Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Niespełnione oczekiwania – recenzja „Adwokat”

Wydawać by się mogło, że ze współpracy wybitnego reżysera z wybitnym pisarzem powinien wyjść wybitny film. Nic bardziej mylnego. Najnowsze dzieło Ridleya Scotta, „Adwokat”, do którego scenariusz napisał Cormac McCarthy, jest na to najdobitniejszym dowodem.

Ridley Scott najbardziej znany jest z kręcenia patetycznych filmów historycznych z wyrazistym, aczkolwiek nie centralnym wątkiem miłosnym. Wystarczy wspomnieć „Gladiatora”, „Robin Hooda” czy „Królestwo Niebieskie”. W pewnych kręgach uzyskał też status reżysera kultowego tytułami science fiction: „Obcy – 8 pasażer Nostromo” czy „Łowca Androidów” („Prometeusza” łaskawie wypadałoby pominąć).

Najnowsze dzieło reżysera – „Adwokat”, w niczym jednak nie przypomina jego wcześniejszych filmów. I nie jest to żaden komplement – jest to produkcja bardzo przeciętna. Nie pomógł tu ani popularny reżyser, ani scenariusz znakomitego pisarza, ani też gwiazdorska obsada.

Obojętność

„Adwokat” to historia prawnika, który, aby wybrnąć z kłopotów finansowych, rozpoczyna współpracę z handlarzami narkotyków. Popełnia jednak błąd, przez który zły bezimienny kartel będzie się mścił na nim i wszystkich jego narkotykowych przyjaciołach.

Sztampową historię miałaby szansę uratować niebanalna forma jej opowiedzenia, ale w filmie Scotta to się nie wydarzyło. Fabuła ma mnóstwo dziur i niedopowiedzeń, opowieść rwie się w przypadkowych momentach i w równie przypadkowych powraca. Trudno nawet ocenić, jak długo trwa akcja – niektóre sceny sugerują, że może się ona toczyć na przestrzeni kilku dni, inne, że minęło przynajmniej kilka miesięcy.

Widz nie wie też, jaka jest natura zaangażowania głównego bohatera w narkobiznes, wiadomo jedynie, że tytułowy adwokat spotyka się z typkami spod ciemnej gwiazdy i „wchodzi w to”.

W teorii film ten miał być zapewne thrillerem psychologicznym, a maksymalne obranie go z fabuły miało pogłębić psychologizm postaci. W praktyce jednak kolejne sceny są ze sobą powiązane zbyt luźno, a główny bohater nie wzbudza w widzu żadnych emocji – jego perypetie ogląda się beznamiętnie.

Obsesja

Najjaśniejszym punktem „Adwokata” są dialogi napisane przez Cormaca McCarthy’ego. Mimo przyciężkiej tematyki, są lekkie, zabawne i przede wszystkim pełne finezji. Są one tak dobrze napisane, że nawet pseudointelektualnego bełkotu, przed którym scenarzyście nie udało się w zupełności uciec, słucha się bardzo przyjemnie.

Nie sposób uciec jednak od refleksji, że wszystkie te dialogi pisane były przez starca owładniętego obsesją seksu. Dość powiedzieć, że z całego filmu najlepiej zapamiętuje się pikantną opowieść jednego z bohaterów o dziewczynie uprawiającej seks z samochodem. I scenę obrazującą tę historię. Mimo całego humoru sytuacji, nie jest to pozytywna rekomendacja dla thrillera psychologicznego.

Marnotrawstwo

Niewykorzystany pozostał również potencjał drzemiący w obsadzie „Adwokata”. Ridley’owi Scottowi udała się rzecz niezwykle rzadka – na planie zgromadził aż pięciu znanych aktorów. Michael Fassbender, Cameron Diaz, Javier Bardem, Brad Pitt i Penelope Cruz do filmu wnieśli jednak niewiele – nie dostali takiej szansy. Fabuła jest szarpana i niespójna, a aktorów pierwszoligowych tak wielu, że żaden z nich (może poza Michaelem Fassbenderem) nie dostaje wystarczająco dużo czasu ekranowego.

Penelope Cruz można traktować wyłącznie w kategoriach dodatku kolorystycznego – na ekranie pojawia się sumarycznie może 5 minut. Można dodać – całkowicie zbędnych 5 minut – sceny z nią nie wnoszą do opowieści zupełnie nic. Podobnie jest zresztą z postacią Brada Pitta, która wydaje się wprowadzona do scenariusza tylko i wyłącznie po to, żeby mógł ją zagrać ktoś znany. Mimo to Pitt udowodnił, że jest aktorem pierwszoligowym, całkowicie kradnąc te kilka chwil, które dostał na ekranie.

Swoją klasę potwierdził również Javier Bardem, wcielając się w rolę zwariowanego, aczkolwiek sympatycznego szefa nocnego klubu. Reiner w wykonaniu Bardema jest postacią z krwi i kości, w której istnienie widz jest w stanie uwierzyć. Zupełnie inaczej jest z postacią graną przez Cameron Diaz. Aktorka wypadła wprawdzie bardzo dobrze warsztatowo (co zdarza jej się dość rzadko), jednak nie udało jej się tchnąć w graną przez siebie postać życia. Podobnie jest zresztą z głównym bohaterem – tytułowym adwokatem. Michaelowi Fassbenderowi nie da się zarzucić nic, poza tym, że jego postać nie wzbudza w widzu żadnych emocji – jest idealnie obojętna.

Przeciętność

„Adwokat” nie jest może złym filmem, ale jest zupełnie przeciętny. Ogląda się go bez specjalnego zainteresowania i zapomina o nim natychmiast po wyjściu z kina. Być może wyglądałoby to zupełnie inaczej, gdyby Cormac McCarthy wydał scenariusz w formie książkowej. Nietrudno sobie wyobrazić, że byłaby to ekscytująca lektura.

W wersji filmowej fabuła zupełnie się nie sprawdza. Być może jest to kwestia sposobu, w jaki Ridley Scott przeniósł scenariusz na ekran. Ma się wrażenie, że reżyser nie wyczuł historii, przez co zaczął rządzić nią chaos i przypadkowość. I nie pomogły tu ostre jak brzytwa dialogi czy dobre aktorstwo – opowiadacz, który nie czuje opowieści, nie powinien opowiadać. A w „Adwokacie” próbuje to robić. Z marnym skutkiem.

Ocena: 2/5

Dyskusja