznie jako narrator. Jest to mało zrozumiała konstrukcja – przy ostatniej instalacji dużej serii można by raczej spodziewać się zogniskowania uwagi przede wszystkim na głównym bohaterze. Tak się jednak nie stało.

Nastrojowa kwintesencja

Zeszyt, który Marvel zaserwował czytelnikom na pożegnanie, tematycznie porusza sprawy marginalne, jest za to (częściowo) kluczowy, jeżeli chodzi o atmosferę serii. Roland zapewnia umierającą po bitwie o Wzgórze Jerycho Aileen, że nawet tocząc walkę samemu, zwycięży ku chwale swoich poległych towarzyszy. Aby uwiarygodnić tę obietnicę opowiada historię swojego przodka – Artura Elda, który wiele lat wcześniej samotnie pokonał najeźdźców pod wodzą niesławnego lorda Pertha.

Roland, podobnie jak w całej książkowej sadze i komiksowej serii, kłamie, składając obietnice, których nie będzie w stanie wypełnić. Kiedy Aileen umiera, zostaje sam na sam ze swoimi demonami – zgorzkniały, opuszczony, ale nadal (a może dopiero teraz) desperacko poszukujący Mrocznej Wieży. Nawet po trupach przyjaciół.

Dzięki takiemu przedstawieniu sytuacji można uznać, że „So fell Lord Perth” doskonale oddaje charakter przygód Rewolwerowca. Jest jednak i druga strona medalu. Jest nią historia Artura – dająca nadzieję i wręcz epatująca optymizmem – będąca całkowitym przeciwieństwem przygód Rolanda.

Pożegnanie z przytupem

Opowieść wykorzystana w komiksie jest dość starannie dobrana – wiążąc zeszyt Marvela z książką Kinga. U Stephena Kinga Roland przedstawia historię Lorda Pertha Jake’owi, ku przestrodze przeciw nadmiernej dumie, u Robin Furth zaś opowiada dzieje Artura Aileen, chcąc dodać jej otuchy na łożu śmierci. Widać, że autorka scenariusza chciała pożegnać się z czytelnikami w wielkim stylu – wlewając w jeden zeszyt wszystkie nieopowiedziane historie ze Świata Pośredniego poprzez tą jedną, kwintesencjonalną opowieść. Patrząc z tej perspektywy, jej optymistyczny wydźwięk jest jak najbardziej adekwatny.
Tradycyjnie już, rysunki w komiksie „Mrocznej Wieży” są bez zarzutu. Żywe, agresywne kolory, w kombinacjach proponowanych przez Richarda Isanove’a są dosyć złowieszcze, doskonale ilustrując ponury klimat serii. Niektóre plansze, jak zwykle w przypadku tworów tego autora, można by oglądać jako samodzielne obrazy, odczuwając przy tym całą gamę uczuć.

Przykładem jest choćby ostatni, dwustronicowy, rysunek zeszytu – na boku umieszczono panel z Rolandem i martwą już Aileen, natomiast resztę stanowi obraz (inaczej się tego nazwać nie da) rewolwerowca spoglądającego na Mroczną Wieżę wyrastającą na środku Can'-Ka No Rey, odcinającą się na tle ostrych promieni zachodzącego słońca. Widok ten jest zarówno pełen nadziei, jak i złowieszczy – u niejednego czytelnika jest w stanie wywołać nagły atak dreszczy – zarówno podniecenia, jak i strachu.
Niedosyt

„So Fell Lord Perth” jest godnym zwieńczeniem komiksowej „Mrocznej Wieży”, po przeczytaniu zeszytu pozostaje jednak niedosyt. Tym większy, że po średnim „Evil Ground” ostatnia instalacja ze Świata Pośredniego jest doskonała – zarówno wizualnie, jak i fabularnie. Historia Rolanda nie doczeka się jednak komiksowego zamknięcia. Dobrze, że chociaż Stephen King pisząc książki, nie porzucił roboty w połowie.

P.S.
Kiedy Marvel zaczynał publikować „Mroczną Wieżę”, wszyscy przedstawiciele, wydawcy i autorzy zgodnie twierdzili, że komiks będzie jednorazowym złotym strzałem. Miał uzupełnić septalogię Stephena Kinga, opowiadając całą historię Rolanda sprzed wyruszenia w podróż.
Po publikacji „Bitwy o Wzgórze Jericho”, ku uciesze fanów, postanowiono jednak, że w wersji obrazkowej opowiedziana zostanie cała saga. Stąd też niezrozumiałe jest dlaczego, po adaptacji zaledwie pierwszej części, nagle podjęto decyzję o zakończeniu serii. F*** you, Marvel.

Dyskusja