Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Miłość w Kraju Kwitnącej Wiśni – recenzja przedpremierowa „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”

Proza Davida Mitchella od kilku lat cieszy się uznaniem czytelników niemal na całym świecie, choć można zaryzykować stwierdzenie, że apogeum jej popularności zbiegło się z premierą ekranizacji jednego z najwybitniejszych jego dzieł – „Atlasu chmur”. Mitchell niejednokrotnie zaskakiwał odbiorców swojej twórczości intrygującymi opowieściami, jak i zupełnie nietuzinkową formą. Czy podobnie jest w przypadku „Tysiąca jesieni Jacoba de Zoeta”, która lada dzień ukaże się nakładem wydawnictwa MAG?

Tym razem Mitchell przenosi nas do Japonii okresu Edo, na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego stulecia. Kraj Kwitnącej Wiśni izoluje się od reszty świata. Ciągle panują w nim feudalne prawa, obcokrajowcy są niemile widziani, a tradycyjne wierzenia i kultura gorliwie kultywowane i chronione, między innymi poprzez zakaz praktykowania jakichkolwiek obcych kultów pod groźbą surowych kar. Ci, którzy z rozmaitych powodów zamierzają przekroczyć próg tej pełnej tajemnic krainy, mogą zrobić to tylko w jeden sposób: docierając do sztucznej, połączonej z portem i otoczonej wysokim murem wyspy – Dejimy.

Główny bohater powieści, Jakub de Zoet, to urzędnik holenderskiej Kompanii Wschodnio-Indyjskiej. Na Dejimę sprowadzają go wysokiej wagi interesy, jednak na miejscu jego uwaga koncentruje się nie tylko na sprawach handlowych. Choć jeszcze w Holandii przyobiecał małżeństwo pewnej damie, na miejscu de Zoet ulega urokowi pewnej japońskiej akuszerki, panny Aibagawy. Uczucie to napotyka szereg przeszkód, a kiedy córka samurajskiego lekarza trafia do klasztoru, gdzie ma spędzić długie lata, de Zoet nie zamierza siedzieć z założonymi rękami. Wszystko to dzieje się w obliczu szeroko zakrojonego, brytyjskiego spisku, którego celem jest odebranie Holendrom wpływów w Kraju Kwitnącej Wiśni.

Czytelnicy, którzy mieli wcześniej sposobność przeczytać „Atlas chmur”, mogliby spodziewać się po Mitchellu kolejnych, literackich eksperymentów, pamiętając nietypową strukturę rzeczonej powieści. Tymczasem w „Tysiącu jesieni Jacoba de Zoeta” Mitchell stawia na klasyczny, linearny model narracji. Książkowym tradycjonalistom zabieg ten na pewno przypadnie do gustu, zwłaszcza, że „Tysiąc jesienia Jacoba de Zoeta” posiada wystarczająco porywającą treść, by autor nie musiał silić się na nietuzinkową formę.

Jeśli wierzyć wyznaniom pisarza, składanym w licznych wywiadach, praca nad „Tysiącem jesieni Jacoba de Zoeta” trwała kilka lat, na przestrzeni których wykonał on ogrom pracy historyka, celem możliwie najwierniejszego i najdokładniejszego odzwierciedlenia japońskiej rzeczywistości z tamtej epoki. Wysiłek ten widać na niemal każdej stronie. Czytelnika zaznajamia się z innymi elementami specyfiki tamtejszej kultury, obyczajów i historii. Krajowi, z dawna izolującemu się na arenie międzynarodowej, umyka gdzieś fakt, że układ sił na świecie uległ totalnemu przedefiniowaniu. Okres, w którym toczy się akcja „Tysiąca jesieni Jacoba de Zoeta” to zresztą czas trudny nie tylko dla Japonii, która w dobie postępującej ekspansji Europejczyków na wschód nie dorobiła się nawet floty z prawdziwego zdarzenia, ale i dla Holandii, której wpływy wobec wzrostu znaczenia Francji i wojen napoleońskich niemiłosiernie się skurczyły. Dość wspomnieć, że Dejima była w pewnym momencie jedynym miejscem, w którym ciągle jeszcze powiewała holenderska flaga, co zresztą również nie uszło uwadze Mitchella.

Choć fabuła koncentruje się na wątkach związanych z osobą de Zoeta i panny Aibagawy, to polityczne wydarzenia, których czytelnik jest świadkiem, stanowią nie tylko tło dla fabuły, ale ze względu na tytułowego bohatera, zaplątanego w wielkiej wagi intrygi, stają się jej istotną częścią. „Tysiąc jesieni Jacoba do Zoeta” łączy elementy różnych gatunków i konwencji. Sprawdza się zarówno jako powieść historyczna, jak i historia miłosna. Nie brakuje w niej także wątków typowo obyczajowych, a bywają i momenty, w których przeobraża się w trzymający w napięciu dreszczowiec.

Wątek miłosny, a raczej wątek fascynacji de Zoeta osobą panny Aibagawy, został przez Mitchella bardzo sprawnie poprowadzony. Można domniemywać, na ile pobrzmiewają w nim autobiograficzne echa – wszak autor sam przez pewien czas mieszkał w Japonii, tam też poznał ukochaną, w Kraju Kwitnącej Wiśni osadził również jedną ze swoich wcześniejszych powieści, „number9dream”. Nie ma tu romantycznych uniesień rodem z historycznych, czy fantastycznych romansideł, a jednak uczucie żywione przez de Zoeta względem panny Aibagawy przedstawia się nader wiarygodnie. Za sprawą niefortunnych wydarzeń miłość ta napotyka po drodze wiele komplikacji, na czele z pobytem kobiety w klasztorze, w którym mnisi dopuszczają się wobec przebywających tam dziewcząt czynów równie okrutnych, co perwersyjnych. Rozwój wątku miłosnego, jak również wątku samej panny Aibagawy, zaskoczy czytelnika niejeden raz i bez obaw można stwierdzić, że ów filar fabuły powieści jest jednocześnie jednym z najbardziej udanych jej elementów.

Co istotne, choć na łamach powieści Mitchella obserwujemy starcie dwóch skrajnie odmiennych kultur oraz walkę mocarstw o wpływy, to nie jest to typowa książka o konfrontacji Zachodu ze Wschodem, wyższości jednej cywilizacji nad drugą, czy nawet o walce postępu z zacofaniem. Akcent kładziony jest raczej na kulturowe różnice pomiędzy Europejczykami, a Japończykami, na pewne wzory, zwyczaje i standardy, trudne nawzajem do zrozumienia, a objawiające się w każdym niemal aspekcie życia, choćby w używanych językach. Nie bez powodu w pierwszej części książki obserwujemy dialogi pomiędzy de Zoetem, a japońskimi studentami, w których pojawia się słownictwo niemożliwe do bezpośredniego przełożenia na mowę rozmówcy. Azjaci chętnie poznają język zamorskich przybyszów, z kolei owym przybyszom zabrania się nauki japońskiego, podobnie, jak nie wolno im praktykować chrześcijańskich obrzędów. Choć można ogólnie powiedzieć, że powieść Mitchella traktuje głównie o zetknięciu obcych kultur, tak w skali makro (konflikty, polityczne intrygi), jak i mikro (kontakty zachodzące między poszczególnymi bohaterami) to jednak liczba tematów, jakich dotyka Mitchell w „Tysiącu jesieni Jacoba de Zoeta” jest imponująca. Na płaszczyźnie politycznej i historycznej będą to między innymi niewolnictwo, kolonializm i polityczna izolacja, rozwój nauki i rola kobiet w społeczeństwie; w warstwie filozoficznej można doszukać się pytań o tożsamość jednostki, religię i jej znaczenie. Zarazem jednak jest to powieść o lojalności i zdradzie, przetrwaniu w nieprzyjaznym otoczeniu, przede wszystkim zaś o miłości, zdolnej pokonać każdą postawioną przed nią barierę.

„Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta” to wielopoziomowa, pasjonująca powieść, którą z czystym sumieniem polecić można każdemu miłośnikowi dotychczasowej twórczości Davida Mitchella. Autor „Atlasu chmur” kolejny raz udowadnia swój wyjątkowy literacki kunszt, zabierając czytelnika w równie nieprzyjazne, co tajemnicze i intrygujące japońskie realia przełomu osiemnastego i dziewiętnastego stulecia. To nie tylko pierwszorzędna, pasjonująca książka, w pełni zasługująca na wszystkie zdobyte laury, którymi ją obsypano, ale i wartościowa pozycja dla każdego, zauroczonego kulturą Kraju Kwitnącej Wiśni.

Ocena: 4/5

Dyskusja