Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Gra warta obejrzenia – recenzja „Gra Endera”

Ekranizacja jednej z najlepszych książek science-fiction w końcu trafiła do kin. Fani Orsona Scotta Carda musieli czekać na nią prawie trzydzieści lat. Zapowiedź, że „Grę Endera” wyreżyseruje Gavin Hood („X-Men Geneza: Wolverine”; „W pustyni i w puszczy”), w każdym czytelniku Carda wzbudziła mnóstwo emocji. Jedni obawiali się spłycenia wspaniałego dzieła i rozrywki dla mas, inni wiązali z filmem spore nadzieje. Tymczasem prawda, jak to zwykle bywa, leży po środku.

W oczy widzów, znających powieść, przede wszystkim rzuci się brak kilku elementów,

które tak mocno wpływały na całościowy odbiór książki. W wersji filmowej bardzo uproszczone zostały rozterki i bunt Endera, jego relacje z rodzeństwem i pozostałymi kadetami, a także trening w salach bojowych. Dla osób, które wcześniej książki nie czytały będzie to emocjonująca historia o chłopcu, którego geniusz może uratować świat przed kolejną inwazją obcych. By tego mógł tego dokonać został odebrany rodzicom i wysłany do kosmicznej szkoły bojowej, gdzie musi szybko dorosnąć i stać się doskonałym dowódcą.

W roli tytułowego Endera świetnie spisał się Asa Butterfield.

Jego niewinna twarz przekazywała każdą emocję bardzo wiarygodnie, przypominając jednocześnie, że główny bohater jest tylko dzieckiem. W osobę odpowiedzialną za morderczy fizycznie i psychicznie trening kadetów wcielił się Harrison Ford. Jak przystało na aktora tej klasy, doskonale odegrał determinację pułkownika.

Obsadę aktorską dopełniały, ale nie przyćmiły, efekty specjalne. W pamięć przede wszystkim zapadają ćwiczenia w sali bojowej oraz te na symulatorze. Walki myśliwców przypominały niezwykle malownicze wyładowania elektryczne podczas pochmurnego zachodu słońca. Zaś radość

młodych kadetów podczas pierwszego treningu bez grawitacji, wywołała uśmiech u niejednego widza.

Gaven Hood nie miał łatwego zadania.Nie dość, że przyszło mu przenieść na srebrny ekran historię skupiającą się psychicznym rozwoju dziecka, to na dodatek na jego poczynania patrzyły setki fanów z całego świata. Dziś, po premierze filmu, możemy odetchnąć z ulgą. Reżyser spełnił większość pokładanych w nim nadziei, a także zamknął usta niektórym sceptykom. Powieść Orsona Scotta Carda w końcu została zekranizowana i to przez duże „Z”. Jednak należy pamiętać, że pierwowzoru nie pobije nic.

Ocena: 4.5/5

Dyskusja