Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Steven Erikson – „Myto ogarów” – fragment

PROLOG

Mów prawdę i czekaj spokojnie, aż wody między nami będą czyste.
Medytacje Tiste Andii

– Nie znam nazwy tego miasta – przyznał obdarty mężczyzna, pociągając za wystrzępione obrąbki bogatego ongiś płaszcza. Za pleciony pas zatknął sobie zwinięty kawałek skórzanej smyczy, zbutwiałej i rozlatującej się. – Ktoś chyba powinien mu ją nadać – ciągnął, podnosząc głos, by przekrzyczeć wściekłe warczenie walczących psów. – Mnie jednak nie dopisuje wyobraźnia, a nikt inny nie jest zainteresowany.
Te wygłoszone miłym tonem uwagi kierował do kobiety, która dopiero przed chwilą przystanęła u jego boku. Po jej poprzednim życiu pozostało bardzo niewiele śladów. Nigdy nie miała psa, a mimo to szła teraz główną ulicą tego dziwnego, rozpadającego się miasteczka, ściskając w rękach smycz ciągniętą przez złośliwe bydlę rzucające się na wszystkich przechodniów. Zbutwiała skóra w końcu puściła i zwierzę pomknęło przed siebie, by zaatakować psa mężczyzny.
Oba zwierzaki walczyły na śmierć i życie pośrodku ulicy. Jedynymi świadkami walki byli ich domniemani właściciele. Kurz ustąpił miejsca krwi oraz strzępkom skóry.
– Był tu ongiś garnizon, złożony z trzech żołnierzy, którzy nie znali się nawzajem – oznajmił mężczyzna. – Ale odeszli stąd, jeden po drugim.
– Nigdy przedtem nie miałam psa – odezwała się kobieta i nagle uświadomiła sobie, że to pierwsze słowa, jakie wypowiedziała od… no cóż, od tamtej chwili.
– Ja również nie – przyznał mężczyzna. – Do tej pory mój pies był jedynym w mieście, O dziwo, jakoś nie zdołałem polubić wrednego bydlaka.
– Jak długo już… hm, tu mieszkasz?
– Nie mam pojęcia, ale wydaje mi się, że od zawsze.
Rozejrzała się wokół, a potem skinęła głową.
– Ze mną jest tak samo.
– Niestety, twój zwierzak chyba zdechł.
– Och! Rzeczywiście. – Przyjrzała się z uwagą zerwanej smyczy. – W takim razie pewnie nie będę potrzebowała nowej.
– Nie bądź taka pewna – ostrzegł ją mężczyzna. – Mam wrażenie, że tu wszystko się powtarza. Dzień po dniu. Ale, wiesz co? Weź moją. Jak widzisz i tak jej nie używam.
Przyjęła od niego zwiniętą smycz.
– Dziękuję – powiedziała i podeszła do martwego, rozszarpanego zwierzęcia. Zwycięzca czołgał się ku swemu panu, zostawiając za sobą ślad krwi.
Wszystko wydawało się dziwnie wypaczone. Uświadomiła sobie, że to samo dotyczy jej odruchów. Przykucnęła i delikatnie uniosła zmasakrowany łeb psiska. Przesunęła go przez pętlę, wsuwając na rozdartą szyję. Potem położyła zakrwawioną, brudną od śliny głowę z powrotem na ziemi i wyprostowała się, ze smyczą luźno zwisającą z prawej dłoni.
Mężczyzna podszedł do niej.
– Trudno się w tym wszystkim połapać, co?
– Ehe.
– A myśleliśmy, że to życie jest skomplikowane.
Obrzuciła go spojrzeniem.
– To znaczy, że umarliśmy?
– Tak sądzę.
– Czegoś nie rozumiem. Mieli mnie pochować w krypcie. Była piękna i solidna. Wiem, bo ją widziałam. Bogato wyposażona i zabezpieczona przed złodziejami. Wypełniono ją beczułkami wina, suszonym mięsem i owocami na drogę. – Wskazała na spowijające ją łachmany. – Mieli mnie ubrać w najpiękniejsze szaty i włożyć całą biżuterię.
Przyjrzał się jej uważniej.
– To znaczy, że byłaś bogata.
– Tak.
Ponownie zerknęła na martwego psa.
– Ale to już przeszłość.
Łypnęła ze złością na mężczyznę, nagle jednak uświadomiła sobie, że gniew nic tu nie pomoże.
– Nigdy przedtem nie widziałam tego miasta. Całe się rozpada.
– Ehe. To trafne spostrzeżenie.
– Nie wiem, gdzie mieszkam… to dziwnie zabrzmiało, co? – Znowu się rozejrzała. – Wszędzie tylko kurz i zgnilizna. I chyba nadciąga burza.
Wskazała na widoczny na końcu głównej ulicy horyzont. Nad ogołoconymi wzgórzami zbierały się gęste, dziwnie rozświetlone chmury.
Przyglądali się im przez pewien czas. Wydawało się, że kapią z nich nefrytowe łzy.
– Byłem kiedyś kapłanem – odezwał się mężczyzna. Pies położył się na ziemi, wsparty o jego stopy. Dyszał ciężko, a z pyska kapała mu krew. – Kiedy zbliżała się burza, zamykaliśmy oczy i śpiewaliśmy jeszcze głośniej.
Popatrzyła nań z lekkim zaskoczeniem.
– Byłeś kapłanem? To… czemu nie jesteś u swego boga?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Gdybym znał odpowiedź na to pytanie, rzeczywiście zaznałbym oświecenia, w które ongiś bezpodstawnie wierzyłem. – Wyprostował się nagle. – Och, mamy gościa.
Wysoka istota zbliżała się urywanym krokiem. Była tak wysuszona, że jej kończyny przypominały korzenie drzew, kości twarzy zaś pokrywała zbutwiała, wyschnięta skóra. Z bladej, łuszczącej się skóry głowy opadały długie siwe włosy.
– Pewnie będę się musiała przyzwyczaić do takich widoków – mruknęła kobieta.
Jej towarzysz nie odezwał się ani słowem. Oboje z uwagą obserwowali wychudłego, utykającego przybysza. Kiedy ich minął, odwrócili się i zobaczyli następnego. Dorównywał wzrostem pierwszemu, a jego ciało spowijała wystrzępiona, ciemnoszara szata. Żaden nie zwracał uwagi na przyglądających im się ludzi.
– Witaj, Chodzący po Krawędzi – rzekł zakapturzony przybysz.
– Wezwałeś mnie tu, żebym… załagodził – odparł tamten.
– To prawda.
– Zajęło ci to sporo czasu.
– Można by tak pomyśleć, Chodzący po Krawędzi.
– Dlaczego teraz? – zapytał, unosząc głowę, siwowłosy mężczyzna, który z pewnością nie żył już od dawna.
Zakapturzony odwrócił się nieco. Kobieta pomyślała, że być może patrzy na martwego psa.
– Wstręt – wyjaśnił.
Chodzący po Krawędzi odpowiedział cichym, ochrypłym śmiechem.
– Co to za okropne miejsce? – dobiegł z zaułka kolejny, syczący głos.
Kobieta wypatrzyła tam sylwetkę – zamazaną plamę cienia – która robiła wrażenie wspartej na lasce. Wtem nowego przybysza otoczyły ogromne bestie: dwie, cztery, pięć.
Kapłan chrząknął.
– Ogary Cienia. Gdybyż tylko mój bóg mógł być tego świadkiem!
– Może patrzy na to twoimi oczyma?
– Och, wątpię w to.
Chodzący po Krawędzi i jego zakapturzony towarzysz skierowali spojrzenia na widmową postać. Była niska i migotliwa, ale potem nabrała solidniejszych kształtów. Czarna laska stukała o podłoże, wzbijając obłoczki kurzu. Ogary oddaliły się od niej z opuszczonymi łbami, węsząc. Żaden nie zbliżał się do ścierwa psa należącego do kobiety ani do żywego zwierzęcia, które ziajało u stóp jej nowego przyjaciela.
– Okropne? – powtórzył zakapturzony. – Pewnie masz rację. To coś w rodzaju nekropolii, Tronie Cienia. Wioska odrzuconych. Ponadczasowa i, tak jest, bezużyteczna. Takie miejsca można znaleźć wszędzie.
– Mów za siebie – sprzeciwił się Tron Cienia. – Tylko na nas spójrz. Czekamy. Wciąż czekamy. Och, gdybym tylko był zwolennikiem przyzwoitości i stosownego zachowania! – Zachichotał niespodziewanie. – Gdyby ktokolwiek z nas nim był!
Wszystkie Ogary wróciły nagle do niego. Jeżyły sierść, spoglądając na coś widocznego w oddali.
– Jeszcze jeden – wyszeptał kapłan. – Jeszcze jeden i, tak jest, ostatni.
– Czy to się powtórzy? – zapytała kobieta. Przeszył ją strach. Ktoś się zbliża. O bogowie, ktoś się zbliża. – Jutro? Odpowiedz mi!
– Myślę, że raczej nie – odparł po chwili kapłan. Przeniósł spojrzenie na martwego psa. – Nie – powtórzył. – Myślę, że nie.
Od wzgórz dobiegły dźwięki gromów i nefrytowego deszczu, gęstego jak strzały z dziesięciu tysięcy bitew. Na ulicy rozległ się łoskot kół karety.
Kobieta odwróciła się z uśmiechem, usłyszawszy ten ostatni odgłos.
– Och – rzekła z ulgą. – Nadjeżdża mój transport.
***
Był ongiś czarodziejem z Pale i desperacja doprowadziła go do zdrady. Anomandera Rake’a nic jednak nie obchodziła desperacja ani żadne inne usprawiedliwienia, jakie mogliby przedstawić Przekop i jego towarzysze. Karą za zdradzenie Syna Ciemności był pocałunek Dragnipura. Gdzieś w tłumie trudzących się w nieustannym mroku znalazłby znajome twarze, znajome oczy. Cóż jednak mógłby w nich wyczytać?
Tylko to, co kryło się w jego własnych. Desperacja to za mało.
Podobne myśli nawiedzały go rzadko i były gośćmi widzianymi równie niemile jak inne. Drwiły z niego, swobodnie się pojawiając i znikając. Kiedy nie było ich w pobliżu, być może unosiły się gdzieś pod obcymi niebami, na ciepłych wiatrach delikatnych jak śmiech. Tylko sam Przekop i ci, których widział wokół siebie, nie mogli uciec od tłustego błota, ostrych, czarnych kamieni, przebijających zbutwiałe podeszwy jego butów, i od morderczej wilgoci, z powodu której skórę pokrywała mu brudna, śliska warstewka, jakby cały świat dręczyła gorączka i zlewał pot. Od słabych krzyków, które zawsze wydawały się Przekopowi dziwnie odległe – a także od znacznie bliższego zgrzytu i chrzęstu potężnej konstrukcji z drewna i brązu oraz stłumionego pobrzękiwania łańcuchów.
Naprzód, ciągle naprzód. Ścigająca ich burza była coraz bliżej, chmury piętrzyły się wysoko, srebrzyste, skłębione, poprzeszywane wygiętymi włóczniami z żelaza. Z nieba zaczął się sypać popiół i od tej pory padał już bez przerwy. Jego drobiny były zimne jak płatki śniegu, ale popiół nie topniał, lecz pokrywał błoto warstwą szlaki i innych odpadów.
Choć Przekop był czarodziejem, nie należał do słabych i wątłych. Cechował się twardością, przywodzącą na myśl zbirów albo rzezimieszków, jakich znał w poprzednim życiu. Miał grube, kanciaste, toporne rysy twarzy. Był silnym mężczyzną, ale wcale mu to nie pomagało, gdy został przykuty łańcuchami do Brzemienia. Nie wewnątrz mrocznej duszy Dragnipura.
Wysiłek był nie do zniesienia, lecz mimo to jakoś go znosił. Droga przed nimi ciągnęła się bez końca, przywołując szaleństwo, ale on uczepił się zdrowych zmysłów, jak tonący chwyta się wystrzępionej liny, i wlókł się naprzód krok po kroku. Kończyny krwawiły mu od żelaznych okowów i nie mógł liczyć na wytchnienie. Po obu bokach widział pokryte błotem sylwetki towarzyszy. Dalej w mroku majaczył niezliczony tłum kolejnych.
Czy wspólna niedola mogła się stać źródłem pociechy? Już samo to pytanie wywoływało histeryczny śmiech, grożący zepchnięciem w otchłań szaleństwa. Z pewnością nie znajdzie w tym pocieszenia. Doprowadziły ich tu lekkomyślność, pech i uporczywa głupota, a te cechy nie sprzyjały braterstwu. Poza tym jego sąsiedzi zmieniali się co chwila, jeden nieszczęsny dureń zastępował drugiego w mrocznych tumanach popiołu.
Ciągnęli ze wszystkich sił łańcuchy, nie pozwalając Brzemieniu się zatrzymać. Ta koszmarna ucieczka nie zostawiała im czasu ani siły na rozmowy. Dlatego Przekop zignorował dłoń, która szturchnęła go w ramię raz, a potem drugi. Za trzecim razem uderzenie było jednak tak silne, że czarodziej się zachwiał. Zaklął, odwrócił się i spojrzał ze złością na tego, kto szedł teraz u jego boku.
Kiedyś, dawno temu, wzdrygnąłby się trwożnie na widok podobnej zjawy. Serce załomotałoby mu z przerażenia.
Demon był olbrzymi i masywnie zbudowany. Jego ongiś królewska krew nie zapewniała mu w Dragnipurze żadnych przywilejów. Przekop zauważył, że istota niesie upadłych, pokonanych. Co najmniej dwadzieścia ciał wlokło za sobą łańcuchy. Demon napinał mięśnie, brnąc z wysiłkiem naprzód. Wychudli, bezwładni nieszczęśnicy sterczeli spod jego pach, upakowani gęsto jak szczapy drewna na opał. Kobieta, która była nadal przytomna, choć jej głowa zwisała bezwładnie, siedziała na jego szerokich plecach niczym małpi noworodek. Jej szkliste spojrzenie padło na twarz czarodzieja.
– Ty durniu, rzuć ich na wóz! – warknął Przekop.
– Nie ma miejsca – odparł demon piskliwym, dziecięcym głosikiem.
Czarodziej nie miał już jednak w sobie więcej współczucia. Gdyby demon kierował się tylko własnym interesem, powinien porzucić upadłych, ale wtedy wszyscy odczuliby dodatkowy ciężar żałosnych ofiar. Co jednak się stanie, jeśli on również padnie? Jeśli zawiodą go nadzwyczajna siła i wola?
– Przeklęty głupiec! – warknął Przekop. – Czemu nie zabije kilku kolejnych smoków, do cholery?
– Słabniemy – oznajmił demon.
Przekop miał ochotę zawyć. Czyż to nie było oczywiste dla wszystkich? Drżący głos istoty był jednak tak smętny i zarazem pełen zdziwienia, że przeniknął aż do serca maga.
– Wiem, przyjacielu. Już niedługo.
– I co stanie się wtedy?
– Nie wiem – odparł Przekop, kręcąc głową.
– A kto wie?
Na to czarodziej również nie potrafił odpowiedzieć.
– Musimy znaleźć kogoś, kto wie – nie ustępował demon. – Pójdę już. Ale wrócę. Proszę, nie lituj się nade mną.
Szarość i czerń zawirowały nagle i miejsce u boku Przekopa zajęła jakaś przypominająca niedźwiedzia bestia, zbyt zmęczona i otępiała, by spróbować na niego skoczyć. Niektóre istoty nadal to robiły.
– Spędziłeś tu zbyt długi czas, przyjacielu – oznajmił jej Przekop.
Kto wie?
To było interesujące pytanie. Czy ktoś wiedział, co się stanie, gdy chaos ich dopędzi? Ktoś tu, w Dragnipurze?
Wkrótce po tym, jak zaznał pocałunku miecza, w przerwach między rozpaczliwymi próbami ucieczki i przeraźliwymi krzykami, zasypywał wszystkich pytaniami. Próbował się zwrócić do Ogara, ale zajęta szarpaniem łańcucha bestia omal go nie stratowała. Z jej potężnego pyska ciekła piana. Przekop już nigdy więcej jej nie widział.
Ktoś jednak mu odpowiedział, ktoś do niego przemówił. Mówił o… nie zapamiętał nic poza imieniem.
Draconus.
***
Podczas tej, ciągnącej się bez końca, przerwy w jej karierze była świadkiem wielu wydarzeń, nic jednak nie przyprawiło jej o większą frustrację niż ucieczka dwóch Ogarów Cienia. Nie godziło się, by ktoś taki, jak Apsal’ara, Pani Złodziei, kalał swą egzystencję haniebnym wysiłkiem, jakim było ciągnięcie łańcuchów przez całą wieczność. Z okowów należało się uwalniać, a od dźwigania brzemion sprytnie wykręcać.
Już od chwili, gdy zjawiła się nagle w tym miejscu, skupiła się na zadaniu zerwania łańcuchów więżących ją w tym straszliwym królestwie. Było to jednak niemal niemożliwe, dopóki była zmuszona ciągnąć ten przeklęty wóz. Nie miała też najmniejszej ochoty ponownie oglądać koszmarnego korowodu na samym końcu łańcuchów: pokaleczonych ochłapów nadal żywego mięsa wleczonych po błotnistym gruncie, nagle otwierających się oczu, kikutów wyciągających się ku niej rozpaczliwie, straszliwej armii pokonanych – tych, którzy się poddali, i tych, którym zabrakło sił.
Nie, Apsal’ara przesuwała się stopniowo w stronę olbrzymiego wozu, aż wreszcie znalazła się obok jednego z potężnych, drewnianych kół. Potem zwolniła kroku i zajęła pozycję tuż za kołem. Następnie przesunęła się ku środkowi, pod poskrzypujące łoże wozu i deszcz brązowej wody, krwi oraz wydalin kapiący nieustannie z gnijących, ale wciąż żywych ciał. Wlokąc za sobą łańcuch, przesunęła się do półki podwozia, tuż nad przednią osią, a wreszcie wcisnęła się w ciasną szczelinę, podciągając nogi i opierając się plecami o śliskie drewno.
Ogień był darem, skradzionym darem, ale w tym wilgotnym, podziemnym świecie nie sposób go było rozpalić. Pozostało jej jedynie… tarcie. Zaczęła pocierać o siebie dwa kawałki łańcucha.
Ile już lat minęło? Nie miała pojęcia. Nie znała tu głodu ani pragnienia. Łańcuch przesuwał się w przód i w tył. Poczuła ciepło, przesuwające się ogniwo po ogniwie, aż wreszcie wniknęło w jej dłonie. Czy żelazo zmiękło? Czy pojawiły się na nim srebrzyste wyżłobienia? Dawno już przestała to sprawdzać. Wystarczał jej sam wysiłek. Wystarczał jej przez bardzo długi czas.
Ale wszystko zmieniły te cholerne Ogary.
A także oczywisty fakt, że wóz posuwał się coraz wolniej, a tych, którzy leżeli na nim, było tyle samo, co tych, którzy nadal ciągnęli uparcie za łańcuchy. Tuż nad jej głową było słychać rozpaczliwe jęki nieszczęśników przygniecionych ciałami niezliczonych towarzyszy.
Ogary uderzyły o boki wozu i zniknęły w paszczy ciemności pośrodku.
Był też nieznajomy, który nie nosił łańcuchów. Drwił z Ogarów… z Ogarów! Pamiętała jego twarz, och, tak, twarz, nawet gdy już zniknął.
Apsal’ara spróbowała podążyć za bestiami, ale powstrzymał ją straszliwy chłód bijący z portalu. Był tak porażający, że niszczył ciało, zimniejszy niż sama Omtose Phellack. Chłód zaprzeczenia. Odmowy.
Nie było straszliwszej klątwy niż nadzieja. Mniej warta istota rozpłakałaby się w owej chwili, dałaby za wygraną, rzuciła się pod jedno z kół, by wóz powlókł ją za sobą jako kolejny ochłap krwawiącego mięsa i połamanych kości, podskakujący w kamienistym błocie. Ona jednak wróciła na swą grzędę i znowu zaczęła pocierać łańcuchy.
Kiedyś ukradła księżyc.
Ukradła ogień.
Chodziła po milczących salach o łukowatych sklepieniach, w mieście wewnątrz Odprysku Księżyca.
Była Panią Złodziei.
A miecz ukradł jej życie.
Tak nie może być. Tak nie może być.
***
Leżący jak zwykle na płaskim głazie przy brzegu strumienia sparszywiały pies o uszkodzonym biodrze uniósł raptem głowę. Owady zerwały się z bzyczeniem do lotu. Po chwili zwierzę wstało. Grzbiet pokrywały mu blizny, niektóre tak głębokie, że docierały aż do mięśni. Pies żył w wiosce, ale nie był jej częścią. Nie wchodził też w skład wioskowej sfory. Nie spał przed wejściem do żadnej z chat, nikomu nie pozwalał się do siebie zbliżać. Unikały go nawet będące własnością plemienia konie.
Wszyscy się zgadzali, że w jego oczach widać głęboką gorycz i jeszcze głębszy smutek. Starcy Urydów mówili, że dotknęli go bogowie. Dzięki tym słowom zwierzę nigdy nie zaznało głodu i nikt też go nie odpędzał. Tolerowano je, jak wszystko, co zaznało boskiego dotyku.
Choć pies miał zniekształcone biodro, poruszał się zaskakująco zwinnie. Przemierzył truchtem całą przecinającą wioskę drogę, minął południową granicę osady i podążał dalej w dół zbocza, omijając omszałe głazy oraz pozostawione przez Urydów sterty kości.
Jego odejście nie umknęło uwagi dwóch dziewcząt, które nadal dzielił co najmniej rok od nocy przejścia w dorosłość. Ich twarze były podobne, wiekiem również nie odbiegały zbytnio od siebie. Jedna urodziła się zaledwie kilka dni po drugiej. Nie były też zbyt rozmowne. Połączyła je ze sobą chęć zachowania milczenia – wspólne cechy często zdarzają się u bliźniaczek, jakimi przecież nie były. Wydawało się, że to im wystarcza. Gdy ujrzały, że utykający pies opuszcza wieś, wymieniły spojrzenia, zebrały zapasy i broń, jakie miały pod ręką, i ruszyły w ślad za zwierzęciem.
Mieszkańcy zauważyli ich odejście, ale to wszystko.
Zmierzały na południe, schodząc z wysokich, rodzinnych gór, gdzie wokół szczytów krążyły kondory, a wilki wyciem witały nadejście zimowych wichrów.
Na południe, ku ziemiom znienawidzonych nathijskich dzieci, gdzie mieszkali ci, którzy przynosili Teblorom wojnę i zarazę, zabijając ich albo obracając w niewolników. Nathijczycy mnożyli się niczym lemingi, wydawało się, że wkrótce na świecie nie będzie miejsca dla nikogo poza nimi.
Podobnie jak kulawy pies, dziewczęta były śmiałe i nieustraszone. Choć o tym nie wiedziały, odziedziczyły te cechy po ojcu, którego nie znały.
Pies nie oglądał się za siebie, a kiedy go dogoniły, zachował obojętność. Jak mówili starsi, dotknęli go bogowie.
W wiosce matce i córce opowiedziano o ucieczce ich dzieci. Córka płakała, ale matka nie. Poczuła nisko w ciele nagłe ciepło i na chwilę pogrążyła się we wspomnieniach.
***
– Och, bezbronne miasto, do którego przybywają obcy…
Pusta równina pod pustym, nocnym niebem. Samotne ognisko, płonące tak słabo, że jego blask niemal całkowicie niknął za pierścieniem poczerniałych, spękanych głazów, który je otaczał. Na jednym z płaskich kamieni blisko ognia siedział niski, pękaty człowieczek o rzadkich, przetłuszczonych włosach. Wyblakłą, czerwoną kamizelkę włożył na lnianą koszulę o brudnych, ongiś białych mankietach, z których wystawały pulchne dłonie. Pyzata, rumiana twarz błyszczała w świetle płomieni. Z małego, wystającego podbródka wyrastał kosmyk czarnych włosów – niestety, jeszcze za krótki, by można go było spleść w warkocz. Mężczyzna głaskał się po tej nowej ozdobie albo pociągał za nią, gdy tylko pogrążył się w głębokim – bądź nawet płytkim – zamyśleniu. W gruncie rzeczy, robił to także wtedy, gdy w ogóle nie myślał, a jedynie starał się wywrzeć takie wrażenie na ewentualnych obserwatorach.
Teraz również głaskał i pociągał kosmyk, wpatrując się z uwagą w ogień.
Jak brzmiały słowa, które wyśpiewał dziś wieczór siwowłosy bard, na niewielkiej scenie w Barze K’rula? Słuchał go wówczas ze spokojem, zadowolony ze swego miejsca we wspaniałym grodzie, który nieraz już uratował.
„Och, bezbronne miasto, do którego przybywają obcy…”.
– Muszę ci coś powiedzieć, Kruppe.
Pękaty mężczyzna obejrzał się i zobaczył zakapturzoną postać, która siedziała na drugim płaskim kamieniu, wyciągając ku ognisku chude, blade dłonie. Grubasek odchrząknął.
– Minęło już wiele czasu, odkąd Kruppe ostatnio siedział w miejscu, w którym widzisz go teraz. Dlatego też, gdy tylko się tu znalazł, doszedł do wniosku, że chcesz mu przekazać coś tak straszliwie ważnego, że tylko Kruppe jest godny to usłyszeć.
W ciemności pod kapturem coś błysnęło.
– Nie biorę udziału w tej wojnie.
Kruppe pogłaskał mizerne kosmyki brody, zachwycając się własnym milczeniem.
– Dziwi cię to? – zapytał pradawny bóg.
– Kruppe zawsze spodziewa się niespodzianek, stary przyjacielu. Jak mogłeś się spodziewać, że jest inaczej? Kruppe jest wstrząśnięty. Ale zjawia się myśl, popchnięta w stronę mózgu przez szarpnięcie za tę wspaniałą brodę. K’rul oznajmia, że nie bierze udziału w tej wojnie. Kruppe podejrzewa jednak, że ma on się stać w niej łupem.
– Tylko ty to rozumiesz, przyjacielu – rzekł z westchnieniem pradawny bóg. Uniósł głowę. – Przedtem tego nie zauważyłem, ale chyba jesteś smutny.
– Smutek ma wiele smaków, a Kruppe poznał je wszystkie.
– Pragniesz pomówić o tych sprawach? Sądzę, że jestem dobrym słuchaczem.
– Kruppe widzi, że masz poważne kłopoty. To chyba nie jest odpowiednia chwila.
– To nie ma znaczenia.
– Dla Kruppego ma.
K’rul zerknął w bok. Zbliżał się ku nim siwy, wychudły mężczyzna.
– Och, bezbronne miasto, do którego przybywają obcy… a reszta? – zaśpiewał Kruppe.
– …wciska się w szczeliny, szukając schronienia – odpowiedział głębokim głosem przybysz.
Pradawny bóg westchnął.
– Dołącz do nas, przyjacielu – zaproponował Kruppe. – Usiądź z nami przy ognisku. Jak dobrze wiesz, ta scena uwieczniła się w historii naszego rodzaju. Noc, ognisko i historia do opowiedzenia. Mój drogi K’rulu, najmilszy przyjacielu Kruppego, widziałeś kiedyś, jak Kruppe tańczy?
Nieznajomy usiadł. Na jego twarzy malowały się smutek i ból.
– Nie widziałem – odparł pradawny bóg. – Nie wydaje mi się. Ani tańca kończyn, ani słów.
Kruppe uśmiechnął się blado. W jego oczach coś błysnęło.
– Zostańcie więc tu na noc, przyjaciele. I bądźcie świadkami.

Księga pierwsza

Przysięga złożona słońcu
To posługujące się słowami stworzenie dociera
Do sedna sprawy, wzdycha i umyka.
Szkarłatny deszcz leje
Z pogodnego, błękitnego nieba,
Szok zrodzony z tego, co ujawniono.
Na cóż zda się zbroja,
Gdy słowa tak łatwo przenikają
Przez szczeliny?

Ten bóg obietnic śmieje się
Z niewłaściwych rzeczy w niewłaściwych chwilach,
Z celową złośliwością
Marnotrawi wszelkie ofiary
I cofa się jak żołnierz rozbitej armii,
Choć nie ma szansy odwrotu,
Nim pod murami zgromadzą się sterty trupów.

Wiedziałeś, że to w końcu się stanie,
Więc nie udawaj zaskoczenia,
Gdy puchar wypełnił
Ból kogoś innego.
Nigdy nie jest tak źle, jak się zdaje,
Smak jest słodszy niż się spodziewałeś,
Gdy czaisz się w snach głupca.

Zabierz więc swą wojowniczość
Dokądkolwiek zapragniesz
Ów zawzięty kundel
Jest szarżą mojej duszy
Ku środkowi ulicy.
Kręci się wkoło, szczerząc kły
Na spragnione włócznie.
Zimne pchnięcie oczyści twe dłonie.

Polowanie na słowa
Brathos z Czarnego Koralu

Rozdział pierwszy

O bezbronne miasto!
Do którego przybywają obcy,
Wciskając się w szczeliny,
Żeby tu pozostać.

O błękitne miasto!
Starzy przyjaciele zbierają westchnienia
Przy wejściu do portu
Po przypływie.

Nieukoronowane miasto!
Gdzie wróble lądują
Na pajęczych śladach
Pokrywających parapety.

Skazane miasto!
Noc jest coraz bliżej.
Historia się budzi,
Żeby tu pozostać.

Wiek bezbronności
Rybak kel Tath

Stała samotnie na balkonie pośrodku miasta błękitnego ognia. Ciemność, nieproszonego gościa podczas pierwszego dnia Fety Gedderone, wygnano z nieba. Na ulicach Darudżystanu kłębiły się radosne tłumy, pogodnie przyjmujące katastrofę, jaką były koniec starego roku i początek nowego. W wilgotnym nocnym powietrzu unosiły się niezliczone wonie.
Urządzono bankiety. Przedstawiono publicznie młodzieńców i panny na wydaniu. Stoły zastawione egzotycznymi potrawami, damy spowite w jedwabie, mężczyźni i kobiety w niedorzecznych, ociekających pozłotą mundurach – miasto nie miało regularnej armii, co doprowadziło do powstania licznych prywatnych milicji oraz chaotycznej proliferacji szumnie brzmiących tytułów, przyznawanych niemal wyłącznie szlachetnie urodzonym.
Na wszystkich przyjęciach, na których zjawiła się tego wieczoru, wsparta na ramieniu męża, nie spotkała ani jednego prawdziwego oficera darudżystańskiej Straży Miejskiej, ani jednego autentycznego żołnierza z płaszczem o zakurzonym obrąbku, rysami na wyczyszczonych butach, mieczu o rękojeści owiniętej zwykłą skórą i gałce wytartej ze zużycia. Zauważyła za to noszone wysoko na miękkich, tłustych ramionach obręcze przypominające odznaczenia przyznawane żołnierzom malazańskiej armii. Armii imperium, które nie tak dawno służyło darudżystańskim matkom jako straszak dla buntujących się bachorów. „Malazańczycy, dziecko! Czają się w mroku, by porwać głupie szkraby! Zrobią z was niewolników swej straszliwej cesarzowej. Tak jest! Tu, w naszym mieście!”.
Obręczy, które dziś widziała, nie wykonano jednak ze zwykłego brązu czy lekko wytrawionego srebra, jak autentyczne malazańskie odznaczenia czy symbole rangi, przypominające zabytki jakiegoś dawno wymarłego kultu, które można było kupić na miejskim targowisku. Nie, te obręcze były ze złota i wysadzano je klejnotami. Najczęstszy był błękit szafirów, nawet wśród barwionych szkiełek, błękit ognia, z którego słynęło miasto, błękit symbolizujący jakiś wielki, odważny czyn dokonany w służbie Darudżystanowi.
Dotknęła kiedyś podobnej obręczy, noszonej na ramieniu przez jej męża. Pod nią jednak przynajmniej były prawdziwe mięśnie. Ich twardość dorównywała wzgardzie, z jaką przyglądał się grupkom szlachetnie urodzonych w wielkiej, gwarnej sali. Odkąd został członkiem Rady, zachowywał się jak właściciel całego miasta. Lekceważenie widniało w jego oczach już wcześniej i wzmogło się jeszcze po ostatnim, triumfalnym zwycięstwie.
Gdy kroczyli majestatycznie przez tłum, pozdrawiano ich typowymi dla Daru gestami gratulacji i szacunku. Z każdym kolejnym pozdrowieniem rysy twarzy jej męża tężały, ramię twardniało, a kostki dłoni zaciśniętych na pasie bielały. Zgodnie z panującą obecnie wśród pojedynkowiczów modą wsunął kciuki w pętle z plecionej skóry. Och, radował się myślą, że jest teraz jednym z zebranych tu ludzi, a nawet stoi wyżej od wielu. Dla Gorlasa Vidikasa nie znaczyło to jednak, że musi lubić któregokolwiek z nich. Im bardziej mu się przymilali, tym głębsza stawała się jego pogarda. Podejrzewała, że fakt, iż brak owej uniżoności uznałby za zniewagę, był sprzecznością, nad którą wolał się nie zastanawiać.
Szlachetnie urodzeni jedli i pili, stali, przybierali dumne pozy, krążyli po pomieszczeniach, paradowali i tańczyli, aż wreszcie ogarnęło ich znużenie. Teraz w licznych salach bankietowych i recepcyjnych nie było słychać nic poza powolnymi krokami służby. Jednakże na ulicach, poza wysokimi murami posiadłości, plebs nadal bawił się w najlepsze. Zamaskowani, półnadzy ludzie wykonywali na bruku obłąkany taniec obdarcia ze skóry Fander, jakby świt nigdy nie miał nadejść, a przesłonięty mgiełką księżyc znieruchomiał w czeluści nieba, przypatrując się ze zdumieniem ich szaleństwom. Patrole Straży Miejskiej przyglądały się temu obojętnie. Strażnicy otulali się zakurzonymi płaszczami, wspierając zakute w pancerne rękawice dłonie na uchwytach mieczy i pałek.
Pod balkonem, na którym stała, znajdowała się fontanna, szemrząca cicho w nieoświetlonym ogrodzie, osłoniętym wysokimi murami przed tłumami rozbawionych obywateli, przez które musiała przedzierać się ich kareta, gdy wracali do domu. W falującej lekko wodzie sadzawki otaczającej fontannę odbijała się zamazana plama księżyca.
Błękitny ogień płonął tej nocy zbyt jasno, przyćmiewał nawet żałobny księżyc. Sam Darudżystan był szafirem, lśniącym w obręczy świata.
Mimo to pozostawała dzisiejszej nocy głucha na piękno miasta, na jego zachwyt i dumę, jego niezliczone głosy.
Tej nocy pani Vidikas ujrzała własną przyszłość. Każdy jej kolejny rok. Będzie się wspierała na twardym ramieniu męża. A księżyc, no cóż, wyglądał jak echo przeszłości, zatarte przez czas wspomnienie, które mimo to zaniosło ją z powrotem na balkon podobny do tego. Wydawało się, że to się stało tak dawno.
Pani Vidikas, która ongiś była Challice D’Arle, ujrzała własną przyszłość. I, wsparta o poręcz pośród nocy, uświadomiła sobie, że przeszłość była lepsza.
***
Akurat tej nocy zabrakło im rhivijskich podpłomyków. Chwila nie mogłaby być gorsza. Wykałaczka przeklinała pod nosem, przepychając się przez tłum wygłodniałych, pijanych tubylców na targowisku w Dzielnicy Przybrzeżnej. Gdy tylko było to potrzebne, pomagała sobie łokciami, i witała złowrogim łypnięciem spode łba każdy zwrócony ku niej oszołomiony uśmiech. W końcu dotarła do wylotu brudnego zaułka, pokrytego sięgającymi kostek stertami śmieci, gdzieś na południe od Parku Borthen. To nie była najlepsza droga powrotna do baru, ale feta osiągnęła właśnie punkt szczytowy.
Ściskając zapakowane podpłomyki pod lewą pachą, zatrzymała się, by poluzować sznurki grubego płaszcza. Skrzywiła się na widok nowej plamy pozostawionej przez nieostrożnego przechodnia. To było jakieś groteskowo słodkie gadrobijskie ciastko. Spróbowała zetrzeć ślad, ale to pogorszyło tylko sprawę. Rozeźlona, ruszyła w głąb zaułka.
Jeśli Pani pociągnęła, Niebieskiej Perle i Nerwusikowi powiodło się lepiej. Zapewne znaleźli już saltoańskie wino i zmierzali z powrotem do K’rula. Ją zaś od baru dzieliło jeszcze dwanaście przecznic, dwa przejścia przez mury i jakieś dwadzieścia, trzydzieści tysięcy szalonych głupców. Czy towarzysze na nią zaczekają? Nie ma szans. Niech szlag trafi Niewidkę z jej uzależnieniem od rhivijskich podpłomyków! Ten nałóg w połączeniu z faktem, że skręciła sobie kostkę, zmusił Wykałaczkę do wyjścia na ulice w pierwszą noc fety. Zakładając, że kostka rzeczywiście była skręcona. Wykałaczka raczej w to wątpiła, bo Młotek tylko popatrzył na bolącą nogę, a potem wzruszył ramionami.
Z drugiej strony, po Młotku trudno się było ostatnio spodziewać czegoś więcej. Uzdrowiciel był przygnębiony od chwili przejścia w stan spoczynku, a szanse, że w jego życiu wzejdzie słońce, były równie niewielkie jak nadzieje na to, że Kaptur zapomni o prowadzeniu rachunków. Młotek nie był zresztą w tym odosobniony, nieprawdaż?
Po co właściwie zaprzątała sobie głowę tymi wielokrotnie już przeżutymi myślami?
Bo czuła się od tego lepiej. To proste.
***
Dester Thrin, szczelnie opatulony w czarny płaszcz z kapturem, obserwował, jak kobieta o tłustym zadku toruje sobie drogę przez odpadki na drugim końcu zaułka. Zauważył, jak wychodziła przez tylne drzwi Baru K’rula, i to stanowiło kulminację czterech nocy oczekiwania w starannie wybranym, ukrytym w mroku punkcie, z którego było wyraźnie widać wąską furtkę.
Naczelnik klanu ostrzegał go, że wszystkie ich cele są byłymi żołnierzami, Dester nie zauważył jednak nic, co by świadczyło, że nadal utrzymują się w wysokiej formie. Byli starzy i zapuszczeni, rzadko bywali trzeźwi, a ta kobieta, no cóż, nosiła obszerny, gruby, wełniany płaszcz, bo znacznie utyła i najwyraźniej nie chciała tego pokazywać.
Śledzenie jej w tłumie nie sprawiło mu większych trudności. Była o głowę wyższa od przeciętnego Gadrobijczyka, a trasa, jaką zmierzała na ten szmatławy rhivijski rynek w Dzielnicy Przybrzeżnej, jakby celowo omijała ulice zamieszkane przez Daru. Kobieta wkrótce zapłaci życiem za tę dziwną predylekcję.
W żyłach Destera płynęła krew Daru, co pozwalało mu wyraźnie widzieć przepychającą się przez rozbawiony tłum Malazankę.
Ruszył w stronę wylotu zaułka, gdy tylko kobieta go opuściła. Dotarł do końca uliczki szybkim krokiem łowcy i opuścił ją ukradkiem akurat na czas, by zobaczyć, jak Malazanka znika w przejściu przez Mur Drugiego Poziomu. Tunel pod Murem Trzeciego Poziomu znajdował się tuż za nim.
Wojny o sukcesję w gildii, które zaczęły się po zniknięciu Vorcan, zakończyły się przy stosunkowo niewielkim rozlewie krwi. Desterowi raczej się podobał nowy wielki mistrz. Był zarówno bezwzględny, jak i sprytny, podczas gdy większość pozostałych kandydatów była tylko bezwzględna. Skrytobójca z gildii nie musiał już więcej być głupcem, by spoglądać w przyszłość z pewną dozą optymizmu.
Dowód na to stanowił między innymi ten kontrakt. Był nieskomplikowany, lecz mimo to jego wykonanie z pewnością zapewni Desterowi i ludziom z jego klanu znaczny prestiż.
Potarł urękawicznionymi dłońmi gałki sztyletów zawieszonych na pendentach pod pachami. Dotyk bliźniaczych noży ze stali Daru zawsze go uspokajał. Nasady ich głowni wysmarowano gęstą trucizną o konsystencji pasty – produkowanym przez Moranthów tralbem.
Trucizna stała się ostatnio zabezpieczeniem używanym przez większość ulicznych zabójców z gildii, a nawet przez część tych, którzy wędrowali nocą prowadzącą po dachach Drogą Złodziei. Pewien skrytobójca, bliski przyjaciel samej Vorcan, zademonstrował, zdradzając klan, jak doskonale potrafi sobie radzić bez pomocy magii. Owa legendarna, krwawa noc dowiodła wyższości niemagicznych substancji.
Dester słyszał, że nowicjusze z niektórych klanów budują tajne kaplice ku czci Rallicka Noma. Członkowie kultu mieli sekretne znaki pozwalające im się rozpoznawać. Rzecz jasna, Seba Krafar, nowy wielki mistrz, niemal natychmiast wyjął kult spod prawa. Doszło do swego rodzaju czystki, pięciu ludzi podejrzewanych o to, że są przywódcami kultu, przywitało świt uśmiechami na gardłach.
Niemniej jednak, Dester słyszał od tego czasu wiele pogłosek sugerujących, że kult bynajmniej nie jest martwy. Po prostu ukrył się głębiej.
Prawdę mówiąc, nikt nie wiedział, jakich trucizn używał Rallick Nom, Dester sądził jednak, że był to tralb, ponieważ nawet najmniejsza dawka tej substancji wprowadzona do krwi powodowała utratę przytomności, a potem głęboką śpiączkę, nieuchronnie prowadzącą do śmierci. Zwiększenie dawki przyśpieszało tylko proces, zapewniając przejście przez Bramę Kaptura.
Kobieta o tłustym zadku lazła ciężko przed siebie.
Do Baru K’rula pozostały jeszcze cztery przecznice, o ile wpatrzona ofiara rzeczywiście szła przewidzianą przez Destera trasą. Musi przejść przez długi, wąski zaułek. Po lewej będzie miała wewnętrzną ścianę Zbrojowni Muru Trzeciego Poziomu, a po prawej wysoki mur łaźni, gruby i niemal całkowicie lity, pomijając kilka okienek na górnych piętrach. Znaczyło to, że w przejściu jest niemal zupełnie ciemno.
Tam właśnie ją zabije.
***
Przycupnięty na kwiatonie słupka w narożniku wysokiego muru Odmrozin skierował nieruchome spojrzenie na chaszcze. Za plecami miał zaniedbany ogród, w którego centrum ulokowano płytki staw. Niedawno go odnowiono, ale zdążył już zarosnąć rzęsą. Wszędzie walały się obalone, porośnięte mchem kolumny. Przed nim, po drugiej stronie muru, z powykręcanych pni drzew wyrastały nieregularnie gałęzie. Zwisały z nich ciemne, zeschłe liście przypominające martwe owady. Nierówny grunt porastały kępy brudnej trawy, a wijąca się między nimi, wyłożona poprzechylanymi w różne strony płytami ścieżka prowadziła do posępnego, przysadzistego domku, którego architektura nie przypominała żadnego innego budynku w całym Darudżystanie.
Zza zamkniętych szczelnie okiennic rzadko wydobywało się światło, a gdy już tak się stało, ono również było bezbarwne i posępne. Drzwi nigdy się nie otwierały.
Wśród swoich pobratymców Odmrozin uchodził za olbrzyma. Był ciężki jak borsuk, a pod jego kolczastą skórą rysowały się potężne mięśnie. Złożone skrzydła stworzenia były niemal za małe, by unieść jego ciężar nad ziemię. Przy każdym ruchu skórzastych wachlarzy z gardła demona wydobywało się stęknięcie.
Tym razem będzie bardzo ciężko. Minęły miesiące, odkąd ostatnio ruszał się z miejsca. Siedział ukryty w cieniu konaru jesiona rosnącego w ogrodzie posiadłości za jego plecami. Gdy jednak ujrzał nagły błysk ruchu, gdy coś wydostało się z czarnego, sękatego domu i ruszyło ścieżką, gdy ziemia eksplodowała po obu jej stronach, tworząc szereg głodnych dołów, a korzenie wysunęły się z nich, by pojmać zbiega, Odmrozin uświadomił sobie, że jego czuwanie dobiegło końca.
Cień przycupnął na dłuższą chwilę pod niskim murkiem Domu Azath. Wydawało się, że obserwuje wyciągające się ku niemu korzenie. Potem wstał, przepłynął nad kamiennym murkiem niczym mroczna ciecz i zniknął.
Odmrozin rozpostarł ze stęknięciem skrzypiące skrzydła, potrząsnął nimi, by rozprostować rozpięte między przypominającymi żebra palcami błony, i zeskoczył ze słupka. Złapał w skrzydła słaby powiew i zamachał nimi szaleńczo. Coraz gwałtowniejsze stęknięcia świadczyły o straszliwym wysiłku. Po chwili stworzenie zwaliło się na pokrytą mierzwą ziemię.
Demon wypluł gałązki i liście, a potem popędził w stronę muru. Słyszał wyciągające się ku niemu korzenie. Wdrapał się z powrotem na słupek, rozpaczliwie wbijając pazury w zaprawę murarską. Oczywiście, nie powinien mieć powodów do obaw. Korzenie nigdy nie sięgały poza mur Azath. Obejrzał się za siebie, by się uspokoić…
I zerwał się z piskiem do lotu. Tym razem wzniósł się wysoko nad ogród.
Och, dlaczego nikt nie lubił demonów!
Nad zarośniętą fontanną unosiło się chłodne powietrze. Odmrozin jeszcze gwałtowniej załopotał skrzydłami i wzbił się w noc.
Musi przekazać słówko swemu panu. Tak jest, nadzwyczajne słówko. Tak bardzo niespodziewane, prowokujące, groźne!
Odmrozin poruszał skrzydłami ze wszystkich sił – otyły demon unoszący się w mroku nad jaśniejącym błękitnym blaskiem miastem.
***
Zechan Rzut i Giddyn Szybki znaleźli idealne miejsce na zasadzkę. Dwadzieścia kroków za początkiem wąskiej uliczki znajdowało się dwoje zwróconych ku sobie drzwi umieszczonych w płytkich niszach. Przed paroma chwilami przeszło tędy czterech pijaków i żaden nie zauważył czających się w nieprzeniknionej ciemności skrytobójców. A odkąd sobie poszli, droga była wolna… wystarczy jeden krok naprzód i popłynie krew.
Pojawiły się dwa cele. Obaj mężczyźni nieśli gliniane dzbanki i chwiali się lekko na nogach. Wydawało się, że się kłócą, ale Zechan nie rozumiał ani słowa. Pewnie mówili po malazańsku. Zerknął pośpiesznie w lewo. Czterech pijaków właśnie docierało do wylotu uliczki, by zniknąć w rozbawionym tłumie.
Zechan i Giddyn śledzili obu mężczyzn już od Baru K’rula. Malazańczycy dotarli do sklepu winnego, przez pewien czas targowali się z właścicielką o dwa dzbanki trunku, aż wreszcie uzgodnili cenę i ruszyli z powrotem.
Gdzieś po drodze z pewnością wyciągnęli zatyczki z dzbanków, bo mówili coraz głośniej. Ten nieco wyższy, który stawiał stopy palcami do wewnątrz i miał niebieską skórę – Zechan dostrzegał z kryjówki jego sylwetkę – zatrzymał się i oparł o ścianę, jakby miał zamiar zwrócić kolację.
Wkrótce jednak się wyprostował. Kłótnia najwyraźniej nagle się zakończyła. Wyższy mężczyzna podszedł do towarzysza i – sądząc po szuraniu butami po bruku – obaj ruszyli w dalszą drogę.
Znakomicie.
Nie będzie żadnych komplikacji, absolutnie żadnych. Zechan uwielbiał takie noce.
***
Dester popędził naprzód. Jego mokasyny uderzały bezgłośnie o bruk. Kobieta szła przed siebie, nieświadoma jego obecności. Dwanaście kroków, osiem, cztery…
Nagle się odwróciła, płaszcz zawirował wokół niej.
Szmelcowana na niebiesko stal zatoczyła z błyskiem łuk. Dester pośliznął się na bruku, próbując uskoczyć przed ciosem – długi miecz, Beru broń! – i coś dotknęło jego gardła. Obrócił się nagle i skoczył w lewo, wyciągając oba sztylety, by powstrzymać kobietę, gdyby próbowała podejść bliżej.
Długi miecz!
Ciepło spływało mu po szyi i piersi, wnikając pod koszulę z jeleniej skóry. Zaułek zakołysał się przed jego oczyma. Przesłaniała go ciemność. Dester Thrin zachwiał się na nogach, rozpaczliwie wymachując sztyletami. W skroń trafił go but albo zakuta w pancerną rękawicę pięść. Na bruk spłynęło jeszcze więcej płynu. Nie mógł już utrzymać sztyletów. Upadły ze stukiem na kamienie.
Leżał na twardej powierzchni, ślepy i ogłuszony. Było mu zimno.
Jego myśli wypełniło dziwne rozleniwienie. Narastało szybko, aż wreszcie go pochłonęło.
***
Wykałaczka przystanęła nad trupem. Jej wzrok przyciągnęła błyszcząca, czerwona plama na końcu miecza. Z jakiegoś powodu przypominała jej maki po deszczu. Kobieta chrząknęła. Skurwysyn był szybki, mało brakowało, by zdążył uskoczyć przed jej cięciem. Gdyby mu się udało, mogłaby mieć więcej roboty. Niemniej jednak, i tak załatwiłaby durnia, chyba że potrafił bardzo biegle rzucać tymi swoimi sztylecikami.
Przepychanie się przez tłumy Gadrobijczyków groziło co najwyżej utratą mieszka. To był wyjątkowo łagodny naród. Dlatego właśnie tak łatwo było zauważyć, gdy ktoś cię śledził. Pod warunkiem, że ten ktoś nie był Gadrobijczykiem, oczywiście.
Mężczyzna leżący u jej stóp był Daru. Kiedy za nią szedł, jego zakapturzona głowa wyraźnie wystawała nad tłum. Równie dobrze mógłby nosić na niej latarnię.
Ale… Przyjrzała mu się uważniej.
Nie byłeś zwykłym zbirem. Zbiry nie używają takich sztyletów.
Na oddech Kaptura.
Schowała miecz i ponownie otuliła się płaszczem, by ukryć pod nim pochwę z bronią. Gdyby złapała ją Straż Miejska, wylądowałaby w pudle i musiałaby zapłacić cholernie wysoką grzywnę. Ścisnęła mocniej podpłomyki pod pachą i ruszyła w dalszą drogę.
Niewidka będzie miała poważne kłopoty.
***
Zechan i Giddyn wyskoczyli jednocześnie z nisz, unosząc gotowe do ciosu sztylety.
Wyższy mężczyzna pisnął z bólu, gdy noże Giddyna wbiły się głęboko. Pod Malazańczykiem ugięły się kolana. Z jego ust trysnęły wymiociny. Osunął się na bruk i ze stłuczonego dzbanka popłynęło wino.
Broń Zechana przebiła skórzaną kurtkę. Ostrza zgrzytnęły o żebra. Celował nożami w oba płuca. Wyrwał sztylety i cofnął się o krok, by patrzeć, jak rudowłosy mężczyzna pada na ziemię.
Nagle w bok szyi wbił mu się krótki miecz.
Zechan był martwy, zanim zwalił się na bruk.
Stojący nad klęczącym Malazańczykiem Giddyn uniósł wzrok.
Na jego głowie zacisnęły się dłonie. Jedna zamknęła mu mocno usta i jego płuca natychmiast wypełniła woda. Tonął. Dłoń zacisnęła się mocniej, palce zamknęły nozdrza. Giddyna zalała ciemność i świat zniknął powoli.
***
Nerwusik prychnął pogardliwie, wyszarpnął broń i kopnął jeszcze skrytobójcę w twarz, by podkreślić malujący się na niej wyraz zaskoczenia.
Niebieska Perła uśmiechnął się do niego.
– Widziałeś, jak rozpostarłem rzygi na bruku? Jeśli to nie było genialne, nie wiem, co…
– Zamknij się – warknął Nerwusik. – Nie wiem, czy zauważyłeś, ale to nie były bandziory spragnione darmowego wina.
Mag przyjrzał się z uwagą leżącemu przed nim ciału. Z ust i nosa zabitego wypływała woda. Napańczyk pogłaskał się po wygolonej czaszce.
– Ehe. Ale to i tak byli amatorzy. Kapturze, ich oddech było widać z połowy długości ulicy. A kiedy przechodzili ci pijacy, przestali oddychać, co nam powiedziało, że to nie oni są celem. Czyli że…
– My nim byliśmy. Ehe, to właśnie próbowałem ci powiedzieć.
– Wracajmy – zaproponował nagle zaniepokojony mag.
Nerwusik pociągnął za wąsy, a potem skinął głową.
– Zrób znowu tę iluzję, Niebieska Perła. Dziesięć kroków przed nami.
– Spokojnie, sierżancie…
– Nie jestem już sierżantem.
– Tak? To czemu ciągle wydajesz mi rozkazy?
***
Gdy Wykałaczka wreszcie ujrzała frontowe wejście Baru K’rula, jej gniew osiągnął stan wrzenia. Zatrzymała się, rozejrzała wokół i zauważyła kogoś, kto stał ukryty w cieniu naprzeciwko drzwi. Miał postawiony kaptur, a dłonie schowane pod płaszczem.
Ruszyła w stronę nieznajomego.
Zauważył ją, gdy dzieliło ich dziesięć kroków. Wyprostował się. Wyraźnie zaniepokojony, poruszył ukrytymi pod płaszczem kończynami. Obok przeszło chwiejnym krokiem kilku świętujących tubylców. Gdy ich minęli, Wykałaczka postawiła ostatni dzielący ją od mężczyzny krok.
Być może spodziewał się, że oskarży go głośnymi słowami, z pewnością jednak nie był przygotowany na brutalne kopnięcie między nogi. Kiedy osuwał się na bruk, podeszła bliżej i walnęła go prawą ręką w potylicę, przyśpieszając upadek. Mężczyzna walnął czołem o bruk z przyprawiającym o mdłości trzaskiem. Ciałem targnęły spazmy.
Jakiś przechodzień zatrzymał się, spoglądając na leżącego nieszczęśnika.
– Hej, ty! – warknęła Wykałaczka. – Z czym masz problem?
Popatrzył na nią, zaskoczony, a potem wzruszył ramionami.
– Z niczym, kochanie. Słusznie mu się należało za to, że tak tu stał. Hej, wyjdziesz za mnie?
– Spadaj.
Rozżalony niepowodzeniem miłosnym mężczyzna oddalił się nieśpiesznie. Wykałaczka rozejrzała się raz jeszcze, by sprawdzić, czy ktoś nie ucieka z pobliskiej kryjówki. Być może wydarzyło się to, kiedy nie patrzyła, najprawdopodobniej jednak ukryty obserwator czaił się na którymś z pobliskich dachów.
Leżący na ziemi mężczyzna przestał się poruszać.
Odwróciła się i ruszyła ku wejściu do Baru K’rula.
– Wykałaczka!
Zatrzymała się dwa kroki od poobtłukiwanych drzwi i spojrzała za siebie. Biegli za nią Nerwusik i Niebieska Perła. Obaj ściskali dzbanki saltoańskiego wina, a były sierżant miał wściekłą minę. Idący pół kroku za nim mag zerknął na nieruchome ciało leżące po drugiej stronie ulicy. Gadrobijska dziewczynka opróżniała właśnie jego kieszenie.
– Chodźcie tu obaj! – warknęła Wykałaczka. – Miejcie oczy otwarte!
– Zakupy miały mordercze zakończenie – odezwał się Nerwusik. – Niebieska Perła przez większą część drogi pomagał nam iluzjami, bo zwietrzyliśmy zasadzkę…
Wykałaczka zerknęła raz jeszcze na ulicę, złapała obu mężczyzn za ramiona i popchnęła ich bezceremonialnie ku drzwiom.
– Schowajcie się, idioci.
To niewiarygodne, ale dzisiejsza noc rozwścieczyła mnie do tego stopnia, że odrzuciłam pierwszą porządną propozycję małżeństwa od dwudziestu lat.
Niewidka siedziała tam, gdzie zawsze siadała, gdy zwęszyła kłopoty: za małym, skrytym w cieniu stolikiem po prawej. Wtopiła się w tło bardzo skutecznie, ale jej nogi wystawały na zewnątrz i każdy, kto wszedłby do środka, musiałby się o nie potknąć.
Wykałaczka zatrzymała się w wejściu i porządnie kopnęła czarne buciory.
– Ojej, moja kostka!
Wykałaczka rzuciła pakunek na kolana Niewidki.
– Au!
Niebieska Perła i Nerwusik przepchnęli się do środka. Były sierżant prychnął pogardliwie.
– Naszych drzwi broni nieustraszona strażniczka. Nie ma do powiedzenia nic poza „ojej” i „au”.
Siedząca za stolikiem kobieta odzyskała już jednak równowagę i odwijała podpłomyki.
– Wiesz co, Niewidka? – zaczęła Wykałaczka, siadając za kontuarem. – Rhivijskie staruchy piekące te podpłomyki zawsze spluwają na patelnię, nim wyleją ciasto. Podobno błogosławieństwo starożytnych duchów…
– Nie o to chodzi – przerwała jej Niewidka, prostując opakowanie. – Skwierczenie świadczy o tym, że patelnia już się rozgrzała.
– No jasne – mruknął Niebieska Perła.
Wykałaczka łypnęła na niego spode łba, a potem skinęła głową.
– Dobra. Chodźmy wszyscy do naszego gabinetu. Niewidka, idź poszukać Młotka.
– Wybrał nieodpowiednią chwilę – mruknęła druga kobieta.
– Kto?
– Trzpień, wyruszając na tę swoją pielgrzymkę.
– Miał farta.
Niewidka wstała powoli.
– Duiker? – zapytała, przeżuwając podpłomyka.
– Zapytaj go – odparła Wykałaczka po chwili wahania. – Jeśli będzie chciał, to niech przyjdzie.
Niewidka zamrugała powoli.
– Zabiłaś dziś kogoś, Wykałaczka?
Brak odpowiedzi był wystarczającą odpowiedzią. Wykałaczka popatrzyła podejrzliwie na grupkę ludzi, którzy byli zbyt pijani, by wytoczyć się z baru z dwunastym dzwonem, jak nakazywał zwyczaj. Byli to bez wyjątku stali klienci. Dadzą sobie radę. Wykałaczka skinieniem nakazała pozostałym podążyć za sobą i ruszyła ku schodom.
Na końcu głównej sali ten cholerny bard beczał jedną z mniej znanych wersji Anomandarisa, ale nikt go nie słuchał.

Dyskusja