Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Warsztatowa klapa – recenzja „Powstanie Harsfjordshoff”

Miłośników mitologii germańskiej i wierzeń dawnych ludów północnych krańców Europy w naszym kraju nie brakuje. Pasjonaci sięgają zawsze chętnie po pozycje związane z ich z zainteresowaniami, zwłaszcza, że na rodzimym rynku nie jest ich aż tak dużo. Od czasu do czasu pojawi się książka lub komiks, które zabiorą czytelnika w ten magiczny świat i pozwolą wyobraźni rozwinąć żagle.

Idealnym wydaje się, żeby to właśnie ekspert i fan kultury i świata wikingów był autorem powieści, bo któż inny może przekazać swoją opowieść podpartą jeszcze doskonałą wiedzą, czego przykładem jest Marcin Mortka, czy Artur Szrejter. Obaj panowie są wirtuozami w swojej dziedzinie i zawsze chętnie pochłania się ich twórczość. Do grona znawców tematu należy doliczyć także Kamila Gołębowskiego – debiutującego, młodego autora.

Powstanie Harsfjordshoff jest pierwszym tomem Sag Skalda Tyrsonna i traktuje o założeniu pewnej osady oraz kłopotach z tym związanych – ot obyczajowa opowieść z elementami walki, przeplatana wątkami fantastyki i dawnych wierzeń. Sam rys fabularny jest całkiem ciekawy, a wiedza autora i strona merytoryczna historii wręcz imponujące. Nie czyni to jednak z powieści książki rewelacyjnej. Niestety, pomimo tak dobrych fundamentów nie udało się postawić solidnej konstrukcji, lecz sypiący się co rusz domek z kart.

Prowadzenie narracji wlecze się niemiłosiernie, nie przykuwa nawet na moment uwagi czytelnika, wywołując już po kilku zdaniach uczucie znudzenia. Opisy są suche jak pieprz, a kiedy pojawiają się ozdobniki, to tak sztuczne, że na twarzy wykwita grymas bólu. Czy to przedstawienie walki, rozmowy, polowania, czy też sceny erotycznej – zawsze wszystko dzieje się w jednym tempie, jakby autor „klepał wykutą na blachę” regułkę. Rozmowy postaci się nie kleją: czasami mówią językiem współczesnym, czasami zaś autor sili się na starodawną stylizację, co powoduje zgrzytanie zębami. Budowa niektórych zdań woła o pomstę do nieba – gdyby spojrzał na to Felkis W. Kres, miałby zapewne temat na kilka felietonów o niekompetencji redakcji.

Brakuje także logiki, czy podstawowej umiejętności liczenia. Jeżeli Jorvaskr ma dziewięć dni na wypowiedzenie holmgangu, a bohaterowie dokładnie tyle wracają z thingu do swej osady, to żadnym sposobem nie mogą oczekiwać jeszcze kolejnych dziewięciu – a na tym osadza się jedna trzecia książki. Gdzie kolejny raz podziała się redakcja? Dodatkowo przyczepić się należy rysunków w środku (zresztą także autorstwa Kamila Gołębowskiego), jakby nabazgranych w podstawówce przez niezbyt zdolnego ucznia na tylnych stronach zeszytu. Brak tu jakichkolwiek elementarnych zasad. Okładka, choć przecież po niej nie należy sądzić treści, również wywołuje fale niestrawności. Odpycha swoją marną, wręcz ohydną tęczową ilustracją i zupełnym brakiem klimatu.

Całość leży i kwiczy, jest drewniana, sztywna i bez polotu. Autorowi nie można odmówić zaangażowania, pasji i przede wszystkim ogromnej wiedzy, ale niestety brak mu warsztatu i umiejętności snucia historii. Nie ma tu bajania i wciągania czytelnika w głąb opowieści, a tylko suchy tekst. Książka tak słaba pod każdym praktycznie względem nie powinna w ogóle przejść redakcji i zostać wydana. Ten spory kawałek materiału należałoby przepisać raz jeszcze, ale pod okiem wprawnego przewodnika. Pozostaje mieć nadzieję, że drugi tom nie pojawi się wcale lub dopiero wtedy, kiedy autor oszlifuje swój warsztat na tyle, żeby podać czytelnikowi coś ciekawego.

Ocena: 1/5

Dyskusja