Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Od romansu do przygody – recenzja „Dary Anioła: Miasto Kości”

Książek dla młodzieży (zwłaszcza dla nastolatek) o tajemniczym nieznajomym w którym zakochuje się główna bohaterka jest zatrzęsienie. Jedna z nich, pierwsza część serii „Dary Anioła” Cassandry Clare pt. „Miasto Kości”, została właśnie zekranizowana. Co akurat ta, z pozoru niezbyt wymagająca, historia, może zaoferować widzowi?

A wszystko zaczęło się od…

Główną bohaterkę Clary Fray (Lily Collins) poznajemy w momencie, kiedy akurat wpada w kłopoty. Normalne do tej pory życie dziewczyny, jakie prowadzi z matką-malarką i jej partnerem, zostaje… nawet nie obrócone do góry nogami.

Po prostu kończy się, jak odcięte ostrym nożem. Jednego dnia Clary chodzi na lekko nudnawe wieczorki poezji, a już kolejnego okazuje się, że wiedźmy, wampiry i wilkołaki naprawdę istnieją (tylko zombie nie, bo zombie nie ma). A jej dom zostaje prawie zrównany z ziemią przez tajemniczych napastników, których, co gorsza, normalni ludzie nie widzą.

Normalni ludzie nie widzą też Jace‘a Waylanda (w tej roli: Jamie Campbell Bower), który najwyraźniej wpadł w oko głównej bohaterce. Nieznajomy jest jednym z Nocnych Łowców – eksterminatorem demonów, które naprawdę istnieją i naprawdę zagrażają ludzkiemu światu, chociaż przyziemni, czyli normalni ludzie, nie zdają sobie z tego sprawy. Chłopak jest nieco sarkastyczny i zadziorny – nie sposób odmówić mu buntowniczego uroku i charyzmy. Pewnie wiele osób oglądających „Miasto Kości” z miejsca polubi Jace’a i jego cięty, trochę nieokrzesany dowcip.

Poza opisaną dwójką bohaterów, w filmie pojawia się jeszcze kilka innych postaci. Nocni Łowcy nie wybijają się specjalnie na pierwszy plan – w przeciwieństwie do książki, gdzie mieli większe znaczenie. Uwagę za to przykuwa postać granego przez Roberta Sheehana Simona. To przyjaciel Clary jeszcze z normalnego życia, który wraz z nią dowiaduje się o prawdziwej naturze rzeczy i otaczającego świata. Żywi on w stosunku do Clary głębsze uczucia, z których ona nie zdaje sobie oczywiście sprawy.

Trzonem fabuły jest poszukiwanie pradawnego artefaktu – kielicha, który jest anielskim darem. Dzięki niemu można powołać nowych Łowców, którzy są na wyginięciu. Gorzej, że ci źli chcą wykorzystać naczynie do własnych, wypaczonych celów. Pytanie więc, kto pierwszy go odnajdzie.

Romanse, romansami…

Jak można zauważyć, na tle przedstawionych wydarzeń: wielkiego zagrożenia dla świata, misji ratunkowej matki jak i chęci odnalezienia swojego prawdziwego „ja”, Clary będzie przeżywać jeszcze cała masę uczuć związanych z jednym nowym znajomym i drugim starym.

Na całe szczęście opera mydlana nie przytłoczy zbytnio dynamicznej strony scenariusza i nie zdominuje przesadnie przygody. Oczywiście pojawią się jedna czy dwie romantyczne sceny, ale mogło być zdecydowanie gorzej, czyli bardziej cukierkowo i mdło.

…ale przygoda nade wszystko

Na całe szczęście, w „Mieście Kości” otrzymujemy, co chyba najbardziej zaskakujące, porządną dawkę kina przygodowego. Mamy sporo pościgów, całą gamę wątków pobocznych, drugoplanowe ciekawe postacie (dla przykładu – maga Magnusa Bane’a), sporo walk – na różne rodzaje broni i całą masę niespodziewanych zwrotów akcji. Owszem, co bardziej wymagający widzowie mogą powiedzieć, że fabuła raz czy dwa jest nieco zbyt przewidywalna albo liniowa, a zagrania, które mają zaskakiwać są zapożyczone z innych filmów (np. „Star Wars” – „nie, to ja jestem Twoim….”), ale są to drobiazgi, na które można przymknąć oko.

Faktycznie jednak film wydaje się miksem pomysłów zapożyczonych z innych książek i filmów, bo oprócz wspomnianych Gwiezdnych Wojen, mamy tu analogię Hogwartu – tajemniczy Instytut, zbudowany w uderzająco podobnym – neogotyckim stylu etc, etc. Jest też oczywiście kilka innych podobieństw, nawet do nieszczęsnej sagi „Zmierzch”. Jednak jeśli przymknąć na to wszystko oko, historia okazuje się naprawdę niezła i wciągająca.

Film kontra książka

Oczywiście widzowie, którzy znali wcześniej książkę, mogą odczuć pewne niezadowolenie, wynikające głównie z wierności ekranizacji. Głównym zarzutem jaki zapewne postawi ta część widowni jest sekwencja scen. W pierwowzorze literackim dużo rzeczy następowało po sobie w zupełnie innym porządku niż w filmie.
Widz, który jednak nie miał jeszcze do czynienia z powieścią, nie zwróci na to, rzecz jasna, uwagi, więc nie będzie mu to przeszkadzać. Możliwe nawet, że całkiem sporej części widowni film przypadnie do gustu na tyle, że sięgną po papierowy oryginał, by sprawdzić jak to miało być w zamyśle autorki.

Części składowe filmu

Film zaskakuje również pod względem gry aktorskiej, która jest naprawdę niezła. Chociaż duża część obsady to ludzie raczej młodzi i z niewielkim doświadczeniem, to ich warsztat stoi na całkiem przyzwoitym poziomie.
Wyjątek w tym gronie nieznanych do tej pory nazwisk, stanowi Jared Harris, którego fani fantastyki kojarzą z roli Moriarty’ego w „Sherlock Holmes: Gra Cieni”. Aktor perfekcyjnie pokazał wewnętrzne rozterki granej przez siebie postaci, która ma duże wątpliwości natury moralnej i tego, wobec kogo być lojalnym.

Oprawa muzyczna, chociaż nie jest wybitna czy urzekająca, nie pozostawia też zbyt wiele do życzenia. Ot muzyka jest taka jaka powinna być – nie odciąga przesadnie uwagi od fabuły filmu, ale stanowi dobrze dobrane tło i podkreśla to, co się dzieje w danym momencie na ekranie.
Efekty specjalne, zwłaszcza te wygenerowane komputerowo, też stoją na przyzwoitym poziomie. Nie rażą sztucznością, chociaż nie rzucają też na kolana. Owszem, w pewnych momentach grafika komputerowa (np. w przypadku psiego demona) pozostawia nieco do życzenia, ale w dzisiejszych czasach większość filmów stawia tak duży nacisk na efekty specjalne, że w tym wypadku należy się cieszyć, że nie mamy przerostu formy nad treścią.

Oby przygoda trwała dalej

„Miasto Kości” jest łatwy, prosty i przyjemny, w dużej mierze bazując na książce, która też taka jest.

Równocześnie film jednak oferuje naprawdę niezły kawałek kina przygodowego. Pozostaje więc mieć nadzieje, że przyjdzie nam poznać dalsze losy bohaterów w adaptacjach kolejnych tomów serii „Dary Anioła”. W filmie nawet widzowie, którzy na co dzień stronią od romansów i „kobiecego kina” powinni znaleźć coś dla siebie.

P.S.
Na marginesie, w filmie warto zwrócić uwagę na pewne „mrugnięcie do widza” – kwestia wypowiadana przez Simona: „Czy ty jesteś strażnikiem kluczy, ja jestem klucznikiem”, nawiązuje rzecz jasna do filmu „Pogromcy Duchów”. Niby drobiazg, a powinien ucieszyć kinomaniaków.

Ocena: 4/5

Dyskusja