Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Quo Vadis Wolverine? – recenzja „Wolverine”

Stosunkowo niewiele filmów było tak rozreklamowanych w sieci jak „The Wolverine”. Prawie codziennie przez około trzy tygodnie, fani czekający na premierę mogli w Internecie zobaczyć nowe trailery, zdjęcia, spoty TV, czy wszelkiego rodzaju inne materiały promocyjne. Ale co jest w tym filmie tak wyjątkowego, oprócz tego, że jest adaptacją przygód jednego z najbardziej znanych bohaterów komiksów Marvela?

Kim jest i po co przybył?

Z filmu nie dowiemy się kim jest i po co przybył Wolverine, jeśli nie oglądaliśmy kinowej trylogii „X-men” lub nie czytaliśmy komików.

Nie ma genezy jego supermocy: czy to regeneracji ciała, przez co jest praktycznie nieśmiertelny, czy szponów ze stopu adamantium, dzięki którym może przeciąć prawie wszystko. Z jednej strony to dobrze, bo Logan, czyli Wolverine jest jedną z najbardziej tajemniczych postaci komiksowego uniwersum. Z drugiej strony widz, który nie zna całej tej otoczki, nie bardzo będzie wiedział o co chodzi.
Logana zastajemy z nieznanych widzowi powodów uwięzionego przez japońskich żołnierzy, pod sam koniec Drugiej Wojny Światowej. Jak szybko się możemy zorientować, jest to dzień zrzucenia bomby atomowej na Hiroshimę. Tylko dzięki swoim mocom mutanta, bohater przeżywa, a wraz z nim jeden z japońskich żołnierzy. To właśnie on będzie sprawcą całego zamieszania, w które Logan zostaje wplątany kilkadziesiąt lat później.

O co w sumie chodzi?

To właśnie ów japoński żołnierz, imieniem Yashida, cudownie ocalony przez Wolverine’a, po latach zaprasza go, w przeddzień swojej śmieci, by raz jeszcze zobaczyć swojego wybawcę i mu podziękować.

Już podczas pogrzebu wywiązuje się walka, sporo zamieszania i „bach”, córka i zarazem spadkobierczyni firmy dziadka, zostaje porwana. Szarmancki „buntownik bez wyboru” Logan rusza na pomoc.

Budowa prosta jak konstrukcja czołgu

Jak widać schemat filmu jest prosty i niewymagający. Co prawda trzyma się całkiem nieźle założeń komiksów, niektóre sceny nawet są żywcem przeniesione z kart historii obrazkowych (dla przykładu sam początek), ale cała reszta niestety szybko rozczarowuje.
Jest dziewczyna, którą trzeba ratować, są Ci źli, zarówno w charakterze mięsa armatniego, czyli ninja, jak i bardziej wysublimowani badassi: Viper i Silver Samuraj. Z tym drugim, będzie nawet wielka finałowa walka, która niestety może i jest kulminacją, ale możemy zapomnieć o spektakularnej bitwie.

Muzyka jest czy jej nie ma?

Generalnie sceny walk raczej rozczarowują niż wywołują okrzyki zachwytu. Dzieje się tak za sprawą muzyki, a raczej jej braku. Na dobrą sprawę w filmie nie ma motywu muzycznego, który zapadłby w pamięć.

Walki powinny mieć podkład muzyczny, szybsze tępo ścieżki dźwiękowej musi podkreślać dynamikę. Tak się jednak nie dzieje. Przez to sceny walk wydają się „suche” i pozbawione polotu. Zupełnie czego innego spodziewaliśmy się po legendarnym Wolverine.

Teatr jednego aktora

To właśnie Wolverine, a dokładniej Hugh Jackman, zdominował swoją osobą film. I nie dlatego, że aktor przyćmił inne postacie, chociaż i to prawda. Po prostu filmowy Logan jako jedyny jest taką postacią, jaką powinien być. Trochę nieokrzesany, ale honorowy i bohaterski. Skrywa niejedną tajemnicę oraz tragedię. Jackman jest wręcz stworzony do tej roli i nic dziwnego, że w tak wielu filmach o przygodach marvelowskich mutantów gra właśnie tę postać.

A ta pani tu po co?

W teorii druga najważniejsza postać to czerwono-włosa Japonka imieniem Yukio. Oprócz tego, że jej wygląd bardziej pasuje do nowomodnego centrum Tokio, niż do konserwatywnej firmy rodziny Yashida, to niewiele też wnosi do filmu. Pojawia się praktycznie w każdym zwiastunie, a w filmie tak naprawdę jej nie ma. Mogliśmy spodziewać się, że postać ta otrzyma ważniejszą funkcję niż po prostu być żeby być lub ciekawie wyglądać.
Największą antypatią większość widzów od razu obdarować może Viper.

I to nie dlatego, że to czarny charakter. Nawet nie dlatego, że jej postać, odtwarzana przez Swietłanę Chodczenkową gryzie się z komiksowym pierwowzorem. Chociaż i owszem, wina po części leży także po stronie aktorki, która nie zagrała zbyt przekonująco. Po prostu Viper jest irytująca i drażniąca.
Wprowadzono ją do filmu chyba z innych względów niż tylko po to, by raz, i to zupełnie bez sensu zrzuciła skórę jak wąż, od którego przybrała swój pseudonim. Owszem, odkryła słaby punkt głównego bohatera, ale z powodzeniem mógł to zrobić jakkolwiek inny złoczyńca.

Efekty ratują film

Oprócz gry aktorskiej Jackmana, jeszcze tylko efekty specjalne można zaliczyć do niewątpliwych plusów filmu. Stoją one na przyzwoitym poziomie, zarówno te które wykorzystano by stworzyć szpony Wolverine’a czy zbroje Silver Samuraja. Aż szkoda, że nie wykorzystano ich lepiej w scenach walk.

Rozliczenie z przeszłością

Jeśli porównać najnowszy film o przygodach Logana z poprzednim „solowym” projektem, czyli „Wolverine: Geneza” z 2009, to tegoroczny wypada o niebo a nawet dwa nieba lepiej. I nie chodzi tu nawet o to, że nowy film jest wybitnie dobry. Raczej o to, że wersja sprzed czterech lat wcale nie przypadła do gustu wielu miłośnikom Marvela.

Dokąd zmierzasz Rosomaku?

Można by zapytać, czy tak mocne reklamowanie filmu, nie odniosło odwrotnego skutku do zamierzonego. Trailery i zdjęcia eksponowały najlepsze fragmenty filmu, tak więc na seansie kinowym nie pozostało już prawie nic, co mogło by widza pozytywnie zaskoczyć. Zwłaszcza tych, którzy szli z nastawieniem na wielkie, epickie wydarzenie, a otrzymali kolejny film nakręcony według starych jak świat schematów.
Na szczęście, scena po napisach dobrze rokuje…o ile nie na następny film tylko o Wolverine, to przynajmniej nowej opowieści o X-men.

Ocena: 3/5

Dyskusja