Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Steven Erikson – „Myto ogarów” – fragment drugi

***
Wszyscy trzej uważali się za nowy rodzaj darudżystańskich rajców. Shardan Lim był z nich najchudszy i najwyższy, miał smagłą twarz, wyblakłe niebieskie oczy, haczykowaty nos i wąskie usta o wiecznie opadających kącikach, jakby nie potrafił ukryć pogardy dla świata. Mięśnie na lewym nadgarstku miał dwukrotnie grubsze niż na prawym, naznaczyły go też demonstrowane z dumą blizny. Patrzył w oczy Challice, jakby miał zamiar zapytać jej męża, czy pozwoli mu wkrótce z niej skorzystać. Czuła się, jakby zaciskał na jej gardle zimną dłoń właściciela. Po chwili jednak skierował wyblakłe oczy na coś innego i uśmiechnął się półgębkiem, sięgając po stojący na kominku kielich.
Hanut Orr stał naprzeciwko Shardana Lina, po drugiej stronie niemal całkowicie już wygasłego ognia. Głaskał długimi palcami starożytne tłuczki kamienne, z których zbudowano kominek. Dostarczał rozrywki połowie szlachetnie urodzonych kobiet w mieście, pod warunkiem, że były zamężne bądź też straciły dziewictwo w innych okolicznościach. Faktycznie stanowił bardzo atrakcyjne połączenie niebezpiecznego uroku z dominującą arogancją, które to cechy pozwalały mu uwodzić skądinąd inteligentne kobiety. Powszechnie wiedziano, że uwielbia, gdy kochanki padają przed nim na kolana, błagając o choć odrobinę jego uwagi.
Mąż Challice rozwalił się w swym ulubionym fotelu po lewej stronie Hanuta Orra. Rozprostował nogi, spoglądając z namysłem w głąb kielicha. Kręcił powoli dłonią i wino barwy błękitnej krwi wirowało ospale.
– Droga żono – odezwał się, przeciągając samogłoski w typowy dla siebie sposób – czy balkonowe powietrze cię odświeżyło?
– Wina? – zapytał Shardan Lim, unosząc brwi, jakby usługiwanie jej było dlań celem życia.
Czy mąż powinien się czuć urażony ledwie skrywaną lubieżnością, z jaką tak zwani przyjaciele spoglądali na jego żonę? Gorlas nie zwracał na to uwagi.
– Nie, dziękuję, rajco Lim. Chciałam tylko życzyć wam wszystkim dobrej nocy. Gorlas, długo tu jeszcze zostaniesz?
Nie oderwał wzroku od wina, poruszył tylko ustami, jakby po raz kolejny smakował ostatni łyk i przekonał się, że resztki są lekko kwaśne.
– Nie musisz na mnie czekać, żono.
Zerknęła mimo woli na Shardana i wyczytała w jego oczach wesołość oraz niedwuznaczne zapewnienie, że on nie potraktowałby jej tak lekceważąco.
Nagle zawładnęła nią mroczna przewrotność. Challice spojrzała mu prosto w oczy i odwzajemniła uśmiech.
Można z całą pewnością stwierdzić, że Gorlas Vidikas nie zauważył tej wymiany spojrzeń, Hanut Orr jednak ją dostrzegł i zareagował wesołością o bardziej gwałtownym, wzgardliwym charakterze.
Challice odwróciła się, czując się zbrukana.
Służąca ruszyła za nią po szerokich schodach i tylko ona widziała, jak sztywne są plecy zmierzającej do sypialni pani Vidikas.
Drzwi zamknęły się za nimi i Challice zrzuciła krótki płaszcz.
– Przynieś moją biżuterię – zażądała.
– Pani?
– Chcę zobaczyć swoją biżuterię! – wrzasnęła na staruszkę.
Kobieta pochyliła głowę i pobiegła wykonać polecenie.
– Tę starą! – zawołała za nią Challice. Z dawnych czasów, gdy była jeszcze niewiele więcej niż dzieckiem, zachwycającym się darami zalotników, łapówkami mającymi kupić jej uczucia, nadal jeszcze wilgotnymi od spoconych dłoni. Och, otwierało się przed nią wówczas tak wiele możliwości.
Przymrużyła powieki, stając przed toaletką.
No cóż, być może nie tylko wówczas. Czy to cokolwiek oznaczało? Czy jeszcze jej zależało?
Jej mąż miał, czego pragnął. Trzech pojedynkowiczów, twardych mężczyzn przemawiało zdecydowanym głosem na posiedzeniach Rady. Stał się teraz jednym z nich i to było wszystko, o co mu chodziło.
A co z tym, czego ona chciała?
Ale… czego właściwie chcę?
Nie miała pojęcia.
– Pani.
Challice się odwróciła.
Rozłożone na wytartej powierzchni toaletki skarby jej panieńskiego wieku wydawały się… tanie. Na sam widok błyskotek Challice poczuła się niedobrze.
– Schowaj je z powrotem do szkatułki – rozkazała służącej. – Jutro wszystkie sprzedamy.
***
Nie trzeba było zostawać w ogrodzie. Uwodzicielska gospodyni, wdowa Sepharla, zapadła w pijacki sen na marmurowej ławie. W jednej ręce nadal ściskała kielich, a głowę odchyliła do tyłu, rozdziawiając szeroko usta. W parnym, nocnym powietrzu niosło się głośne chrapanie. Nieudane przedsięwzięcie rozbawiło Murillia. Stał jeszcze nad nią przez pewien czas, popijając wino i radując się wonią kwiatów, gdy nagle usłyszał ciche kroki.
Uniósł wzrok i zobaczył córkę wdowy.
Tego również nie należało robić.
Była o połowę młodsza od niego, ale ten fakt nie czynił już jego zainteresowania niestosownym. Przekroczyła próg trzy, może cztery lata temu i zbliżała się do wieku, w którym mężczyzna nie potrafi ocenić, czy kobieta ma dwadzieścia, czy trzydzieści lat. Po przekroczeniu owego punktu wszystkie podobne oceny opierały się zresztą na złudzeniach i nie miały większego znaczenia.
Niewykluczone, że wypił za dużo wina. Wystarczająco wiele, by osłabiło ono jego determinację, pozwoliło mu zapomnieć, ile lat ma już za sobą, choć nieustannie przypominała mu o tym malejąca liczba pożądliwych spojrzeń, jakimi obrzucały go kobiety. Co prawda, można to było zwać doświadczeniem, umiejętnością zadowalania się kochankami potrafiącymi docenić podobne cechy. Niemniej umysł mężczyzny szybko przeskakuje od tego, jak sprawy mają się w rzeczywistości, do tego, jakimi chciałby je widzieć, albo – jeszcze gorzej – jak wyglądały w przeszłości. Jak brzmiało przysłowie, gdy chodzi o prawdę, każdy mężczyzna jest pojedynkowiczem zbroczonym krwią z dziesięciu tysięcy cięć.
Żadna z tych myśli nie przemknęła jednak przez głowę Murillia w chwili, gdy patrzył w oczy Delish, niezamężnej córki wdowy Sepharii. Doszedł później do wniosku, że to musiało być wino. Upał i parna atmosfera fety, słodki zapach kwiatów unoszący się w ciepłym, wilgotnym powietrzu. Fakt, że dziewczyna była prawie zupełnie naga, miała na sobie tylko koszulę z cienkiego jedwabiu. Jasnokasztanowe włosy obcięła niewiarygodnie krótko, co było ostatnio modne wśród młodych dziewcząt. Twarz miała białą jak śmietanka, usta pełne, a nos leciutko garbaty. Błyszczące piwne oczy były wielkie jak u żebrzącego na ulicy dziecka, ale nie trzymała w dłoniach pękniętej miseczki na monety. Jej potrzeby kierowały się gdzie indziej.
Uspokojony dobiegającym z marmurowej ławy chrapaniem – i przerażony własną ulgą – Murillio pokłonił się nisko.
– Zjawiłaś się w odpowiedniej chwili, moja droga – rzekł, prostując się. – Zastanawiałem się, jak mam zanieść twoją matkę do łóżka. Masz jakieś sugestie?
Pokręciła pięknie ukształtowaną głową.
– Przesypia tu większość nocy. Tak po prostu.
Jej głos był młody, ale nie brzmiał nosowo ani nie wydawał się zbyt wysoki, jak u bardzo wielu młodych dziewcząt w dzisiejszych czasach. Dlatego nie przypomniał mu o wielkiej różnicy wieku między nimi.
Och, spoglądając wstecz, popełnił tej nocy mnóstwo błędów!
– Nie wierzyła, że przyjmiesz jej zaproszenie – ciągnęła Delish, spoglądając w dół. Zrzuciła jeden sandał i dotykała go teraz delikatnie palcem stopy. – W końcu wszyscy cię pożądają. To znaczy, jako gościa. Zwłaszcza tej nocy.
Okazała się stanowczo za sprytna, podtrzymując w ten sposób jego osłabione ego.
– Czemu tu przyszłaś, moja droga? Z pewnością masz niezliczone zastępy zalotników, a wśród nich…
– Wśród nich nie ma nikogo, kogo można zwać mężczyzną.
Czy tym jednym lekceważącym zdaniem złamała tysiąc ogłupiałych od hormonów serc? Czy łóżka podskakiwały nagle w nocy, a stopy zrzucały przepocone kołdry? Murillio mógłby niemal w to uwierzyć.
– To dotyczy również Prelicka.
– Przepraszam, kogo?
– Zapijaczonego, durnego nicponia, który śpi teraz w holu. Przez całą noc potykał się o własny rapier. To było okropne.
Okropne. Tak, teraz rozumiem.
– Młodzi są skłonni do nadmiernego entuzjazmu – zauważył Murillio. – Nie wątpię, że biedny Prelick czekał na tę noc od tygodni, być może nawet od miesięcy. Dlatego uległ nerwowemu podnieceniu, wywołanemu bliskością twej pięknej osoby. Lituj się nad takimi młodzieńcami, Delish. Zasługują przynajmniej na to.
– Nie jestem zainteresowana litością, Murillio.
Nie powinna była wypowiadać jego imienia takim tonem. A on w ogóle nie powinien jej słuchać.
– Delish, czy potrafisz wysłuchać dziś rady kogoś takiego jak ja?
Dziewczyna skinęła głową, choć jej twarz wyrażała z trudem utrzymywaną cierpliwość.
– Wybieraj tych spokojnych. Nie tych, którzy się puszą i demonstrują nadmierną arogancję. Spokojnych i uważnych, Delish.
– Nie znam nikogo w tym rodzaju.
– Och, są tacy. Trzeba się tylko uważniej przyjrzeć, żeby ich zauważyć.
Zdjęła już oba sandały i zlekceważyła jego słowa machnięciem białej dłoni, przesuwając się ku niemu o krok. Uniosła wzrok, jakby nagle się zlękła, ale spoglądała mu w oczy zbyt długo, by mogła to być autentyczna bojaźliwość.
– Nie chcę cichych. Nie chcę tych, którzy potrzebują litości. Nie chcę… dzieci! Nie dzisiejszej nocy, Murillio. Nie pod tym księżycem.
Nagle znalazła się w jego ramionach. Miękkie, aż nazbyt chętne ciało okrywał tylko cienki jedwab. Miał wrażenie, że wpełza na niego niczym sylf. Pod tym księżycem? – pomyślał.
Niestety, był to jej ostatni poetyczny gest. Zaczęła zdzierać z niego ubranie, rozchyliła pełne, wilgotne usta, wysuwając język, i ugryzła go w wargi. Jedną ręką chwycił dziewczynę za pierś, a drugą sięgnął ku pośladkom, unosząc ją. Rozchyliła nogi i oplotła je wokół jego bioder. Usłyszał trzask sprzączki, gdy pas spadł na chodnik między jego butami.
Nie była wysoką kobietą. Nie ważyła zbyt wiele, ale miała zaskakująco dużo siły. Ujeżdżała go z takim zapałem, że przy każdym gwałtownym ruchu strzelało mu w krzyżu. W tym punkcie pogrążył się w typowej dla siebie obojętności, która zapewniała mu imponującą wytrzymałość. Poświęcił chwilę na to, by się upewnić, że z tyłu nadal słychać chrapanie. Ów donośny dźwięk natychmiast wydał mu się przepowiednią upadku, kapitulacji przed latami walki, z jakich składało się życie.
Tak właśnie kończą się dni nas wszystkich.
Ta chwila całkowicie pozbawiłaby go męskości, gdyby pozwolił jej trwać dłużej. Tymczasem Delish zaczynała już odczuwać zmęczenie. Jej westchnienia stawały się coraz szybsze i bardziej ochrypłe. Ciało dziewczyny ogarnęło drżenie i Murillio uległ wreszcie przyjemności – był już najwyższy czas – kończąc razem z nią z bezradnym westchnieniem.
Uczepiła się go. Czuł gwałtowne walenie jej serca. Postawił ją powoli na ziemi i odsunął się delikatnie.
Zważywszy wszystko razem, nie mogłoby być gorszej chwili, by ujrzeć błysk klingi przed oczyma. Murillia przeszył palący ból. Sztych wbił się w jego pierś, przechodząc na wylot, a pijany dureń trzymający broń zatoczył się do przodu, niemalże wpadając w ramiona ofiary.
Murillio osunął się na ziemię. Klinga wysunęła się z jego ciała z niechętnym mlaśnięciem.
Delish krzyknęła przeraźliwie. Twarz Prelicka rozbłysła triumfem.
– Ha! Giń, gwałcicielu!
Usłyszał kolejne kroki. Ich dźwięk dobiegał od strony domu. Ludzie krzyczeli. Oszołomiony Murillio dźwignął się z ziemi, podciągnął pantalony i zapiął pas. Jego żółtozieloną, jedwabną koszulę zbrukały purpurowe plamy. Miał na podbródku krew, wypływającą z ust razem z cichymi, charczącymi kaszlnięciami. Wyciągały się ku niemu ręce, ale odtrącił wszystkie i uciekł chwiejnym krokiem ku bramie.
Tak jest, żałował tego, co się stało, przepychając się przez obojętny tłum. Chwile jasności umysłu przeplatały się z okresami spowitymi mroczną, czerwoną mgiełką. Pamiętał, że stał wsparty ręką o kamienny mur i wypluwał strumienie krwi. Och, żałował bardzo wielu rzeczy.
Na szczęście, nie sądził, by musiał cierpieć długo.
***
Czy to nawyk, czy jakiś dziwaczny wybryk dziedziczności sprawiły, że z twarzy Plamy nigdy nie znikał wyraz zdumienia? Nie sposób było tego określić, ponieważ każde słowo wypowiadał tonem niedowierzania, jakby nie mógł być pewien tego, co zmysły mówią mu o świecie zewnętrznym, a myślom kołaczącym się we własnej głowie ufał w jeszcze mniejszym stopniu. Wytrzeszczał teraz oczy, gapiąc się na Leffa, i rozdziawiał szeroko usta, od czasu do czasu oblizując wargi. Leff ze swej strony przyglądał mu się z uwagą, jakby demonstrowany przez przyjaciela debilizm budził w nim chroniczną podejrzliwość.
– Nie będą na nas czekać wiecznie, Leff! Nie trzeba było tego podpisywać! Mówię ci, zwiejmy najbliższy statkiem. Do Dhavranu albo nawet nad morze! Czy nie masz kuzyna w Mengalu?
Leff zamrugał ospale.
– Ehe, Plama. Spędza w pace tak wiele czasu, że pozwolili mu umeblować własną celę. Chcesz mieć na głowie również i jego kłopoty? Poza tym, wtedy my też znaleźlibyśmy się na liście.
Na twarzy Plamy pojawiło się zdumienie pomieszane ze strachem. Mężczyzna odwrócił wzrok.
– Właśnie ta lista nas dobiła – wyszeptał. – Lista…
– Wiedzieliśmy, że to nie będzie łatwe – przerwał mu Leff, licząc, że może uda się go uspokoić. – Takie sprawy zawsze są trudne.
– Ale nikogo nie znaleźliśmy!
– Minął dopiero tydzień, Plama.
Nadszedł czas na ciche odkaszlnięcie, otarcie tłustego czoła jedwabną chusteczką i pełne namysłu pociągnięcie za rzadką bródkę.
– Panowie! – Ach, udało mu się przyciągnąć ich uwagę. – Spójrzcie na Harcowników, którzy wyszli na pole, i na Monetę Najemnika, lśniącą, jak zawsze lśnią złote wabiki… tu czy gdzie indziej, ale zwłaszcza tu. Kłykcie nadal spoczywają w spoconej dłoni zaskoczonego Plamy. Zbyt długo już ściska je nierzucone. Bez końca ciągnie się ta gra, gdy cierpliwy Kruppe przycupnął na krawędzi chwalebnego zwycięstwa!
Leff skrzywił się wściekle.
– Wcale nie wygrywasz, Kruppe! Przegrywasz, i to fatalnie, nawet jeśli masz Monetę. Zresztą na co ci się ona zda? Nie widzę na polu Najemnika, więc kogo nią opłacisz? Nikogo!
Uśmiechnięty grubasek rozparł się wygodniej na krześle.
Dzisiejszej nocy gospodę „Pod Feniksem” wypełniał hałaśliwy tłum. Z brudnych, zakurzonych ulic napływało do środka coraz więcej uradowanych pijaków. Kruppe rzecz jasna darzył ich wszystkich sympatią, jak przystało jego wspaniałomyślnej naturze.
Plama rzucił kłykcie i wbił spojrzenie w sześć kości zwiastujących jego klęskę.
Faktycznie ją zwiastowały. Kruppe ponownie pochylił się nad stolikiem.
– Ho, pojawiła się Prosta Droga. Spójrzcie, jak na pole maszeruje sześciu Najemników! Zabijają wszystkich na lewo i prawo! Jeden rzut kłykci i wszechświat się zmienił! Oto złowroga nauczka, drodzy towarzysze Kruppego. Gdy Moneta się odsłoni, prędzej czy później sięgnie po nią czyjaś ręka!
Praktycznie żaden rzut w Turze Rewanżowej nie mógłby uratować dwóch pechowych Królów i ich równie pechowych właścicieli, Plamy i Leffa. Leff warknął ze złością i przesunął ręką nad polem, rozrzucając bierki. W tym samym ruchu złapał Monetę i schowałby ją za pasem, gdyby Kruppe nie pokręcił głową i nie wyciągnął po nią pulchnej dłoni.
Leff zaklął pod nosem i upuścił Monetę w zagłębienie ręki grubaska.
– Łupieżca zgarnia zwycięstwo – oznajmił z uśmiechem Kruppe. – Niestety, dla biednych Plamy i Leffa ta Moneta to tylko drobny ułamek bogactw, jakie wpadną w ręce triumfującego Kruppego. Po dwie rady od każdego, tak?
– To nasza tygodniowa wypłata za tydzień, który jeszcze nie nadszedł – odparł Leff. – Będziemy twoimi dłużnikami, przyjacielu.
– To skandaliczny precedens! Niemniej jednak, Kruppe zdaje sobie sprawę, że nagłe odwrócenie się fortuny może zaskoczyć człowieka. To w pełni zrozumiałe, no bo w końcu jest nagłe. Dlatego, z uwagi na konieczność spędzenia tygodnia na szlachetnej pracy, Kruppe jest w stanie przesunąć o tydzień termin spłaty rzeczonego długu.
Plama wyprostował się z jękiem.
– Lista, Leff. Wróciliśmy do tej cholernej listy.
– Wielu jest tych, którzy uchylają się od spłaty – przyznał z westchnieniem grubasek. – A ci, którzy domagają się rekompensaty, są tak niecierpliwi, że sporządzili straszliwą listę. A za zmniejszenie liczby figurujących na niej imion wynagradzają hojnie tych, którzy zajmują się ściąganiem długów, tak?
Obaj mężczyźni wytrzeszczyli oczy. Mina Plamy sugerowała, że przed chwilą otrzymał potężny cios w głowę i nie odzyskał jeszcze w pełni przytomności. Leff skrzywił się ze złością.
– Ehe, chodzi o tę listę, Kruppe. Zgodziliśmy się przyjąć tę pracę, bo nie mieliśmy nic innego do roboty od chwili nagłego… zgonu Boca. A teraz wychodzi na to, że nasze imiona też mogą się na niej znaleźć!
– Nonsens! Czy raczej, Kruppe uściśla, owa groźba nie zawiśnie nad wami z powodu ewentualnego uchylenia się od spłaty długów, jakie u niego zaciągnęliście. Listy tego rodzaju są w istocie zgubne i zapewne dają efekt odwrotny od zamierzonego. Kruppe uważa sam fakt ich istnienia za godny ubolewania. Mądra rada brzmi tak, by nie przejmować się tym zanadto. Chyba że oczywiście termin spłaty szybko się zbliża, a w sakiewce nie ma nic poza kłaczkami. Kolejna sugestia, odnieście sukces w sprawie listy, odbierzcie należną nagrodę i natychmiast zgłoście się do Kruppego, by spłacić skromny dług. Alternatywą, niestety, byłoby zupełnie inne rozwiązanie.
– A jakie? – zapytał Leff, oblizując nerwowo wargi.
– Skromna pomoc Kruppego w sprawie rzeczonej listy, rzecz jasna. W zamian za maleńki udział.
– Jeśli dostaniesz działkę, pomożesz mam wytropić tych, którzy są na liście?
– Leżałoby to w najlepiej pojętym interesie Kruppego, z uwagi na dług, jaki u niego zaciągnęliście.
– Ile to miałoby być?
– Trzydzieści trzy procent, oczywiście.
– I to ma być skromny udział?
– Nie. Powiedziałem, że jest maleńki. Najdrożsi przyjaciele, czy znaleźliście chociaż jednego człowieka z tej listy?
Odpowiedziało mu ponure milczenie, choć Plama nadal miał lekko ogłupiałą minę.
– W całym Darudżystanie – zaczął grubasek, nadymając pierś tak bardzo, że aż zagroziło to dwóm ocalałym guzikom kamizelki – nie ma nikogo, kogo Kruppe nie potrafiłby odnaleźć.
Wypuścił powietrze i dzielne guziki zalśniły blaskiem zwycięstwa.
Nagle rozległy się krzyki. Pod drzwiami doszło do jakiegoś zamieszania. Meese zawołała Kruppego po imieniu.
Zaskoczony człowieczek wstał, ale widok nadal zasłaniali mu wyjątkowo wysocy goście. To było bardzo irytujące. Okrążył stolik i zaczął się przepychać do szynkwasu, dysząc i stękając. Irilta wciągała na kontuar zbroczonego krwią Murillia, rozrzucając przy tym kufle i kielichy.
– Ojej. – Kruppe spojrzał w oczy Meese i wyczytał z nich strach oraz niepokój. – Leć natychmiast po Colla.
Pobladła kobieta skinęła głową.
Tłum rozstąpił się przed nią. Jak mawiali Gadrobijczycy, nawet pijak pozna głupca. Goście mogli być pijani, ale żaden z nich nie był na tyle głupi, by stawać jej na drodze.
***
Miecz Wykałaczki leżał na stole, jego sztych zbrukała krzepnąca krew. Nerwusik położył obok swój krótki miecz o znacznie bardziej uwalanej krwią klindze. Ów oręż stanowił nieme wprowadzenie do improwizowanego zebrania.
Niebieska Perła usiadł u końca długiego stołu, walcząc z bólem głowy za pomocą kufla ale. Niewidka zajęła miejsce pod drzwiami. Opierała się o framugę, krzyżując ręce na piersi. Młotek usiadł na lewo od Napańczyka. Jego nerwowość zdradzało wyłącznie drżenie nogi. Kolano i udo mu się trzęsły, ale twarz nic nie wyrażała. Nie chciał patrzeć nikomu w oczy. Pod wystrzępionym gobelinem, pamiętającym czasy, gdy lokal był jeszcze świątynią, stał Duiker, ongiś historyk imperialny, a obecnie złamany starzec.
Szczerze mówiąc, Wykałaczka poczuła się nieco zaskoczona, gdy zgodził się przyjść na zebranie. Być może w popiołach jego duszy tlił się nadal płomyk ciekawości, choć Duiker sprawiał wrażenie bardziej zainteresowanego sceną wyobrażoną na wyblakłym gobelinie. Powietrzna flotylla smoków zbliżała się na niej do świątyni bardzo podobnej do tej, w której się znajdowali.
Nikt nie miał ochoty przemówić pierwszy. Typowe. To zadanie zawsze spadało pod jej stopy niczym ranna gołębica.
– Gildia Skrytobójców przyjęła kontrakt – zaczęła celowo brutalnym tonem. – Kto jest celem? W najlepszym przypadku ja, Nerwusik i Niebieska Perła, ale najprawdopodobniej wszyscy udziałowcy. – Przerwała, czekając na głosy sprzeciwu. Nie usłyszała żadnych. – Nerwusik, czy odrzuciliśmy jakąś ofertę zakupu lokalu?
– Wykałaczka – odparł Falarczyk identycznym tonem. – Nikt nigdy nie chciał go kupić.
– Znakomicie. A czy ktoś słyszał pogłoski o wskrzeszeniu starożytnego kultu K’rula? Może w mieście pojawił się jakiś wielki kapłan, który chciałby odzyskać świątynię?
Niebieska Perła skwitował tę sugestię pogardliwym prychnięciem.
– Co chciałeś nam w ten sposób powiedzieć? – zapytała kobieta, łypiąc nań ze złością.
– Nic – mruknął napański mag. – Nie słyszałem o nikim w tym rodzaju, Wykałaczka. Gdyby Ganoes Paran wrócił z miejsc, gdzie przebywa, mógłby nam udzielić pewnej odpowiedzi, nie sądzę jednak, by istniał jakiś kult pragnący nas stąd wykopać.
– Skąd wiesz? – zainteresował się Nerwusik. – Potrafiłbyś ich zwęszyć albo coś?
– Och, nie w tej chwili – poskarżył się Niebieska Perła. – Nie chcę już dziś więcej pytań. Mockra zrobiła mi z głowy miazgę. Nie znoszę tej groty.
– Chodzi o duchy – wyjaśnił Młotek dziwnie łagodnym głosem. Spojrzał na maga. – Mam rację? Nie szepczą nic, czego by nie szeptały od chwili, gdy się wprowadziliśmy. Słyszymy te same jęki i błagania o krew, co zawsze. – Przesunął spojrzenie na leżące na stole miecze. – Krew rozlaną tutaj, oczywiście. Przyniesiona z zewnątrz się nie liczy. Na szczęście.
– Postaraj się nie zacinać przy goleniu, Nerwusik – wtrąciła Niewidka.
– Na dole czasem zdarzają się bijatyki – zauważyła Wykałaczka, spoglądając z zasępioną miną na uzdrowiciela. – Chcesz powiedzieć, że to one karmiły te cholerne duchy?
Młotek wzruszył ramionami.
– Było tego za mało, żeby cokolwiek zmienić.
– Potrzebujemy nekromanty – skonkludował Niebieska Perła.
– Zbaczamy z tematu – oznajmiła Wykałaczka. – Przede wszystkim powinniśmy się martwić o ten cholerny kontrakt. Musimy się dowiedzieć, kto za nim stoi. Jak już się dowiemy, wrzucimy mu wstrząsacza przez okno sypialni i spokój. Trzeba opracować plan ataku – ciągnęła, omiatając spojrzeniem zebranych. – Zacznijmy od zgromadzenia informacji. Czy ktoś ma jakieś pomysły?
Odpowiedziała jej cisza.
Niewidka odsunęła się od drzwi.
– Ktoś idzie – oznajmiła.
Wszyscy już słyszeli głośne kroki. Ktoś wchodził po schodach, odprowadzany syczącymi sprzeciwami gości.
Nerwusik podniósł miecz ze stołu. Niebieska Perła wstał powoli i Wykałaczka poczuła woń budzących się czarów. Uniosła rękę.
– Zaczekajcie, do Kaptura.
Drzwi otworzyły się nagle.
Do środka wszedł wysoki, dobrze ubrany mężczyzna. Dyszał ciężko, a spojrzenie jego jasnoniebieskich oczu przesunęło się po twarzach wszystkich obecnych, zatrzymując się na Młotku. Uzdrowiciel wstał.
– Rajco Collu, co się stało?
– Potrzebuję twojej pomocy – oznajmił szlachetnie urodzony Daru. Wykałaczka słyszała w jego głosie niepokój. – Wielka Denul. Natychmiast.
Nim Młotek zdążył odpowiedzieć, Wykałaczka podeszła do mężczyzny.
– Rajco Collu, przyszedłeś tu sam?
Mężczyzna zmarszczył brwi, a potem wskazał za siebie.
– Z niewielką eskortą. Dwóch strażników. – Dopiero w tej chwili zauważył leżący na stole miecz. – Co tu się dzieje?
– Wykałaczka – odezwał się Młotek. – Wezmę Niebieską Perłę…
– To mi się nie podoba…
– Potrzebujemy informacji, tak? – przerwał jej uzdrowiciel. – Coll może nam pomóc. Poza tym z pewnością na początek rzucili przeciwko nam tylko jeden klan i już się z nim załatwiliście. Gildia potrzebuje czasu, by ponownie ocenić problem. Mamy co najmniej dobę.
Wykałaczka spojrzała na rajcę. Coll mógł nie wiedzieć, co się wydarzyło, ale usłyszał już wystarczająco wiele, by się domyślić.
– Ktoś najwyraźniej pragnie naszej śmierci – oznajmiła mu z westchnieniem. – Pewnie lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś się w tej chwili z nami nie zadawał…
Coll pokręcił jednak głową, ponownie wbijając spojrzenie w Młotka.
– Uzdrowicielu, proszę.
Młotek skinął głową do Niebieskiej Perły, który łypał nań spode łba.
– Prowadź, rajco. Pójdziemy z tobą.
***
…Znalazł Ossericka, swego wiernego sojusznika, z krwią na twarzy i pobitego do nieprzytomności. Anomander osunął się na kolana i przywołał Tysiąc Bogów, którzy spojrzeli na Ossericka i zobaczyli krew na jego twarzy. Ogarnięci litością, obudzili go i wstał.
I Anomander wstał również, i spojrzeli na siebie, Światło na Ciemność, Ciemność na Światło.
Anomanderem zawładnął gniew.
– Gdzie jest Draconnus? – zapytał wiernego sojusznika. Nim bowiem Anomander się oddalił, zły tyran Draconnus, Zabójca Eleintów, został własną ręką Anomandera pozbawiony przytomności, a twarz zbroczyła mu krew. Osserick, któremu powierzono zadanie pilnowania Draconnusa, osunął się na kolana i wezwał Tysiąc Bogów, by ich miłosierdzie osłoniło go przed furią Anomandera.
– Zostałem pokonany! – zawołał w odpowiedzi. – Siostra Złośliwość mnie zaskoczyła. Och, Tysiąc Bogów odwróciło spojrzenie, gdy jej cios pozbawił mnie przytomności. Spójrz, mam krew na twarzy!
– Pewnego dnia – poprzysiągł Anomander i przerodził się w ciemność straszliwej burzy, aż Osserick skulił się niczym słońce schowane za chmurą – nasz sojusz się skończy i ponownie zapanuje między nami wrogość, o Synu Światła, Dziecko Światła. Będziemy walczyć o każdy kawałek ziemi, każdy skrawek nieba, każde źródło ze słodką wodą. Stoczymy tysiąc bitew i nie będzie między nami litości. Ześlę cierpienia na twoją rodzinę, na twoje córki. Zakażę ich umysły Nieświadomą Ciemnością. Rozproszę je po nieznanych królestwach i w ich sercach nie będzie litości, albowiem między nimi a Tysiącem Bogów na zawsze zawiśnie chmura ciemności.
Taka była furia Anomandera, i choć był sam, Ciemność naprzeciwko Światła, wewnątrz jego dłoni zalegała słodycz, wspomnienie zdradzieckiego dotyku Pani Zawiści. Światło naprzeciwko Ciemności, Ciemność naprzeciwko Światła, dwaj mężczyźni, którzy stali się bronią w rękach dwóch sióstr, córek Draconnusa. Stali tak, niewidziani przez nikogo, i radowali się tym, co ujrzeli.
Ustalono, że Anomander ponownie wyruszy w pościg za złym tyranem, by unicestwić jego i jego przeklęty miecz, który jest ohydą w oczach Tysiąca Bogów i wszystkich, którzy przed nimi klękają. Osserick natomiast miał odnaleźć Złośliwość i wywrzeć na niej sprawiedliwą zemstę.
Jeśli zaś chodzi o przysięgę złożoną przez Anomandera, Osserick znał gniew, z którego się zrodziła, i w swoim czasie on również złożył przysięgę. Zapowiedział w niej, że będzie walczył, pojedynkował się, toczył bój o każdy kawałek ziemi, każdy skrawek nieba, każde źródło ze słodką wodą. Takie sprawy muszą jednak spoczywać na spokojnej ziemi niczym ziarno czekające na życie.
W końcu nadal stał przed nimi problem Draconnusa, a teraz również Złośliwości. Czyż Dzieci Tiam nie domagały się wymierzenia kary? Krew splamiła twarze zbyt wielu Eleintów i dlatego Anomander, i dlatego Osserick, podjęli się owych pamiętnych łowów.
Gdyby Eleintowie wiedzieli, co z tego wyniknie, odebraliby swe piorunowe tchnienie zarówno Anomanderowi, jak i Osserickowi. Nikt jednak nie mógł wówczas przewidzieć, co przyniesie los, i dlatego właśnie Tysiąc Bogów zapłakało…

Wielki alchemik Baruk potarł powieki i oparł się wygodniej. Podejrzewał, że oryginalna wersja tekstu znacznie się różniła od stylizowanego bełkotu, który czytał. Te staromodne, oklepane frazy wywodziły się z przejściowego wieku, gdy historycy próbowali ożywić dziedzictwo przekazywanych ustnie tekstów celem podkreślenia wiarygodności relacji naocznych świadków. Rezultat przyprawiał go o ból głowy.
Nigdy nie słyszał o Tysiącu Bogów. Wzmianki o tym panteonie nie można było znaleźć w żadnym kompendium poza Ciemnością i Światłem Dillat. Baruk podejrzewał, że autorka po prostu ich wymyśliła, co z kolei prowadziło do pytania, co jeszcze w książce było zmyślone?
Ponownie pochylił się nad woluminem, poprawił knot lampy i zaczął przerzucać kruszące się stronice, aż jego uwagę przyciągnął kolejny fragment.

W owych dniach wśród smoków trwała wojna. Wszyscy Pierworodni, poza jednym, ugięli karki przed ofertą K’rula. Ich dzieci – pozbawione wszystkiego, co miały odziedziczyć – pomknęły wielkimi chmurami ku niebu, opuszczając wieże, lecz nadal nie były zjednoczone w niczym poza odrzuceniem Pierworodnych. Pojawiły się wśród nich frakcje i na wszystkie Królestwa spadł czerwony deszcz. Szczęki zaciskały się na szyjach. Szpony rozpruwały brzuchy. Tchnienie chaosu oddzielało ciało od kości.
Anomander, Osserick i inni posmakowali już krwi Tiam, teraz zaś nadeszli kolejni, gnani gwałtownym pragnieniem. Z owego karmazynowego nektaru zrodziło się wiele demonicznych monstrów. Dopóki Bramy Starvald Demelain pozostawały otwarte, niestrzeżone i niekontrolowane przez nikogo, wojna nie mogła się skończyć i na wszystkie Królestwa padał czerwony deszcz.
Kurald Liosan była pierwszym królestwem, które zamknęło portal prowadzący do Starvald Demelain. Opowieść, która teraz nastąpi, mówi o rzezi, jakiej dopuścił się Osserick, oczyszczając swój świat ze wszystkich pretendentów i rywali, jednopochwyconych i zdziczałych Eleintów czystej krwi, a także przeganiając ze swej ziemi pierwszych d’iversów.
Wszystko to zaczęło się w chwili, gdy Osserick starł się z Anomanderem po raz szesnasty i obaj mieli krew na twarzach, nim wreszcie Kilmandaros, ta, która przemawia za pomocą pięści, podjęła się zadania rozdzielenia walczących…

Baruk uniósł wzrok, a potem obrócił się na krześle, by spojrzeć na gościa, który muskał sobie pióra na stole mapowym.
– Starucha, sprzeczności w tym tekście doprowadzają mnie do szału.
Ptaszysko uniosło głowę i otworzyło dziób, zaśmiawszy się krótko.
– Niby dlaczego? – zapytało. – Pokaż mi historyczne kroniki, które mają sens, a pokażesz mi czystą fikcję. Jeśli o nią ci chodzi, szukaj gdzie indziej! Mój pan zdecydował, że bzdury spisane przez Dillat będą świetnym dodatkiem do twojej kolekcji. Jeśli rzeczywiście czujesz się niezadowolony, ma w bibliotece mnóstwo innych głupot, i to tylko wśród ksiąg, które chciało mu się zabrać z Odprysku Księżyca. No wiesz, zostawił tam całe pokoje zapchane podobnymi śmieciami.
Baruk zamrugał powoli, starając się nie okazywać przerażenia.
– Nie, nie wiedziałem o tym.
Starucha nie dała się nabrać i skwitowała jego słowa chichotem.
– Mojego pana najbardziej rozśmieszyła wizja tego, jak padł na kolana i wezwał krzykiem Stu Bogów…
– Tysiąc. To jest Tysiąc Bogów.
– Wszystko jedno. – Wielki Kruk pochylił głowę i rozpostarł lekko skrzydła. – A także myśl, że poprzysiągł walczyć z Osserkiem. Ich sojusz rozpadł się z powodu narastającej wzajemnej antypatii. Klapa z Draconusem zapewne zadała mu śmiertelny cios. Wyobraź sobie, uległ podstępom kobiety, i to córki Draconusa! Dlaczego Osserc nawet nie podejrzewał, że jej motywy mogą nie być czyste? Ha! W każdym istniejącym gatunku samcy są okropnie… przewidywalni!
– O ile dobrze pamiętam Anomandarisa Rybaka, Pani Zawiść dokonała tej samej sztuki z twoim panem, Starucha – zauważył z uśmiechem Baruk.
– Ale on świetnie zdawał sobie sprawę z tego, co się dzieje – odparło ptaszysko, podkreślając swe słowa dziwacznym, gdaczącym dźwiękiem. – Mój pan zawsze zdawał sobie sprawę, że czasem konieczne są poświęcenia. – Starucha nastroszyła pióra barwy onyksu. – Pomyśl o rezultatach!
Baruk skrzywił się z niezadowoleniem.
– Jestem głodna! – zawołała Starucha.
– Nie skończyłem kolacji – poinformował ją mężczyzna. – Na tym talerzu…
– Wiem, wiem! Jak myślisz, dlaczego zgłodniałam? Zdumiewaj się moją cierpliwością, wielki alchemiku. Czytałeś i czytałeś bez końca.
– Jedz szybko, stara przyjaciółko, byś nie umarła z niedożywienia.
– Nigdy przedtem nie byłeś tak niedbałym gospodarzem – poskarżyło się ptaszysko. Wskoczyło na stół i nadziało na dziób kawałek mięsa. – Coś cię gnębi, wielki alchemiku.
– Wiele spraw. Rhivijczycy twierdzą, że Barghastowie z klanu Białych Twarzy zniknęli. Bez śladu.
– Zaiste – zgodziła się Starucha. – Zaraz po upadku Koralu i przejęciu władztwa przez Tiste Andii.
– Starucha, jesteś Wielkim Krukiem. Twoje dzieci unoszą się na wietrze i widzą wszystko.
– Być może.
– Dlaczego więc nie chcesz mi powiedzieć, dokąd odeszli?
– No cóż, jak ci wiadomo, Szare Miecze pomaszerowały na południe, do Elingarthu – odparło ptaszysko, okrążając krótkimi podskokami talerz. – A tam nabyły okręty. – Wielki Kruk przerwał i uniósł głowę. – Czy ujrzały ślad? Czy potrafiły za nim podążyć? A może pośrodku oceanu znajduje się wielka dziura wciągająca wszystkie statki w śmiertelną otchłań?
– Białe Twarze wyruszyły na morze? To nadzwyczajne. A Szare Miecze podążyły za nimi?
– Nic z tego nie ma znaczenia, wielki alchemiku.
– Znaczenia dla kogo?
– Dla twojego niepokoju, oczywiście. Zasypujesz pytaniami zmęczonego gościa, by na chwilę zapomnieć o zmartwieniach.
Od poprzedniej wizyty Staruchy minęły miesiące i Baruk doszedł z żalem do wniosku, że serdeczne stosunki łączące go z Synem Ciemności dobiegły końca, nie z powodu jakiegoś sporu, lecz chronicznego znudzenia typowego dla Tiste Andii. Opowiadano, że wieczny mrok panujący w Czarnym Koralu bardzo odpowiada jego mieszkańcom – zarówno Andii, jak i ludziom.
– Starucha, przekaż, proszę, swemu panu moje serdeczne podziękowania za niespodziewany, jakże hojny dar. Chciałbym go zapytać, jeśli nie jest to z mojej strony zbytnia śmiałość, czy ponownie rozważy złożoną przez naszą Radę oficjalną propozycję nawiązania stosunków dyplomatycznych między naszymi miastami. Delegaci czekają na jego zaproszenie i wyznaczono też odpowiednie miejsce pod budowę ambasady. To niedaleko stąd, w gruncie rzeczy.
– W posiadłości zniszczonej przez haniebny upadek jednopochwyconego demona – stwierdziła Starucha. Zrobiła sobie krótką przerwę na śmiech, po czym nadziała na dziób kolejny kąsek. – Brr, to jarzyna! Paskudztwo!
– W rzeczy samej, Starucha, chodzi o tę posiadłość. Jak już mówiłem, to niedaleko stąd.
– Pan rozważa rzeczoną prośbę i podejrzewam, że nadal będzie ją rozważał.
– Jak długo?
– Nie mam pojęcia.
– Czy coś go niepokoi?
Wielki Kruk, pochylony nad talerzem, uniósł głowę i przyglądał się Barukowi przez długą chwilę.
Wielki alchemik poczuł, że dopadają go lekkie mdłości. Odwrócił wzrok.
– A więc mam powody do obaw.
– Pan pyta: kiedy to się zacznie?
Baruk spojrzał na stos luźno oprawionych stronic, który był darem od Anomandera, i skinął głową. Nie odpowiedział jednak ani słowem.
– Pan pyta: czy potrzebujesz pomocy?
Wielki alchemik skrzywił się z niezadowoleniem.
– Pan pyta – ciągnęła nieustępliwa Starucha – czy rzeczona pomoc nie powinna być raczej potajemna niż oficjalna?
Bogowie na dole.
– Pan pyta: czy słodka Starucha powinna pozostać na noc jako gość Baruka, oczekując odpowiedzi na zadane pytania?
Coś zastukało do okna. Baruk wstał pośpiesznie i poszedł je otworzyć.
– Demon! – zawołało ptaszysko, rozpościerając lekko skrzydła.
– To jeden z moich – uspokoił je Baruk. Uchylił okno o żelaznych ramach i cofnął się o krok.
Odmrozin przecisnął się przez szparę, postękując z wysiłku.
– Panie Baruku! – pisnął. – Wyszła! Wyszła! Wyszła!
Wielki alchemik przed chwilą czuł się niedobrze, teraz jednak dreszcz przeniknął go aż do szpiku kości. Zamknął powoli okno i spojrzał na Wielkiego Kruka.
– Starucha, zaczęło się.
Demon zobaczył ptaka i obnażył ostre jak igły kły.
– Groteskowe monstrum!
Starucha zagroziła mu dziobem.
– Opasła ropucha!
– Uspokójcie się oboje! – warknął Baruk. – Starucha, tak, zostaniesz do rana jako mój gość. Odmrozin, znajdź sobie jakieś miejsce. Mam dla ciebie kolejne zadanie. Odszukam cię, gdy nadejdzie czas.
Przysadzisty demon pokazał Wielkiemu Krukowi rozwidlony język i poczłapał w stronę kominka. Wlazł na rozżarzone węgielki, a potem zniknął w kominie. W dół buchnęły kłęby czarnej sadzy.
Starucha się rozkasłała.
– Masz źle wychowanych służących, wielki alchemiku – poskarżyła się. Baruk jej jednak nie słuchał.
Wyszła.
Wyszła!
To słowo wypełniło swym brzmieniem jego umysł. Głośne niczym świątynny dzwon zagłuszyło wszystko inne, choć zdołał jeszcze pochwycić szybko cichnące echo.
…swego wiernego sojusznika, z krwią na twarzy i pobitego do nieprzytomności…

Dyskusja