Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Diabeł atakuje we śnie – recenzja „Wojownicy nocy”

Graham Masterton to pisarz o ogromnym i zróżnicowanym dorobku, choć największą sławę w naszym kraju zapewniły mu powieści grozy: pisane charakterystycznym, rozpoznawalnym stylem, z fabułami inspirowanymi legendami, tradycjami i dawno zapomnianymi wierzeniami, przesiąknięte mocną erotyką oraz złem, które przybiera w nich na ogół całkiem namacalną formę. Wszystko to fani Mastertona znajdą także w „Wojownikach nocy”, wznowionych właśnie nakładem wydawnictwa Rebis. A jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że książka ta, wydana w oryginale blisko trzydzieści lat temu, znacznie różni się od większości publikacji tego autora.

Pierwsze strony powieści sugerują czytelnikowi, że będzie miał do czynienia z rasowym, mrocznym horrorem. Troje przypadkowych, wydawałoby się, ludzi – Gil, Susan i Henry – dziwnym zbiegiem okoliczności spotyka się na plaży nad Pacyfikiem, gdzie znajdują zmasakrowane zwłoki młodej, pięknej kobiety. Nic nie wskazuje na samobójstwo, nie ma też śladów ewentualnego morderstwa, choć w rozprutym brzuchu ofiary kłębią się małe, oślizgłe węgorze. Kolejne dni przynoszą informacje o innych kobietach, które straciły życie w podobny sposób. Policja jest bezsilna, ale nie dopuszcza możliwości, że zgony te łączy jakiś nadnaturalny, wspólny mianownik.

Tymczasem krótko po emocjonującym wprowadzeniu i przedstawieniu kluczowych dla fabuły postaci, dowiadujemy się, że Gil, Susan i Henry spotkali się na plaży nie bez powodu. Tajemnicza istota, każącą nazywać się Springerem, oznajmia im, że są wybrańcami – Wojownikami Nocy – i tylko oni mogą uratować świat przed pradawnym złem, które właśnie usiłuje się odrodzić. Uświadomiwszy sobie wagę spoczywającego na nich obowiązku, Wojownicy Nocy podejmują się misji, od której powodzenia zależeć będzie przyszłość ludzkości.

Wszystko to brzmi z pewnością bardziej fantastycznie i niewiarygodnie, niż można by się tego spodziewać po Mastertonie. Istotnie bowiem, „Wojownicy nocy” to wbrew temu, na co wskazywałoby kilka pierwszych rozdziałów – horror bardzo nietypowy, a już na pewno nie z tych, które wzbudzałyby dreszcze na plecach czytelnika. Tutaj groza i motywy paranormalne spotykają elementy fantasy, czy nawet science-fiction. Główni bohaterowie decydują się podjąć nierówną walkę z samym diabłem, jednak batalię tę toczą we własnych snach, i to z użyciem iście futurystycznego, strzelającego wiązkami „mocy” oręża. Będąc złośliwym, można by powiedzieć, że to swoiste mastertonowe power rangers: waleczni bohaterowie, o zindywidualizowanych cechach i talentach, prowadzonych przez nieokreślonej płci mentora (Zordon?), w starciu z ciągle wyprzedzającym ich o krok rywalem. Akcji nie brakuje, fabuła pędzi dynamicznie, nie dając wytchnienia, choć więcej tu fantastyczności, aniżeli grozy. Czy to źle? Nie, świadczy to tylko o wszechstronności Mastertona i o tym, że potrafi się odnaleźć w rozmaitych gatunkach i klimatach. „Wojownicy Nocy” zapewniają mnóstwo lekkiej i niezobowiązującej rozrywki – pod warunkiem jednak, że zaakceptujemy wybraną przez niego konwencję.

Na plus Mastertonowi należy zaliczyć kreację bohaterów. To jeden z tych elementów powieści, do których brytyjski pisarz każdorazowo przykłada bardzo dużą wagę – nie inaczej jest tym razem. Każdą z wiodących postaci czytelnik ma okazję bardzo dokładnie poznać. Gil to typowy, przeżywający pierwsze miłostki amerykański młodzieniec, który marzy o czymś więcej, niż tylko przejęciu schedy po ojcu-sklepikarzu. Susan to młoda, osierocona dziewczyna, będąca pod opieką ultrakonserwatywnych dziadków. Henry natomiast jest dojrzałym mężczyzną, rozwodnikiem, z wykształcenia filozofem, zmagającym się jednak z chorobą alkoholową. Warto odnotować, że przebieg owych zmagań, kiedy to Henry walczy z samym sobą, by ponownie nie chwycić za butelkę, został przez Mastertona nakreślony w nad wyraz przekonujący sposób. Najsłabszym ogniwem wśród bohaterów okazuje się Lloyd Curran, dołączający w pewnym momencie do Wojowników Nocy czarnoskóry mężczyzna, pełen kompleksów ze względu na rasę, którą reprezentuje. Okazuje się kreacją zupełnie zbędną, sprawiającą wrażenie wepchniętej do fabuły na siłę.

Nie powinno też nikogo zdziwić, że w „Wojownikach nocy” znalazło się miejsce na mocne, erotyczne akcenty. Na ogół są to sceny seksualnej przemocy. Jest ich raptem kilka, jednak gwałty, dokonywane przez demony na Bogu ducha winnych kobietach opisane są w sposób bardzo drastyczny. Choć niewiasty hańbione są podczas snu, a obudziwszy się, pamiętają ledwie strzępki tego zdarzenia, przekonane, że doszło do niego na pograniczu snu i jawy, to owoce owych gwałtów w realnym życiu prowadzą do tragicznych skutków. Nie ma tu mowy o zmysłowej erotyce – sceny, w której piękne, młode kobiety przyjmują diabelskie nasienie z ciał obleśnych, kudłatych i rogatych monstrów, są wręcz jej skrajnym przeciwieństwem.

„Wojownicy Nocy” nie są może najlepszym dziełem w pisarskim dorobku Grahama Mastertona, lecz dla fanów twórczości tego pisarza i tak pozostają pozycją, z którą prędzej czy później trzeba się zapoznać. Nie ma tu strachu i mrocznego klimatu, stanowiących nieodłączny element wielu innych jego powieści. W zamian za to otrzymujemy wciągającą opowieść, okraszoną nutą psychodelii, elementami s-f i odwołującą się do poetyki snu. „Wojownicy nocy”, odkąd tylko po raz pierwszy ukazali się na polskim rynku, znaleźli zarówno wielu oddanych zwolenników, jak i antyfanów. O tym, po czyjej stronie leży słuszność, najlepiej przekonać się samemu, sięgając po książkę.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja