Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Ceną była śmierć, za wolności smak – recenzja „Sierpniowe niebo – 63 dni chwały”

O powstaniu warszawskim napisano i powiedziano już bardzo wiele, a jednak nadal , ta jedna z najtragiczniejszych kart w dziejach naszego narodu, stanowi nie tylko przedmiot intensywnych badań i sporów historyków, ale także niewyczerpane źródło inspiracji dla twórców i artystów. „Sierpniowe niebo – 63 dni chwały” w reżyserii Ireneusza Dobrowolskiego, to kolejna próba podjęcia tego tematu na wielkim ekranie.

Wbrew temu, czego można by się spodziewać, początek filmu nie przenosi nas do sierpnia pamiętnego roku, ale rozgrywa się w czasach współczesnych.

Pracownicy budowy znajdują w ruinach przedwojennej kamienicy ludzkie szczątki oraz leżący nieopodal nich pamiętnik z czasów powstania warszawskiego. Kierownik budowy Milski staje przed trudnym dylematem. Zgłoszenie sprawy odpowiednim służbom spowodowałoby opóźnienie w budowie, straty inwestora, a on sam, będący w trudnej życiowej sytuacji, musiałby liczyć się z perspektywą utraty pracy. Przełożeni natomiast naciskają na niego, by zatuszował sprawę i nie hamował inwestycji.

Sceny osadzone we współczesności przeplatane są jednak tymi, których akcja toczy się podczas wojny. Jak nietrudno się domyślić, obserwujemy w nich losy kilkorga osób, podczas walk w Warszawie przebywających w piwnicy tej samej kamienicy, w której kilkadziesiąt lat później Milski znalazł szczątki i pamiętnik. Poznajemy również młodziutką sanitariuszkę Basię, jej najbliższą rodzinę, a także ukochanego Staszka – żołnierza AK biorącego udział w walkach o wolność stolicy. Młodzi polscy patrioci przystępują do nierównej walki z uzbrojonymi po zęby zbrodniarzami z Waffen SS.

„Sierpniowe niebo – 63 dni chwały” to film, który u wielu widzów wzbudzi niejednoznaczne uczucia. Z jednej strony trudno o bardziej szczerą, pełną autentycznych emocji produkcję poruszającą tematykę powstania. Oglądając najnowsze dzieło Dobrowolskiego łatwo odnieść wrażenie, że w zamierzeniu twórcy miało ono stanowić jednocześnie hołd dla bohaterów tamtych dni, jak i apel do współczesnych Polaków o pamięć i szacunek dla tych, którzy zapłacili życiem za to, byśmy dziś mogli żyć w wolnej i niepodległej Polsce. Niejednemu widzowi „Sierpniowe niebo…” wyda się nadmiernie nadęte, patetyczne, by nie rzec – bogoojczyźniane. Słowa takie jak: „Ojczyzna”, „Polska”, czy „wolność” odmienia się tu przez wszystkie przypadki. W dialogach często porusza się temat patriotyzmu i tego, jak należy go rozumieć, mówi się o walce do ostatniej kropli krwi, wreszcie o cenie, jaką Polsce przychodzi płacić za tak głęboko zakorzeniony w naszej kulturze i historii romantyzm. Widzowie reagujący na podobne kwestie alergicznie i odcinający się od podobnych postaw, nie wyjdą z seansu zachwyceni.

Bolączką „Sierpniowego nieba…” jest niestety scenariusz. O ile tematy, poruszane przez Dobrowolskiego nie tracą na aktualności, a wartości do jakich się odnosi są niezmiennie pożądane i cenione, to razi w tym wszystkim pewna rzemieślnicza nieporadność. Reżyserowi, będącemu zarazem scenarzystą, można wybaczyć fakt, iż postacie w zdecydowanej większości są jednowymiarowe: jednoznacznie pozytywne bądź negatywne. Po jednej stronie młodzi, waleczni, toczący honorowy, lecz nierówny bój powstańcy, po drugiej – esesmańscy zbrodniarze, istne bestie w ludzkiej skórze, wśród których zaledwie nieliczni zachowują człowiecze odruchy. Obraz to jasny i klarowny, a nade wszystko, zgodny z faktami. Historia, w której czarno na białym ukazano, po której ze stron leży dobro, po której zaś zło. Jest to rzecz niezwykle wartościowa w dobie relatywizacji, gdy Polakom próbuje się przykleić łatkę współwinnych Holokaustu, stopniowo umniejszając winy faktycznych prowodyrów tej wojny odpowiadających za śmierć i kaźnie milionów ludzkich istnień.

Niestety, choć scenariuszowi trudno odmówić wspomnianych atutów, posiada on kilka poważnych wad. Przede wszystkim, dialogi są często nienaturalne, nazbyt pompatyczne, których o wiele lepiej słuchałoby się w teatrze, niźli na kinowej sali. Nie brakuje i wątków zdradzających duży potencjał, jednak Dobrowolski nie wyeksploatował ich odpowiednio (wspomnieć można choćby o postaci pewnego volksdeutscha). Ponadto reżyser przedstawia nam całą historię w sposób nieco chaotyczny, zwłaszcza na początku filmu. Bywa, że sceny i dialogi urywają się w mało odpowiednich ku temu miejscach. Nie brakuje też scen do bólu banalnych i przewidywalnych, jak ta, w której jednemu z bohaterów zostaje wręczona łapówka – dość wspomnieć, że jest ona jednocześnie jedną z gorzej zagranych w filmie.

Pozostając przy temacie aktorstwa, trzeba powiedzieć, że jest ono bardzo nierówne. Na plus należy zaliczyć Dobrowolskiemu to, że zdecydował się zatrudnić do obsady kilkoro aktorów, dawno niewidzianych w głośniejszych filmowych produkcjach, bądź to z braku angaży, bądź z racji faktu, że na co dzień występują oni raczej na deskach teatru. „Sierpniowe niebo – 63 dni chwały” to także ostatni film, w którym – w roli profesora Szapiro – zdążył zagrać zmarły w 2011 roku, nieodżałowany Krzysztof Kolberger. W postać Milskiego wcielił się Łukasz Konopka, dobrze znany miłośnikom polskiego kina chociażby z „Rewersu”, czy serialu „Czas honoru”. Pomniejsze role odnotowali też Emilian Kamiński, jako dyrektor wstrzymanej warszawskiej inwestycji, a także jego małżonka Justyna Sieńczyłło.

Choć ostatni raz w pełnometrażowej produkcji wystąpiła aż siedem lat temu, to jako Tola – jedna z osób ukrywających się we wspominanej już warszawskiej kamienicy, udowodniła, że nie straciła nic ze swoich aktorskich umiejętności. Z kolei dla Kai Grabowskiej, odtwórczyni młodej sanitariuszki Basi, był to pierwszy występ na kinowym ekranie. Momentami można odnieść wrażenie, że także i ta młoda aktorka jest w swojej grze aż nazbyt teatralna: swoje kwestie wypowiada z przesadną wręcz starannością i nie zawsze radzi sobie z odgrywaniem poszczególnych emocji, co wydaje się typowym grzechem początkujących odtwórców. Nieco lepiej poradził sobie jej filmowy ukochany. Stasia zagrał Michał Sękiewicz i choć nie stworzył kreacji, po której mógłby się spodziewać dziesiątek nowych angaży, to do jego gry trudno mieć większe zastrzeżenia.

Bolączką „Sierpniowego nieba…” był stosunkowo niewielki budżet, jednak patrząc na wykonanie filmu, nie można powiedzieć, by był on szczególnie widoczny. Owszem, powtarzające się błędy w montażu na dłuższą metę okazują się bardziej niż irytujące, z drugiej strony, trudno narzekać na oprawę wizualną filmu. Widzów, udających się do kina w nadziei na zobaczenie spektakularnych scen batalistycznych, czeka oczywiście rozczarowanie, choć walk nie brakuje, nawet jeśli zrealizowane zostały ze stosunkowo niewielkim rozmachem.

Czarno-białe zdjęcia przeplatane archiwalnymi nagraniami, robią bardzo pozytywne wrażenie. Natomiast różnie można ustosunkować się do muzyki. Podkład do „Sierpniowego nieba…” to głównie utwory hiphopowej grupy „Hemp Gru”, która w swojej twórczości wielokrotnie odnosiła się do tematyki powstania. Z jednej strony, to jeden z wielu ukłonów reżysera w kierunku młodszej części publiki, z drugiej, trochę szkoda, że tak mało znalazło się w filmie utworów z epoki.

„Sierpniowe niebo – 63 dni chwały” na pewno nie jest filmem mogącym zaspokoić oczekiwania wszystkich widzów. Kluczowe wydaje się jednak, że sprostał nadziejom samych powstańców, którzy przyjęli go nad wyraz pozytywnie. Obraz Dobrowolskiego to hołd dla patriotów, przed laty walczących i ginących w imię wolnej, niepodległej Polski. Swoisty kinematograficzny pomnik, pełen rys i skaz, lecz bez wątpienia postawiony z potrzeby serca.

Ocena: 3/5

Dyskusja