Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Egzystencjalizm fantastyczny – recenzja „Odtrutka na optymizm”

Peter Watts dotychczas był znany polskim czytelnikom głównie z pełnowymiarowych powieści – głośnego „Ślepowidzenia” i równie entuzjastycznie przyjętej „Trylogii Ryfterów” („Wir”, „Rozgwiazda”, „Behemot”), a krótkich form jego autorstwa można było szukać jedynie w okołofantastycznych czasopismach. Taki stan rzeczy zmieniło wydawnictwo Mag, zbierając w jednym miejscu wszystkie opowiadania, które Watts popełnił przez blisko 20 lat swojej pisarskiej kariery, do roku 2011. „Odtrutka na optymizm”, bo takim wspólnym tytułem zostały opatrzone, to zjawisko unikatowe w skali świata – w żadnym innym kraju nie ukazała się dotąd tak obszerna antologia wattsowych krótkich form.

Zbiór ten zawiera szesnaście tekstów różniących się czasem powstania, długością (od kilkustronicowych miniatur po przyzwoitej objętości popisy światotwórstwa) czy umiejscowieniem w czasoprzestrzeni (historie, które mogłyby przydarzyć się dziś, w świecie, który doskonale znamy sąsiadują z trwającymi miliony lat podróżami kosmicznymi), połączonych jednak czymś, czego sugestię zawiera w sobie sam tytuł – ciężką atmosferą towarzyszącą obnażaniu tego, co w ludziach ciemne, słabe oraz zwyczajnie złe i w żadnym razie nienapawające optymizmem.

Klamrą spinającą wiele z zamieszczonych tu tekstów jest także wyraźnie widoczna fascynacja Wattsa działaniem ludzkiego mózgu. Należy jednak zaznaczyć, że nie zajmują go nieznane jeszcze możliwości tego przedziwnego zlepka neuronów (choć znalazły się w „Odtrutce…” pojedyncze teksty właśnie na to kładące nacisk), a raczej jego najmroczniejsze zakątki, ograniczenia, ewolucyjnie zaprogramowane kierunki działania czy odzwierzęce pozostałości, których istnieniu tak chętnie zaprzeczamy. Watts bez oporów wskazuje na płaty skroniowe jako jedyne miejsce, w którym istnieje jakikolwiek bóg – produkt tych samych mechanizmów, które odpowiadają za pierwotny zwierzęcy strach. O ksenofobii mówi jako o czymś, co istnieje w ludzkich umysłach w sposób fraktalny – niezmienny względem skali. Podobnie jest z agresją – nie tylko wpisaną w ludzką naturę, ale wręcz niezbędną dla technologicznego rozwoju. Jak pisze sam autor:

„Narzędzia istnieją tylko w jednym celu: by wyginać wszechświat w nienaturalne kształty. Traktują naturę jak wroga, z definicji są buntem przeciwko zastanemu porządkowi rzeczy. W przyjaznych środowiskach technika rozwija się kulawo i żałośnie, nie rozkwita w kulturach spętanych wiarą w naturalną harmonię. Po co reaktory termojądrowe, skoro jedzenia jest pełno, a klimat przyjemny? Po co na siłę zmieniać świat, który niczym nam nie grozi”*

Zaznaczyć trzeba, że Watts bynajmniej nie zajmuje się w swych tekstach usprawiedliwianiem zachowań moralnie złych. Nie sili się nawet na ich ocenę. Przeciwnie – odzierając gadzi mózg każący dbać przede wszystkim o własne przetrwanie z ewolucyjnych i cywilizacyjnych naleciałości, ukazuje jak głęboko trzeba wejść, by móc takiej oceny dokonać.

Oprócz mózgu inspiruje Wattsa genetyka, fizyka kwantowa i mnogość odważnych naukowych teorii oraz odkryć, nie stroni od dziedzin humanistycznych, zgłębiając psychologię i motywacje swoich bohaterów, a nawet nawiązań czysto kulturowych (przykładowo „Drugie przyjście” Williama Butlera Yeatsa stanowiące fundament dla opowiadania „Betlejem”) czy wręcz popkulturowych (czytelnikom znającym film „Coś” i/lub jego literacki pierwowzór może się przydarzyć małe déjà vu podczas lektury „Cosi”). I wbrew temu, co mówi się o twórczości tego pisarza, naukowy sos, którym podlane są krótkie formy jego autorstwa, przy odpowiedniej dozie skupienia nie powinien stanowić nieprzekraczalnej bariery nawet dla zupełnych laików.

Właściwie wszystkie opowiadania zgromadzone w „Odtrutce na optymizm” są co najmniej dobre, lecz kilka z nich w szczególny sposób zasługuje, by zatrzymać się przy nich na dłużej. Otwierający zbiór „Nimbus” ze swoją intrygującą koncepcją inteligentnych chmur ukazuje człowieka jako istotę małą i bezsilną w obliczu potęg, których nie rozumie i które przewyższają go pod każdym chyba względem i już na progu wysysa z czytelnika cząstkę optymizmu. W „Drugim przyjściu Jasmine Fitzgerald” Watts przenosi do makroświata wnioski płynące z najsłynniejszego eksperymentu myślowego Schrödingera w sposób dość dosłowny i przy użyciu cokolwiek makabrycznych środków ukazuje reperkusje takiego stanu rzeczy. Mówi też trochę o stosunku mechaniki kwantowej do istnienia boga, a przy okazji (zresztą nie tylko w tym opowiadaniu) ukazuje trudności w znalezieniu płaszczyzny porozumienia pomiędzy naukowcem a „resztą świata”.

„Nowina dla pogan” to podróż w alternatywną przeszłość, do czasów panowania cesarza Konstantyna, kiedy to odkryto silny związek pomiędzy przeżyciami religijnymi a falami elektromagnetycznymi o odpowiedniej częstotliwości. W konsekwencji w wieku mniej więcej XIII odkrycie sprzed tysiąclecia zaowocowało technologiczno-neuroteologiczną antyutopią ukazującą chrześcijaństwo w krzywym zwierciadle, przy pomocy którego autor bez pardonu szydzi z pokrętnej logiki, jaką posługują się osoby religijnie zaangażowane i odważnie stawia znak równości pomiędzy duchowym natchnieniem a nowotworem mózgu.

„Jętka jednodniówka” jest przejmującą opowieścią o syntetycznym umyśle uwięzionym w ciele czterolatki i jednym ze zdecydowanie najcięższych w swym wydźwięku tekstów w zbiorze. Niewiele lżejsza „Wyspa”, nagrodzona Hugo w roku 2010, traktuje o kontakcie z inteligencją skrajnie obcą, o konflikcie pomiędzy człowiekiem a jego narzędziem, o niewyobrażalnie samotnej podróży trwającej miliardy lat. I wreszcie „Cosie”, rewelacyjnie wykorzystujące koncepcję zmiennokształtności, by ukazać ludzką rasę składającą się z indywidualnych jednostek „zamkniętych” w praktycznie niezmiennej formie jako kuriozum na skalę wszechświata, byt, który ze swoimi nikłymi zdolnościami adaptacyjnymi właściwie nie miał prawa wyewoluować i przetrwać.

Opowiadania Wattsa mają za zadanie przede wszystkim ukazywać pewną myśl, naświetlać koncepcję, szeroko pojęta „akcja” jest więc zepchnięta na dalszy plan, co niekoniecznie musi się podobać. Ambiwalentnych odczuć dostarcza też chronologiczny układ tekstów, z jednej strony pozwalający prześledzić rozwój pisarza, z drugiej jednak mogący czytelnika zniechęcić, gdyż najwcześniejszym nieco brakuje spektakularności i siły rażenia – to głównie fantastyka bliskiego jutra (czy nawet dnia wczorajszego), osadzona w znajomych ziemskich realiach, z ludzkimi bohaterami i rekwizytorium ograniczonym do minimum. Jednak od początku do końca Watts nie tylko nie stroni od podejmowania trudnych tematów, ale wręcz się w nich lubuje. Ukazuje problemy trapiące ludzkość od wieków, ale i dramaty zupełnie indywidualne, wyciąga na wierzch obawy, przełamuje tabu. A wszystko to w żadnym razie nie po to, by proponować rozwiązania. Stawia przed czytelnikiem lustro, ukazujące jego najbardziej pierwotne, głęboko skrywane oblicze i każe się z nim zmierzyć. Efekty tego starcia bywają zapewne skrajnie różne, jedno jest jednak pewne – Watts nie pozwala pozostać obojętnym, trwać w pozornym odcięciu od ciemnych aspektów człowieczeństwa.

* Cytat pochodzi z opowiadania „Ambasador”; „Odtrutka na optymizm” wydanie z roku 2013 (MAG), tłumaczenie: Wojciech M. Próchniewicz, strona 182.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja