Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Klasyk bez formy – recenzja „U bram ciemności”

W obrębie niemal każdego gatunku literackiego dałoby się wyróżnić kilku twórców, którzy choć bardzo popularni, charakteryzują się nierównym poziomem swojej twórczości. Posiadają przy tym rzeszę oddanych fanów, pamiętających najlepsze dzieła w ich dorobku i gotowych wybaczyć im każde potknięcia, w przekonaniu, że w kolejnych utworach powrócą na szczyt swoich możliwości. Do takich pisarzy należy Raymond E. Feist, znany polskim miłośnikom fantasy już od wielu lat, za sprawą cykli takich, jak choćby „Trylogia Imperium”, „Konklawe Cieni”, czy „Saga wojny mroku”. „U bram ciemności”, który na półki księgarni trafił zaledwie kilka tygodni temu, to drugi tom sagi o Wojnie Demonów. Niestety, trudno oprzeć się wrażeniu, że Feist po raz kolejny wystawił cierpliwość swoich fanów na ciężką próbę.

„U bram ciemności” kontynuuje opowieść rozpoczętą w tomie „Nadciąga legion grozy”. Kiedy pradawna rasa Gwiezdnych Elfów, zwana taradhelami, odnajduje sposób, by przedostać się do Midkemii, okazuje się, że w ślad za nimi podążają hordy krwiożerczych demonów. Mieszkańcy krain zawiązują sojusz, nie chcąc dopuścić do przejęcia kontroli nad Midkemią przez taradheli, prędko jednak zdają sobie sprawę, że to krwiożercze istoty z Piątego Kręgu stanowią dla nich największe zagrożenie. Motywy kierującego nimi, zbrodniczego Belasca wciąż pozostają niejasne, niemniej pewne jest, że od wyniku zbliżającej się batalii zależeć będzie przetrwanie i dalsze losy Midkemii i jej mieszkańców.

Raymond E. Feist słynie jako twórca typowej, kanonicznej wręcz literatury fantasy, i „U bram ciemności” nie stanowi w tym względzie żadnego wyjątku. Jednak nawet utwory hołdujące najbardziej klasycznym rozwiązaniom i obfitujące w dawno utarte schematy miewają niekiedy to coś, co sprawia, że nie sposób oderwać się od lektury. Tak też często bywało z książkami Feista. Niestety, tym razem jest inaczej. Gdyby jeszcze „U bram ciemności” dało się podsumować jako nieco banalną, ale jednak przyjemną lekturę – niestety, kłopot w tym, że nawet tak zwane „czytadła” bywają rzemieślniczo poprawne, a zarazem wystarczająco emocjonujące, by na dłużej przykuć uwagę czytelnika. O nowej książce Feista powiedzieć tego nie można.

W „U bram ciemności” Raymond E. Feist przypomina cień samego siebie. Akcja wprawdzie dynamicznie mknie do przodu, ale nie uświadczymy tu niemal żadnego napięcia. Autor szybko przyzwyczaja nas, że każde przedsięwzięcie bohaterów tak czy inaczej kończy się sukcesem, a jeśli po drodze pojawiają się trudności, to ich pokonanie okazują się drobnostką, opisaną przez autora zaledwie w kilku, czy kilkunastu zdaniach. Nieważne, czy będzie to zamiar dopłynięcia na łodzią do strzeżonego przez wrogów brzegu, czy kradzież niezwykle ważnej księgi z ogromnej biblioteki, czy nawet przemknięcie niepostrzeżenie tuż przed nosem armii demonów. W rezultacie, kolejne sceny pochłania się bez większych emocji, nie licząc nawet na to, że autor zaserwuje nam jakiś nieoczekiwany zwrot akcji, bądź postawi przed bohaterami problemy, z którymi naprawdę będą musieli się nagłowić. Tak naprawdę jedynym zaskakującym elementem fabuły, bezpośrednio związanym z jedną z negatywnych postaci, pojawia się dopiero w jednym z ostatnich rozdziałów powieści. Całości dopełniają mało ciekawe, nieco infantylne dialogi, których nie ratują nawet występujące tu i ówdzie, wypowiadane niekiedy przez bohaterów, mało zabawne ironiczne i kąśliwe uwagi bądź komentarze.

W kwestii kreacji bohaterów Raymond E. Feist nikogo raczej niczym nie zaskoczy. Nie można powiedzieć, by postacie, których losy poznajemy w drugim tomie sagi o Wojnie Demonów stanowiły w całości jednowymiarowe sylwetki, gdyż odbyłoby się to z krzywdą dla kilku co ciekawszych i zdradzających większy potencjał bohaterów. Niemniej, nie należy się też spodziewać złożonych i głębokich osobowości, których losy będą czytelnikowi istotnie nieobojętne. Akcja co i rusz ukazywana jest z perspektywy różnych herosów. Czasem jest to Jim Tłuczek Jamison, przebiegły szef wywiadu Królestwa Wysp, innym razem Sandreen, odważna i niezłomna kapłanka, która dość nieoczekiwanie staje na czele Zakonu, mająca na pieńku z innym bohaterem – Amiranthą, uwodzicielskim magiem, który w przeszłości zabawił się jej kosztem. Relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami, zwłaszcza te związane z postacią Sandreen, nakreślone zostały interesująco i niejeden z czytelników zdecyduje się sięgnąć po kolejny tom choćby tylko po to, by przekonać się, jak dalej się one potoczą.

Drugi tom Sagi o Wojnie Demonów rozczarowuje niemal na każdym polu. To nie jest Raymond E. Feist, jakiego znaliśmy chociażby z cyklu „Konklawe cieni”. „U bram ciemności” jest książką przewidywalną, sztampową, nie wywołującą u odbiorcy większych emocji. Ratują ją jedynie co niektórzy bohaterowie oraz zakończenie, pozwalające mieć nadzieję na ciekawy rozwój historii w następnej odsłonie. Wbrew temu, co głosi rekomendacja na odwrocie książki, Feist nie wrócił jeszcze do swojej najwyższej formy – pozostaje jedynie mieć nadzieję, że wkrótce to nastąpi.

Ocena: 2/5

Dyskusja