Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Gdzie diabeł nie może, tam speca od efektów pośle – recenzja „Devil May Cry” (DVD 1)

Dante, pół człowiek – pół demon, jest kimś, z kim liczy się każdy szanujący się demon. Niezwykle silny, zadziorny blondyn z mieczem i dwoma pistoletami jest w stanie poradzić sobie z każdym potworem. Jego osiągnięcia sławne są nie tylko w świecie ludzi, ale również w zaświatach, skąd przybywają wszelkiego rodzaju ciemne siły.

Co gorsze, Dante utrzymuje się z zabijania i przepędzania sił nieczystych. Prowadzi agencję Devil May Cry, której zadaniem jest pozbywanie się wszelkiego rodzaju zagrożenia ponadnaturalnego.

Niestety, niekontrolowany charakter Dantego powoduje, że zlecenia częściej przynoszą straty niż korzyści finansowe. Nie dziwi to, gdyż prócz absolutnie niespodziewanych wybuchów, posiada on jeszcze jedną cechę charakteru przeszkadzającą w pracy jaką wykonuje – niestety jest dość głupi.

Mimo sugerowania przez twórców serialu, że jest poważnym dorosłym człowiekiem, zachowuje się jak rozwydrzone dziecko, które o własnych siłach nie miałoby szans żyć samodzielnie. W celu wytłumaczenia, w jaki sposób główny postrach demonicznego świata umie zadbać o jedzenie, posprzątać w domu czy wykonać podstawowe czynności życiowe, twórcy jako towarzystwo dali mu kilkuletnią dziewczynkę. Swoją karierę rozpocznie ona od przyozdobienia biura wojownika różowymi falbankami. To w sumie ma sens. Umysłowo upośledzony super silny wojownik i kilkuletnia dziewczynka żyjąca w obłokach (która właściwie nie wiadomo dlaczego po pierwszym odcinku została w domu bohatera), są gwarantem szybkiej akcji przewlekanej humorem rodem z podstawówki.

Wspaniały mroczny klimat wyposażony w „wielkie gały”, falbanki i spore ilości różu sprawiają, że widz z napięciem śledzi kolejne sceny, czekając, jak absurdalne i dziecinne okaże się zakończenie fabuły (oczywiście nigdy nie niosącej ze sobą jakiegokolwiek przesłania).

„Devil May Cry” jest idealną serią akcji – ani przez chwilkę nie zmusi widza do zbędnego wytężania głowy. Akcja zwalnia tylko po to, ażeby bohater miał okazję wygłosić swoje „kultowe” kwestie, lub po to, aby dać szansę na pojawienie się wielkich oczu i „maślanego” klimatu w postaci jego „pomocnicy”. Ciężko zatem zdecydować się, czy seria powinna być odbierana jako poważny horror, czy głupkowata komedyjka dla nastolatków – bo jako coś pośredniego nie sprawdza się wcale.

Grafika serii utrzymana jest na nieporównywalnie wyższym poziomie niż treść – jest całkiem przyzwoita i nieprzeładowana efektami komputerowymi.

Za wygląd postaci odpowiedzialny był Hisashi Abe – twórca postaci również do takich filmów jak „Vampire Hunter D: Żądza krwi” – czyli równie kiepskiego scenariuszowo, ale rewelacyjnego graficznie filmu.

Otrzymujemy zatem serię, której jedynym motywem przewodnim jest szybka akcja, a efekt całościowy jest psuty przez pseudo-zabawne sceny, które zamiast rozśmieszyć (ciekawe zresztą, po co rozśmieszać widza w przypadku horroru?), sprawiają, że dostaje on spazmatycznych drgań w kciuku spoczywającym na przycisku wyłącznika na pilocie. A szkoda, okładka obiecywała dziełko nawet średniej jakości.

Ocena: 2/5

Dyskusja