Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Likantropich wojen ciąg dalszy – recenzja „Underworld – Evolution”

Chociaż pierwszą część „Underworld” w reżyserii Lena Wisemana krytyka zmieszała z błotem, zarzucając jej drewniane aktorstwo i wtórność wobec dziesiątek podobnych, wampirzych produkcji, to film okazał się kasowym sukcesem, przynosząc zyski znacznie przekraczające wysokość budżetu. Nikogo, kto choć trochę zna zasady panujące w Hollywood, nie powinno zatem dziwić szybkie nakręcenie drugiej części. Czy jednak naprawiono w niej błędy poprzedniczki?

Osią fabuły pierwszej części był odwieczny konflikt pomiędzy wampirami a Lykanami, pod którą to nazwą kryją się doskonale znane miłośnikom fantastyki wilkołaki. Zgodnie z legendą, wojnę rozpoczęli dwaj nieśmiertelni synowie Alexandra Corvinusa.

Marcus, po ukąszeniu przez nietoperza, stał się wampirem, dając początek rasie dostojnych krwiopijców. William, ugryziony przez wilka, był pierwszym i najpotężniejszym spośród Lykanów. W 1202 roku wampiry, na czele z Viktorem, pojmały Williama i skazały go na wieczną niewolę. Kilkaset lat później, gdy Marcus budzi się z trwającego wieki letargu, usiłuje odnaleźć brata. Problem w tym, że jedyne wskazówki dotyczące miejsca jego pobytu zapisane są we wspomnieniach Selene. Stając się celem zarówno swoich pobratymców jak i wilkołaczych klanów, seksowna wampirzyca zmuszona jest walczyć o przetrwanie.

Jeśli ktoś oczekiwał, że prequel „Underworld” wzniesie ten cykl na znacznie wyższy poziom filmowego rzemiosła, może się zawieść. Tym niemniej w poszczególnych materiach da się zauważyć pewien progres. O ile pierwsza odsłona „Underworld” była zwyczajnie słaba i mało kto miał co do tego wątpliwości, tak o „Evolution” nie można powiedzieć tego samego. Obraz Wisemana ma wszystko to, co powinien posiadać typowy hollywoodzki film akcji s-f, którego ambicją nie jest zostać zapamiętanym przez widzów na długie lata, lecz dostarczyć im jak najwięcej efektownej rozrywki, producentom zaś – wielomilionowych dochodów. Jako taki „Underworld – Evolution” sprawdza się całkiem nieźle.

Przede wszystkim, wysoki poziom wykonania prezentują tu rozmaite technikalia. Sprawny montaż, efektowne zdjęcia i mroczna scenografia były już atutem pierwszej części i w „dwójce” nie ulega to zmianie. Niezgorzej wypada charakteryzacja, a przede wszystkim – efekty specjalne. W tych ostatnich dają się zauważyć wyraźne inspiracje „Matrixem”, choć zostały na tyle dobrze zrealizowane, że trudno zaliczyć to filmowi na minus. Sekwencje walk, pościgów i przemian w wilkołkaki, tudzież ujęcia zmian zachodzących w organizmach bohaterów (podobnie jak w pierwszej części, także w „Evolution” mamy ich kilka) zrealizowano z odpowiednim, jak na hollywoodzkie kino akcji, rozmachem. Intrygującą aparycję nadano głównemu złemu – choć i w tej materii można dostrzec inspiracje innymi produkcjami. Skrzydlate monstrum o zdeformowanej twarzy natychmiast przywodzi na myśl skojarzenia z potworem znanym z horroru „Smakosz”.

Obok „Underworld – Evolution” nie wolno przejść obojętnie, jeśli jest się fanem Kate Beckinsale. Film Wisemana to kolejna okazja do podziwiania zarówno jej ponadprzeciętnych aktorskich umiejętności, jak również wyjątkowej urody. W roli Selene ponownie wypadła zjawiskowo. Można tylko żałować, że wtórujący jej Scott Speedman, w roli Michaela Corvina, nie dorównuje talentem swojej koleżance z planu. Tak naprawdę, poza odtwórczynią głównej roli, na uwagę zasługuje tu jedynie Tony Curran, jako Marcus. Obdarzony niesamowitą charyzmą, rewelacyjnie ucharakteryzowany, jest dużo bardziej przekonującym czarnym charakterem niż te, które poznaliśmy w poprzedniej części.

Co jednak sprawia, że pomimo całkiem niezłego wykonania „Underworld – Evolution” nie wyróżnia się specjalnie na tle konkurentów? Winą należałoby obarczyć scenarzystów. Opowiedziana w filmie historia okazuje się wprawdzie bardziej absorbująca, niż miało to miejsce ostatnim razem, niemniej nie ustrzeżono się kilku wpadek. Występują pewne fabularne niekonsekwencje w stosunku do pierwszej części.

Ponadto, wątek miłosny sprawia wrażenie wplecionego na siłę, podobnie jak scena łóżkowa, która nie znajduje żadnego uzasadnienia, chyba że należy interpretować ją jako kolejny ukłon w stronę zagorzałych fanów Kate Beckinsale.

„Underworld – Evolution” nie jest filmem zdolnym wprawić w zachwyt jakiegokolwiek wymagającego miłośnika kina science-fiction. Tym niemniej na pewno przypadnie do gustu wszystkim tym, którym podobała się pierwsza część, gdyż jest od niej zwyczajnie pod wieloma względami lepszy. Ci natomiast, którzy pierwszym „Underworldem” się rozczarowali, nie powinni sięgać po kontynuację. Progres nie jest bowiem na tyle zauważalny, by zmienili oni zdanie na temat filmu Wisemana.

Ocena: 3.5/5

Dyskusja