Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Między sennym rozczarowaniem a realnym zachwytem – recenzja „Kąpiąc lwa”

Na tę książkę trzeba było czekać aż sześć lat. Tyle czasu minęło od ukazania się poprzedniej powieści Jonathana Carrolla. Część fanów można od razu uspokoić. Dostaną to, co znają i co lubią. Autor pozostał przy swoim stylu i charakterystycznych dla niego motywach. Inni czytelnicy mogą mieć kłopot z polubieniem „Kąpiąc lwa”.

Zaczyna się mocno, od małżeńskiej kłótni. Banalna uwaga Vanessy Corbin burzy delikatną równowagę. Dean, zamiast uciekać jak zwykle od problemów, wreszcie decyduje się na wyznanie i konfrontację: od jakiegoś czasu im się nie układa. Powinni sobie dać spokój. Emocje szybko biorą górę nad rozsądkiem i awantura kończy się fatalnie. Carroll nie tylko znakomicie rysuje w tej scenie sylwetki obu postaci i ich historie, ale przede wszystkim świetnie obrazuje panujące między nimi napięcie. Warto tu się wczytywać w subtelne szczegóły. Vanessa, wypowiadając brzemienną w skutki sentencję, nie patrzy na męża. Czuje się, że coś jest nie tak. Chwilę później narrator potwierdza przypuszczenia. Takie niuanse są najmocniejszą stroną książki.

Bardziej istotne są one jednak nie na poziomie opisu a struktury powieści. „Kąpiąc lwa” ma w tym aspekcie nieco awangardowy charakter. Choć akcja toczy się linearnie, ważne dla opowieści wydarzenia rozgrywają się w przeszłości. Nie wracamy jednak do nich w retrospekcjach czy wspomnieniach, mimo że autor często opisuje dawne losy bohaterów, ich decyzje i doświadczenia. Wydarzenia mające miejsce w przeszłości są po prostu kolejnym etapem historii. Carroll wprowadza mechanizm „przerzutki”, umożliwiający przenoszenie się w czasie i przestrzeni. Prowadzi to do fabularnych zawirowań, w których gubią się bohaterowie i w których zgubić się może sam czytelnik. Albo w których może się odnaleźć. Kluczem do polubienia tej książki wydaje się bowiem to, czy pozwolimy się wciągnąć w szarady Carrolla. Dodajmy może w tym miejscu, że fani, wychwytując dodatkowe nawiązania, aluzje i stale obecne u autora motywy, będą mieli z tego największą frajdę.

Przeszkodą może być jednak to, że podporządkowanie opowieści formie i fabularnemu konceptowi, odziera ją z emocji. Wspomniana małżeńska kłótnia jest jednym z niewielu momentów, które mogą budzić zaangażowanie odbiorcy. Szybko okazuje się, że sylwetki bohaterów są dość pretekstowe. Bardziej przypominają szkice w pisarskim notatniku niż rozbudowane psychologicznie osobowości. Być może wrażenie takie można odnieść ze względu na schematyczny sposób ich opisywania. Winić za to można też wykorzystanie dużej liczby postaci pierwszoplanowych. Jednakże głównym powodem, dla którego tego zaangażowania nie ma, jest właśnie to, że autor wydaje się bardziej zainteresowany realizacją pewnego pomysłu niż ukazaniem ludzkich charakterów.

Trzeba przy tym przyznać, że świat przedstawiany przez Carrolla jest wewnętrznie spójny. I to mimo tego, że czytelnicze wrażenie może być odmienne. Z każdym kolejnym rozdziałem przaśna, małomiasteczkowa rzeczywistość staje się coraz bardziej surrealistyczna i absurdalna. Wydarzenia zdają się pozbawione związku i celu. Wreszcie historia zostaje całkowicie opanowana przez reguły, którymi rządzi się sen. A wiadomo – logika snu pozwala być nam w jednym miejscu, by chwilę potem znaleźć się w innym. Nie zwracamy wówczas uwagi na to, jak się przemieszczaliśmy. Nie dziwią nas nawet najbardziej niezwykłe przedmioty i sytuacje. I momentami tak to właśnie wygląda. Czytelnik musi się więc pogodzić z tym, że początkowo opowieść będzie niezrozumiała a odpowiedzi na wszystkie pytania dostanie dopiero na ostatnich kilku stronach. Może się jednak przez to poczuć jak prowadzony na sznurku ślepiec.

Cały ten oniryczny chaos to jednak tylko pozory. Tak naprawdę to doskonale uporządkowany proces, którego cel jest jasny, ważniejszy niż same postacie i ich losy. Wszystko jest perfekcyjnie zaprojektowane i zaprogramowane. Realizm zbyt mocno kontrastuje tu jednak z fantastyką. Jedno i drugie gryzie się, ale autor wydaje się o tym doskonale wiedzieć. W pewnym momencie jeden z bohaterów pyta nawet innego, „jak to możliwe, że zachowuje olimpijski spokój w obliczu tylu absurdów?” Ze względów fabularnych postać ta ma jak najbardziej prawo je akceptować. Jednak czytelnik niekoniecznie musi mieć do tego cierpliwość.

Dopóki Carroll pozostaje przy wątkach obyczajowych lub tylko delikatnie sugeruje wątki fantastyczne, jest naprawdę nieźle. Kiedy opowieść zostaje wchłonięta przez wątek fantastyczny i bohaterowie zaczynają gonić za rozwiązaniem stawianej przed nimi zagadki, można poczuć znużenie. Wciąż jednak Carroll jest znakomitym pisarzem i książkę czyta się szybko, z przyjemnością połykając kolejne frazy. Jego pióro wcale nie zardzewiało mimo sześciu lat przerwy.

To co tak naprawdę jest problemem „Kąpiąc lwa”, dotyczy dwóch kwestii. Pierwsza z nich to dygresyjność. Manierą autora jest tu rozpisywanie się o rzeczach pozornie nieistotnych, drugoplanowych i pobocznych względem głównego toru akcji. Zagłębia się on w szczegóły, dla których co prawda znajduje później uzasadnienie, ale które rozsadzają samą opowieść. Carroll trochę zagaduje czytelnika. Czasem tego rodzaju opisy faktycznie wnoszą coś ciekawego. Częściej jednak są przynudzaniem na temat tego, co dana postać lubi, z kim się spotyka, jak się kiedyś czuła, co by chciała, a czego nie. Kłopot w tym, że fakty te nie mają żadnego znaczenia dla przyszłych wydarzeń. Ponadto – jak już to zostało wcześniej wspomniane – losy bohaterów i cała obyczajowa otoczka mają drugorzędne znaczenie. Carroll nie skupia się też na żadnej konkretnej postaci zbyt długo, przeskakuje od tematu do tematu, pozostawiając otwarte wątki. Nie dowiadujemy się np. co się stało z psem, który zjadł udesz (pokarm tzw. mechaników), choć jesteśmy straszeni konsekwencjami – a to tylko jeden z wielu przykładów, jakie można podać.

Druga sprawa wiąże się z samym tematem tej historii. Trudno bowiem określić, o czym ta książka tak naprawdę jest. Pole do jej interpretacji istnieje, ale wszystkie motywy wydają się zbyt słabo zarysowane. To nie jest książka, która łamie tabu związane z seksem. Frywolność obyczajowa niektórych bohaterów ma marginalne znaczenie. Ich miłosne potrzeby i poszukiwania zdają się być nieco pretekstowe, a przede wszystkim są podporządkowane mechanizmom rządzącym światem powieści. Nie za bardzo można też uznać tę historię za refleksję o stracie i odchodzeniu. Trudno też zaakceptować ją jako próbę ukazania istoty człowieczeństwa. Potencjalnie ciekawy wątek, w którym mowa o tym, że każdy skrywa w sobie potwora i tajemnicę, pojawia się jako mało znacząca dygresja. Interpretacja jakoby Carrolla chciał powiedzieć, że siłą ludzi jest ich zdolność do kreatywnego działania, łączenia w sobie porządku i chaosu, czyni z „Kąpiąc lwa” przegadaną i banalną opowiastkę. Nie jest to też książka o walce dobra ze złem – zbyt wiele tu relatywizmu po obu stronach konfliktu. Również samo zagrożenie okazuje się nieco iluzoryczne i należy je traktować raczej jako swego rodzaju metaforę niż realną groźbę. Bardziej mistyczne koncepcje, choć intrygujące, mogą się z kolei wydawać zbyt zawoalowane, by dotarły do przeciętnego czytelnika.

Jeśli więc jesteśmy w stanie zaakceptować logikę snu i przymknąć oko na irracjonalność wydarzeń; jeśli nie przeszkadza nam dygresyjność; jeśli uwielbiamy styl autora i nie są dla nas istotne ani szybka akcja, ani postacie, a zamiast tego cenimy po prostu oryginalny koncept, to nowa książka Carrolla może nam przynieść trochę przyjemności. W przeciwnym wypadku „Kąpiąc lwa” może nas znużyć, zmęczyć i – niestety – rozczarować.

Dyskusja