Wpis archiwalny. Ten artykuł został automatycznie zaimportowany z poprzedniej wersji Bestiariusza. Proszę daj nam znać jeżeli coś z nim jest nie tak.

Odświeżona adaptacja Kinga – recenzja „Carrie”

Nowa „Carrie” to już nie adaptacja znakomitej książki Stephena Kinga, tylko interpretacja filmu z roku 1976. Juliane Moore w roli matki głównej bohaterki i wschodząca gwiazda z „Kick Assa” zachęcają do pójścia do kina. Warto zastanowić się jednak, jak tak naprawdę nowa produkcja wypada na tle świetnej powieści i słabej pierwszej adaptacji.

Fabuła nie odbiega wiele od książki Kinga. W małym miasteczku Chamberlain żyje sobie Margaret White ze swoją córką Carrie. Dziewczyna nie ma łatwego życia.

Jest ciągle wyśmiewana przez koleżanki z klasy, a jej przesadnie religijna matka niczego nie ułatwia. Szkoła powoli dobiega końca, zbliża się bal maturalny, a wredne odzywki w stronę Carrie nie ustają. Tymczasem Carrie zaczyna zdawać sobie sprawę ze swoich umiejętności telekinezy. Finał może być tylko jeden…

Kimberly Peirce, reżyserka filmu, nie wprowadziła wielu zmian w koncepcję z lat siedemdziesiątych. Oczywistym było wprowadzenie telefonów dotykowych, nagabywania głównej bohaterki poprzez Facebooka czy zupełnie inne przedstawienie studniówki.

Jednak oprócz tych aspektów nikt kto czytał książkę, nie powinien być zaskoczony rozwojem wydarzeń. Największą zmianą na plus jest pokazanie, jak rozwijały się umiejętności Carrie. W pierwszej adaptacji stłukło się lustro. Potem już tylko widzieliśmy totalne zamieszanie. Tutaj dziewczyna opanowuje telekinezę krok po kroku, a reżyserka pokazała to bardzo zgrabnie.

Producenci tego filmu dostali od losu naprawdę dużą szansę. Pierwszy raz od dłuższego czasu rozpoznawalni aktorzy przyjęli role w horrorze. Tymczasem szansa ta nie została wykorzystana. Zarówno w książce jak i w pierwszej adaptacji Juliane Moore miałaby ogromne znaczenie w całości. Sprawiałaby wrażenie wręcz opętanej, a kazania z jej ust wywołałyby ciarki na ciele. Jednak oglądając współczesną adaptację można pomyśleć, że udział jej postaci w filmie został ograniczony do minimum.

To samo można powiedzieć o rolach drugoplanowych. Nikogo nie rusza śmierć kolejnych koleżanek Carrie, czy pozornie sympatycznej nauczycielki. Reżyserka za bardzo skupiła się na kreacji głównej bohaterki i chyba zapomniała, że nie kręci monodramatu. Sama Chloe Grace Moretz miała swoje momenty i widać było jej starania. Cały występ zasłużył na słabą czwórkę.

Z drugiej strony,

nie można odbierać Kimberly Peirce kilku naprawdę mocnych scen rodem z dobrych horrorów. Muzyka Marco Beltramiego nadaje całej produkcji charakterystycznego klimatu i chociaż w małym stopniu oddaje to, co Kingowi udało się wykreować w powieści.

„Carrie” to jedna, wielka zaprzepaszczona szansa dla międzynarodowego horroru. Owszem, film można zaliczyć jako niezły, ale mając do dyspozycji takich aktorów, można by pokusić się o coś, co zwróciłoby uwagę krytyków. Tymczasem jest to kolejny nierówny film grozy, który miewa przebłyski, ale na koniec zostawia widza rozczarowanego.

Ocena: 2.5/5

Dyskusja